DRUGA TWARZ
2006/02/26
Dzień pierwszy
Bastian wszedł do klasy objuczony "pomocami naukowymi". Dwóch chłopców od razu rzuciło się, by mu pomóc.
Gdzie to położyć? - zapytał jeden.
Na moim biurku - Bastian odpowiedział, oddając im część tego, co przytaszczył.
Klasa siedziała cicho, rzadki dość objaw.
Co tak cicho tutaj, umarł ktoś? - Bastian zapytał szeptem.
Kilka chichotów.
A umrze?
Znowu kilka chichotów.
No to co tak milczycie?
Co będziemy dziś robić? - zapytała jedna z dziewcząt.
Jak to co? Będziemy podsumowywać waszą pracę tego roku!! - Bastian puścił do niej szelmowskie oko.
No właśnie dlatego jest tak cicho... - mruknął ktoś.
No nie miejcie o to do mnie pretensji... - Bastian uśmiechnął się. - Jak się lenicie, to już nie moja wina.
Wcale się nie lenimy!!
Fakt, Fai, ty się nie lenisz. Jak tam twój czas przeszły?
Klasa zachichotała.
Lau sifu, pan od nas za dużo wymaga!!
Chyba od zawsze wołali na niego "Lau sifu".
Ja? Żartujesz chyba!!!
W klasie powstał szmer zapowiadający mała awanturkę. Bastian wiedział, jak to się może skończyć.
Dobra, dobra, spokój już. Dziś będziemy się trochę rozrywać. To ostatnia normalna lekcja przed wakacjami, którymi na pewno już żyjecie, więc nie będzie tak do końca normalnie, ale też i wam nie odpuszczę - znowu się szelmowsko uśmiechnął.
Kątem oka zauważył rozmarzony uśmiech Yuk Chen.
No to co będziemy robić? - zapytał ktoś.
Podzielimy się na grupy. Będziemy udawać anglojęzycznych obcokrajowców. I będziemy ze sobą rozmawiać. Ale... - zawiesił głos na moment - dowcip polega na tym, że w każdym anglosaskim kraju mówi się z innym akcentem i każda grupa będzie musiała się do tego dostosować.
Bo jak nie, to będą same złe oceny - powiedział Fai, naśladując brytyjski akcent i sposób mówienia Bastiana.
Tak właśnie, jak mówisz spryciarzu. A żeby ci za łatwo nie było, to wylądujesz w grypie... irlandzkiej.
Co?
Ha!!! - wykrzyknął Bastian tryumfalnie.
Bastian uśmiechał się do siebie, patrząc, jak dzieciarnia zaśmiewa się z własnych żartów.
Lubił swoją pracę i lubił swoją klasę. Lubił zadziornych chłopaków i był świadom tego, że połowa dziewcząt się w nim kochała. Ba, wiedział nawet, która najbardziej. Spojrzał na Yuk Chen, była w grupie australijskiej. Jej oceny z angielskiego były zdecydowanie lepsze od tych z innych przedmiotów i czasami miał wrażenie, że dziewczyna wkuwa tylko po to, by jemu zaimponować. Jakiekolwiek jej motywy by nie były - jej język dobrze na tym wychodził, a przecież o to chodziło.
Obserwowanie nastolatków sprawiało mu frajdę. I tym bardziej bolała go cisza w domu, cisza, która powinna była być wypełniona jakimś śmiechem. Z lekką paniką przypomniała mu się rocznica ślubu, na której uczczenie kompletnie nie miał pomysłu. Niby nie jakaś okrągła, bo jedenasta, ale tym bardziej chciał zaskoczyć Babsi czymś wyjątkowym w tym roku.
Odgarnął grzywkę z brwi i usiadł normalnie za biurkiem. Zerknął na zegarek - mieli jeszcze siedem minut do skończenia przygotowań i przedstawienia co każda grupa zrobiła. Już czuł, że będzie to masa śmiechu. Znał te swoje łobuziaki.
Po zajęciach zaczął powoli zbierać klamoty, które przyniósł na lekcję. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że ktoś cierpliwie stoi przy jego biurku i czeka. Uniósł głowę i zobaczył Yuk Chen.
Tak? - spytał
Lau sifu, czy w tym roku będzie pan prowadzić letnie zajęcia?
Nie, słonko, w tym roku nie.
Szkoda - jej buzia się nadąsała.
Uśmiechnął się.
Wykorzystaj te wakacje na wielkie leniuchowanie - powiedział.
Słyszałam... - zaczęła, ale słowa utknęły jej w gardle.
Co słyszałaś? - spytał ją po chwili, widząc, że chyba zdania nie skończy.
Słyszałam, że odchodzi pan ze szkoły i to już ostatni rok.
Kto ci to powiedział? - jego brwi uniosły się.
Tak mówią...
Nie, nigdzie się nie wybieram. Widzimy się ponownie po wakacjach, chyba że w międzyczasie postanowisz zmienić szkołę.
Na pewno nie - zapewniła go żarliwie.
No to super.
Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się w progu i obróciła, by na niego popatrzeć.
Tak? - spytał.
Nic, nic - odwróciła się i opuściła pomieszczenie.
Uśmiechnął się do siebie, ale chwilę potem jego myśli były już w domu. Ciągle nie miał pomysłu na uczczenie rocznicy ślubu, ale to nie zmieniało faktu, że chciał być już z Babsi. Teraz i przez całe lato.
Najpierw planowali pojechać do jej rodziny w Szkocji, potem zmodyfikowali to na odwiedziny jej matki, stąd pierwszy raz od kilku lat nie prowadził letniej klasy angielskiego. Niespecjalnie uśmiechał mu się ten wyjazd - wiedział, że jej matka nie była zachwycona faktem, iż jej jedyna córeczka wyszła za żółtka. Nigdy tego przed nim nie kryła; ale z drugiej strony całe lato spędzić razem z Babsi - to było coś. Babsi twierdziła, że będą mieli mnóstwo czasu, by wreszcie porządnie postarać się o dziecko; jeśli i tym razem nic, to zmiana lekarza; czwarta już. Ciągle tylko słyszeli, że są zdrowi, ale nikt im nie był w stanie powiedzieć, dlaczego Babsi ciągle nie mogła zajść w ciążę. Ona wiązała nadzieje z tym "pracowitym" latem, a on po prostu cieszył się, że będą ciągle razem. Oby tylko utyskiwania matki nie zepsuły Babsi wakacji, bo on się marudzeniem starej nigdy nie przejmował. Choć wiedział, że może go wkurzyć i miał nadzieję, że nerwy mu nie puszczą ani razu. Albo przynajmniej nigdy w obecności Babsi.
Cieszył się na to lato. Cieszył się, bo zapowiadało się cudownie. Chmury w postaci teściowej nie były w stanie zasłonić słoneczka na niebie.
Natomiast na razie chmury przybrały obraz korku na ulicy. Ech, powinien był jechać tunelem. Pal licho te 25 dolców, ale szybciej byłby w domu.
Robiło się coraz bardziej gorąco. Bastian nienawidził korków i nienawidził gorąca. I bardzo chciał być już w domu, mimo iż wstępnym pomysłem na uczczenie rocznicy była standardowa kolacja i inne "romantyczne pierdoły", jak to mawiała Babsi. Właściwie to nawet żadnego prezentu dla niej nie miał, nawet kwiatka... ale w sumie racja, ona za "zielskiem" nie przepadała.
Jego matka zawsze się śmiała, że jakaś dziewczyna będzie zachwycona, kiedy go usidli - bo takiego drugiego romantyka jak on to na świecie nie ma. A on - cóż za pech - musiał zakochać się akurat w kimś, kto romantyczność miał w głęboko w nosie, a romanse -zarówno filmy, jak i książki - uważał na straszliwe nudy i stratę czasu. Czerwonych róż nie cierpiała, romantycznych kolacji też. Każda jego próba stworzenia miłosnego nastroju podczas jakiegoś posiłku kończyła się tym, że ona szybko jadła, zdmuchiwała świeczki, a potem łapała go za rękę i kochali się w jakichś zwariowanych miejscach, gdziekolwiek przyszło jej do głowy go zaciągnąć.
Może to właśnie była jej reakcja na jego romantyzm - nabierała na niego natychmiastowego apetytu.
Wyjechał w końcu z tego piekielnego korku i dość szybko ruszył do domu.
Już w drzwiach odniósł wrażenie, że mieszkanie jest puste. Zajrzał do kotki i kociaków; ona leżała wyciągnięta, a maluchy spały poprzytulane do niej. Chociaż takich dzieci się dorobili... właściwie to wnuków, nie dzieci. Pogłaskał wszystkie zwierzaki po kolei, a potem zajrzał do kuchni.
Na lodówce była przyczepiona magnesikiem kartka: "Jeśli wrócisz przede mną, to siadaj na tyłku i czekaj aż wrócę. Ani mi się waż cokolwiek robić, ani gdziekolwiek zaglądać." Oczywiście, natychmiast poczuł ogromną pokusę, by poszperać wszędzie i znaleźć to, co chciała przed nim ukryć. Wahał się bardzo długą chwilę, ale w końcu poszedł do pokoju, usiadł na kanapie i włączył rzadko używany telewizor. Do pilota przyczepiona była karteczka: "Bardzo grzeczny chłopczyk". Roześmiał się głośno, zastanawiając się równocześnie, czy gdzieś jest przyczepiona karteczka "Bardzo zły chłopczyk".
Przeskakiwał po kanałach, nie widząc niczego ciekawego.
Długo jednak nie trwało, gdy zauważył coś ruszającego się przy drzwiach. Po chwili Babsi weszła do środka.
Jak śmiałeś wrócić przede mną? - zaatakowała go od razu.
Korek był, ale jakiś taki za mały widać - odparł, wstając z zamiarem pomocy przy taszczeniu tego, co niosła.
Nie! - warknęła.
Zatrzymał się nieco zaskoczony.
Oki, nie to nie - uniósł obie ręce w obronnym geście.
Zataszczyła swoje toboły do drugiego pokoiku, a potem wyszła do niego, zamykając za sobą dokładnie drzwi.
Co tam masz? - zapytał, zaglądając ponad jej ramieniem.
Nic - odparła z całkowicie niewinną miną.
To nic to chyba dość ciężkie jest, co?
Nie.
Co jemy?
A co ugotowałeś?
No miałem niczego nie ruszać przecież!
I nie ruszałeś?
No nie.
Grzeczny chłopczyk - pocałowała go w policzek, a potem poszła do kuchni. On za nią. - No to co ugotujesz? - spytała.
A na co masz ochotę?
Na ciebie. Ale to potem.
A teraz?
Wymyśl coś. Nawet nie wiem, co mamy.
Tak jest, psze pani.
Widział, że była zmęczona. Ale nie pytał - może to było częścią tajemnicy; i tak wszystkiego się w końcu dowie.
Ale zaraz, zaraz...
Najpierw nic mi nie wolno ruszać, a teraz już wolno? - zapytał, wpadając do pokoju.
Tak.
Ale nic nie zmieniałaś, to skąd wiesz, że teraz tego nie znajdę.
Bo nie ma nic do znajdowania.
To był test??
Uhm.
Niedobra!!
Wrócił do kuchni. Teraz go dopiero zaciekawiło: dlaczego ona go testuje? Po co sprawdza, czy może mu ufać? Co kryje? A może to tylko żart? Ale te toboły, które przytaszczyła to nie żart, naprawdę coś przyniosła i schowała w pokoiku.
A może wcale go nie testuje, tylko to jest jej wybieg, by niczego nie szukał? Ta kobieta ciągle była dla niego zagadką. Nawet po tylu latach spędzonych razem ciągle potrafiła go czymś zaskoczyć. I choć zawsze spodziewał się tego, że zrobi coś nieoczekiwanego, zawsze był zadziwiony.
Nagle zachciało mu się z nią kochać. Zatrzasnął otwieraną właśnie lodówkę i ponownie poszedł do pokoju. Układała "durnostoje", jak nazywała wszelkie bibeloty, na półce. Podszedł do niej i objął ją wpół.
Co, jedzonko gotowe? - spytała.
Nie.
No to czego?
Ciebie - pocałował ją w kark.
Głodna jestem.
Ja też.
Odwróciła się do niego; od razu przycisnął swoje usta do jej.
Odwzajemniła pocałunek, nic nie mówiąc, a potem delikatnie skierowała go w stronę kuchni. Całując się do niej dotarli i oparli o blat przy zlewie. Bastian czuł delikatny zapach jej perfum, zmieszany z kurzem ulicy i szamponem, którym rano umyła włosy. Przycisnął ją mocnej do siebie i wsunął język jeszcze głębiej w jej usta, smakując ją jakby to był pierwszy raz, kiedy ją całował. Wsunęła palce w jego włosy i lekko zacisnęła w pięści; wiedział, że za chwilę jego włosy zaplączą się w jej pierścionki i go pociągnie, zawsze się tak działo, ale nigdy mu to nie przeszkadzało.
Odkleił się od jej ust i zaczął całować jest szyję - odchyliła głowę, a jej włosy opadły na plecy; zaczął rozpinać jej spodnie, smakując równocześnie skórę jej szyi i dekoltu. Wyplątała ręce z jego włosów i przesunęła je na jego ramiona, a potem na klatkę piersiową. Po kilku sekundach szybkim ruchem zdjęła jego koszulkę - z niechęcią zabrał ręce z jej pośladków, by je unieść i umożliwić zdjęcie ubrania. Zaraz potem wróciły tam, skąd zostały zabrane, tyle że już nie przez spodnie, które miała na sobie, a pod nie; przez chwilę się wahał, a potem wsunął dłonie bezpośrednio na jej skórę, po czym powoli zsunął z niej spodniej razem z majteczkami.
Ona złapała jego głowę w obie ręce i popatrzyła mu w oczy. Uśmiechnął się, a potem pocałował ją w usta. Szybko uciekła mu, całując go po policzkach i schodząc niżej, na klatkę piersiową. Pozwalał jej na pieszczenie go przez chwilę, a potem złapał, obrócił ich, posadził ją na szafce i sprawnym ruchem zdjął jej spodnie. Zsunął swoje, po czym w nią delikatnie wszedł.
Kochali się powoli, nie mogąc pogodzić się co do tego kto kogo i gdzie całuje. W końcu przytulili się do siebie; ona wtuliła twarz w jego ramię, on oparł podbródek na czubku jej głowy, rozdmuchując szybkim oddechem jej włosy.
Szepnęła coś. Nie zrozumiał, ale nie przypominało to "kocham cię" ani po angielsku, ani po kantońsku. Nigdy nie rozumiał, dlaczego ona to właściwie mówiła. Przecież wiedział.
Co? - wysapał.
Jesm w ży...
Co?? - czuł, że za chwilę będzie szczytować.
Uniosła głowę i popatrzyła na niego.
Jestem w ciąży - powiedziała dokładnie w momencie, gdy poczuł potężną falę orgazmu.
Oparł czoło o jej ramię. Ciągle nie docierało do niego to, co właśnie powiedziała. Oddychał głośno i szybko, chowając penisa i zapinając spodnie.
Co? - zapytał ponownie, mało przytomnie.
Zeskoczyła z szafki, wciągnęła spodnie, złapała go za rękę i pociągnęła do zamkniętego pokoiku. Tam wyrzuciła zawartość tobołów na łóżko: pieluchy, śpioszki i inne dziecięce artykuły. Oczy rozszerzyły mu się ze szczęścia; chwycił ją wpół i razem upadli na łóżko pośród jej zakupów. Śmiał się na całe gardło i całował ją równocześnie. Wreszcie doczeka się tupotu małych nóżek i kogoś, kto powie do niego "tato".
Przestań!! - śmiała się z nim, usiłując go odepchnąć.
Od kiedy wiesz? - spytał.
Od zeszłego tygodnia. Chciałam mieć pewność, zanim bym ci powiedziała.
Ile?
Trzeci miesiąc.
Nic nie zauważyłaś??
Mało to mieliśmy fałszywych alarmów??
Nic nie odpowiedział. Doskonale pamiętał ten dzień cztery lata temu, gdy wszystko wskazywało na to, że jest w ciąży, a okazało się to być jakimiś zaburzeniami pracy jej jajników. Płakał wtedy całą noc; ciągle był przekonany, że ona tego nie widziała, a ona nie chciała wyprowadzać go z błędu i pozostawiała go w mniemaniu, iż nie widziała jego łez.
Ale teraz było inaczej. Teraz było naprawdę i według lekarza wszystko było w najlepszym porządku. Mogła mu już powiedzieć, wybrała właśnie ten dzień - rocznicę ich ślubu. Doskonały dzień na ładne prezenty i dobre wiadomości.
Leżał na plecach, z rozrzuconymi rękami, śmiejąc się do siebie i gapiąc na sufit. Usiadła i patrzyła na niego - uwielbiała, gdy był taki szczęśliwy, był wtedy najpiękniejszym facetem na świecie, jego skośne oczy skośniały jeszcze bardziej od śmiechu, pokazywał równe, białe ząbki i wydawał z siebie dźwięki podobne do tych, jakie wydawała foka... Mogłaby tak siedzieć i patrzeć na niego wiecznie. Kochała go nieprzytomnie.
No to co chcesz na obiadek? - zapytał, opierając się na łokciu i patrząc na nią.
Zależy co mam do wyboru.
Cokolwiek, na co masz ochotę. Byle zdrowe.
A jeśli nie będzie odpowiednich składników?
To pójdę do sklepu i kupię.
Długo będziesz taki kochany?
A nie jestem zawsze kochany?
Nie aż tak - wystawiła język.
A czemu pytasz?
Bo chcę wiedzieć, jak długo będę się tobą cieszyć.
Kiedy się nacieszę dzieckiem, to mi przejdzie.
To mam nadzieję, że dopiero za dwadzieścia lat.
Popchnęła go na plecy i usiadła na nim.
Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze - powiedział poważnie.
Będzie dobrze - zapewniła go, całując po obnażonej klacie.
Może nie powinniśmy?
Zwariowałeś?? - doszła do szyi.
Przymknął oczy i uśmiechnął się lekko. Koniuszek jej języka pieścił spód jego szczęki.
Ale nic się nie stanie? To na pewno bezpieczne? - szepnął.
Jestem w ciąży, a nie chora - szybko zdjęła swoje spodnie i zsunęła jego. - No co jest? - zapytała z rozczarowanie, widząc, że on nie był gotowy.
Obowiązek spełniłem, na razie jest na urlopie.
Ja mu dam urlop - całego go całować, a potem wzięła do ust.
Bastian podłożył ręce pod głowę, rozkoszując się pieszczotami. Czuł się bosko. Nic go już nie stresowało, ani teściowa, ani upał, ani wielka podróż. Było fantastycznie.
Usiadła na nim i zaczęła się powoli poruszać. Położył ręce na jej udach i popatrzył na nią. Miała przymknięte oczy i lekko rozchylone usta. Usiadł i przytulił ją do siebie. Objęła jego głowę ramionami i kochali się, spleceni, czując napływające fale gorąca. Babsi przycisnęła go do siebie; kochała go tak mocno, że aż bolało ją to czasem, tak mocno, że aż chciała być nim, częścią niego prawie że fizycznie, chciała, by ją wchłonął i by stali się całkiem jednym, bo nawet będąc tuż obok czuła się, jakby był daleko i niesamowicie za nim tęskniła, za jego głosem, gdy nic nie mówił, za jego zapachem, gdy go nie czuła, za jego ciepłem, gdy stał zbyt daleko.
Siedzieli tak przytuleni do siebie i żadne nie miało ochoty odkleić się od tego drugiego. Czas nie miał znaczenia, nigdzie się nie spieszyli, nic nie planowali. Mogli tak siedzieć do końca świata.
Burczenie w brzuchu Babsi przypomniało im, że jednak czas nie stanął w miejscu.
Puść mnie, coś zrobię jeść - powiedział Bastion.
Nie chcę - zrobiła nadąsaną minkę jak mała dziewczynka.
Ale twój brzuszek chce. A może to nasze maleństwo chce?
Okej - poddała się i zsunęła z niego.
Poszedł do kuchni, wciągając po drodze spodnie. Całkowicie zapomniał, że chciał robić jej jakieś niespodzianki i miał jakieś plany - a raczej martwił się brakiem planów - na ten wyjątkowy dzień. Dzień był podwójnie wyjątkowy i to ona zrobiła mu niesamowitą niespodziankę.
Z jego twarzy w ogóle nie schodził uśmiech, stał, myjąc warzywa i śmiejąc się, dosłownie, bo co jakiś czas wybuchał cichym chichotem, dusząc się równocześnie, bo usiłował te napady radości jakoś stłumić.
Szybko przyszykował sałatkę, ryż z warzywami (bez ostrych przypraw, choć je uwielbiała) i zaniósł wszystko do pokoju. Ona siedziała, studiując swoje notatki z serii: 'żebym nie zapomniała niczego wziąć'.
Postawił wszystkie miseczki, które był w stanie unieść na raz, na stole, potem wrócił po pozostałe. Kiedy był z powrotem w pokoju, ona siedziała już przy stole z pałeczkami w ręku. Czekała, aż on usiądzie, posłała mu buziaka i zaczęła jeść.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak byłam głodna - powiedziała.
Jedz, jedz. Teraz nie możesz tego zaniedbywać.
W twoim mniemaniu to pewnie teraz to ja już nic nie mogę.
Jestem tylko ostrożny.
Lekko mu dokuczała z powodu jego nagłej nadopiekuńczości, ale w sumie była zadowolona, że właśnie taka była jego reakcja. Nie chciała stracić tego dziecka, zbyt długo się o nie starali, by teraz wszystko zmarnować i zaprzepaścić przez jej głupotę.
Jadła powoli. Nigdzie się jej nie spieszyło, była więc w połowie syta, gdy Bastian odsunął od siebie swoją miseczkę opróżnioną z ryżu.
Ciekawe, czy utyjesz - zastanowił się głośno.
Trudno było mu wyobrazić swoją żonę z nadwagą. Czasami była okropnym niejadkiem, kiedy indziej znowu pochłaniała ogromne ilości jedzenia, nigdy jednak nie utyła. Nawet jeśli były jakieś wahania wagi, to on nigdy nie zauważył żadnej różnicy w jej wyglądzie.
Nie wiem - mruknęła z ustami pełnymi ryżu. Już dawno temu nabrała mało kulturalnego w Europie, całkiem normalnego w Chinach, obyczaju mówienia z pełnymi ustami. - Przeszkadzałoby ci?
Nie - odpowiedział szczerze.
Obserwował ją, gdy jadła. Była przepiękna. Był w niej wciąż nieprzytomnie zakochany, jak 14 lat temu, gdy ją poznał, ale wiedział, że to nie tylko jego zakochane oczy ją taką widzą. Iluż to kolegów na studiach pytało go, jak sobie złapał taką ładniutką białą dziewczynę. On zawsze wzruszał tylko ramionami - z jednej strony sam nie wiedział, a z drugiej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sam był przystojnym facetem - o czym świadczyły podkochujące się w nim uczennice. Powinni mieć prześliczne dziecko.
Co będziemy robić? - zapytała, zerkając na niego.
A co chcesz robić?
Nic nie masz w planach?
Nie.
Bastian wszedł do klasy objuczony "pomocami naukowymi". Dwóch chłopców od razu rzuciło się, by mu pomóc.
Gdzie to położyć? - zapytał jeden.
Na moim biurku - Bastian odpowiedział, oddając im część tego, co przytaszczył.
Klasa siedziała cicho, rzadki dość objaw.
Co tak cicho tutaj, umarł ktoś? - Bastian zapytał szeptem.
Kilka chichotów.
A umrze?
Znowu kilka chichotów.
No to co tak milczycie?
Co będziemy dziś robić? - zapytała jedna z dziewcząt.
Jak to co? Będziemy podsumowywać waszą pracę tego roku!! - Bastian puścił do niej szelmowskie oko.
No właśnie dlatego jest tak cicho... - mruknął ktoś.
No nie miejcie o to do mnie pretensji... - Bastian uśmiechnął się. - Jak się lenicie, to już nie moja wina.
Wcale się nie lenimy!!
Fakt, Fai, ty się nie lenisz. Jak tam twój czas przeszły?
Klasa zachichotała.
Lau sifu, pan od nas za dużo wymaga!!
Chyba od zawsze wołali na niego "Lau sifu".
Ja? Żartujesz chyba!!!
W klasie powstał szmer zapowiadający mała awanturkę. Bastian wiedział, jak to się może skończyć.
Dobra, dobra, spokój już. Dziś będziemy się trochę rozrywać. To ostatnia normalna lekcja przed wakacjami, którymi na pewno już żyjecie, więc nie będzie tak do końca normalnie, ale też i wam nie odpuszczę - znowu się szelmowsko uśmiechnął.
Kątem oka zauważył rozmarzony uśmiech Yuk Chen.
No to co będziemy robić? - zapytał ktoś.
Podzielimy się na grupy. Będziemy udawać anglojęzycznych obcokrajowców. I będziemy ze sobą rozmawiać. Ale... - zawiesił głos na moment - dowcip polega na tym, że w każdym anglosaskim kraju mówi się z innym akcentem i każda grupa będzie musiała się do tego dostosować.
Bo jak nie, to będą same złe oceny - powiedział Fai, naśladując brytyjski akcent i sposób mówienia Bastiana.
Tak właśnie, jak mówisz spryciarzu. A żeby ci za łatwo nie było, to wylądujesz w grypie... irlandzkiej.
Co?
Ha!!! - wykrzyknął Bastian tryumfalnie.
Bastian uśmiechał się do siebie, patrząc, jak dzieciarnia zaśmiewa się z własnych żartów.
Lubił swoją pracę i lubił swoją klasę. Lubił zadziornych chłopaków i był świadom tego, że połowa dziewcząt się w nim kochała. Ba, wiedział nawet, która najbardziej. Spojrzał na Yuk Chen, była w grupie australijskiej. Jej oceny z angielskiego były zdecydowanie lepsze od tych z innych przedmiotów i czasami miał wrażenie, że dziewczyna wkuwa tylko po to, by jemu zaimponować. Jakiekolwiek jej motywy by nie były - jej język dobrze na tym wychodził, a przecież o to chodziło.
Obserwowanie nastolatków sprawiało mu frajdę. I tym bardziej bolała go cisza w domu, cisza, która powinna była być wypełniona jakimś śmiechem. Z lekką paniką przypomniała mu się rocznica ślubu, na której uczczenie kompletnie nie miał pomysłu. Niby nie jakaś okrągła, bo jedenasta, ale tym bardziej chciał zaskoczyć Babsi czymś wyjątkowym w tym roku.
Odgarnął grzywkę z brwi i usiadł normalnie za biurkiem. Zerknął na zegarek - mieli jeszcze siedem minut do skończenia przygotowań i przedstawienia co każda grupa zrobiła. Już czuł, że będzie to masa śmiechu. Znał te swoje łobuziaki.
Po zajęciach zaczął powoli zbierać klamoty, które przyniósł na lekcję. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że ktoś cierpliwie stoi przy jego biurku i czeka. Uniósł głowę i zobaczył Yuk Chen.
Tak? - spytał
Lau sifu, czy w tym roku będzie pan prowadzić letnie zajęcia?
Nie, słonko, w tym roku nie.
Szkoda - jej buzia się nadąsała.
Uśmiechnął się.
Wykorzystaj te wakacje na wielkie leniuchowanie - powiedział.
Słyszałam... - zaczęła, ale słowa utknęły jej w gardle.
Co słyszałaś? - spytał ją po chwili, widząc, że chyba zdania nie skończy.
Słyszałam, że odchodzi pan ze szkoły i to już ostatni rok.
Kto ci to powiedział? - jego brwi uniosły się.
Tak mówią...
Nie, nigdzie się nie wybieram. Widzimy się ponownie po wakacjach, chyba że w międzyczasie postanowisz zmienić szkołę.
Na pewno nie - zapewniła go żarliwie.
No to super.
Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się w progu i obróciła, by na niego popatrzeć.
Tak? - spytał.
Nic, nic - odwróciła się i opuściła pomieszczenie.
Uśmiechnął się do siebie, ale chwilę potem jego myśli były już w domu. Ciągle nie miał pomysłu na uczczenie rocznicy ślubu, ale to nie zmieniało faktu, że chciał być już z Babsi. Teraz i przez całe lato.
Najpierw planowali pojechać do jej rodziny w Szkocji, potem zmodyfikowali to na odwiedziny jej matki, stąd pierwszy raz od kilku lat nie prowadził letniej klasy angielskiego. Niespecjalnie uśmiechał mu się ten wyjazd - wiedział, że jej matka nie była zachwycona faktem, iż jej jedyna córeczka wyszła za żółtka. Nigdy tego przed nim nie kryła; ale z drugiej strony całe lato spędzić razem z Babsi - to było coś. Babsi twierdziła, że będą mieli mnóstwo czasu, by wreszcie porządnie postarać się o dziecko; jeśli i tym razem nic, to zmiana lekarza; czwarta już. Ciągle tylko słyszeli, że są zdrowi, ale nikt im nie był w stanie powiedzieć, dlaczego Babsi ciągle nie mogła zajść w ciążę. Ona wiązała nadzieje z tym "pracowitym" latem, a on po prostu cieszył się, że będą ciągle razem. Oby tylko utyskiwania matki nie zepsuły Babsi wakacji, bo on się marudzeniem starej nigdy nie przejmował. Choć wiedział, że może go wkurzyć i miał nadzieję, że nerwy mu nie puszczą ani razu. Albo przynajmniej nigdy w obecności Babsi.
Cieszył się na to lato. Cieszył się, bo zapowiadało się cudownie. Chmury w postaci teściowej nie były w stanie zasłonić słoneczka na niebie.
Natomiast na razie chmury przybrały obraz korku na ulicy. Ech, powinien był jechać tunelem. Pal licho te 25 dolców, ale szybciej byłby w domu.
Robiło się coraz bardziej gorąco. Bastian nienawidził korków i nienawidził gorąca. I bardzo chciał być już w domu, mimo iż wstępnym pomysłem na uczczenie rocznicy była standardowa kolacja i inne "romantyczne pierdoły", jak to mawiała Babsi. Właściwie to nawet żadnego prezentu dla niej nie miał, nawet kwiatka... ale w sumie racja, ona za "zielskiem" nie przepadała.
Jego matka zawsze się śmiała, że jakaś dziewczyna będzie zachwycona, kiedy go usidli - bo takiego drugiego romantyka jak on to na świecie nie ma. A on - cóż za pech - musiał zakochać się akurat w kimś, kto romantyczność miał w głęboko w nosie, a romanse -zarówno filmy, jak i książki - uważał na straszliwe nudy i stratę czasu. Czerwonych róż nie cierpiała, romantycznych kolacji też. Każda jego próba stworzenia miłosnego nastroju podczas jakiegoś posiłku kończyła się tym, że ona szybko jadła, zdmuchiwała świeczki, a potem łapała go za rękę i kochali się w jakichś zwariowanych miejscach, gdziekolwiek przyszło jej do głowy go zaciągnąć.
Może to właśnie była jej reakcja na jego romantyzm - nabierała na niego natychmiastowego apetytu.
Wyjechał w końcu z tego piekielnego korku i dość szybko ruszył do domu.
Już w drzwiach odniósł wrażenie, że mieszkanie jest puste. Zajrzał do kotki i kociaków; ona leżała wyciągnięta, a maluchy spały poprzytulane do niej. Chociaż takich dzieci się dorobili... właściwie to wnuków, nie dzieci. Pogłaskał wszystkie zwierzaki po kolei, a potem zajrzał do kuchni.
Na lodówce była przyczepiona magnesikiem kartka: "Jeśli wrócisz przede mną, to siadaj na tyłku i czekaj aż wrócę. Ani mi się waż cokolwiek robić, ani gdziekolwiek zaglądać." Oczywiście, natychmiast poczuł ogromną pokusę, by poszperać wszędzie i znaleźć to, co chciała przed nim ukryć. Wahał się bardzo długą chwilę, ale w końcu poszedł do pokoju, usiadł na kanapie i włączył rzadko używany telewizor. Do pilota przyczepiona była karteczka: "Bardzo grzeczny chłopczyk". Roześmiał się głośno, zastanawiając się równocześnie, czy gdzieś jest przyczepiona karteczka "Bardzo zły chłopczyk".
Przeskakiwał po kanałach, nie widząc niczego ciekawego.
Długo jednak nie trwało, gdy zauważył coś ruszającego się przy drzwiach. Po chwili Babsi weszła do środka.
Jak śmiałeś wrócić przede mną? - zaatakowała go od razu.
Korek był, ale jakiś taki za mały widać - odparł, wstając z zamiarem pomocy przy taszczeniu tego, co niosła.
Nie! - warknęła.
Zatrzymał się nieco zaskoczony.
Oki, nie to nie - uniósł obie ręce w obronnym geście.
Zataszczyła swoje toboły do drugiego pokoiku, a potem wyszła do niego, zamykając za sobą dokładnie drzwi.
Co tam masz? - zapytał, zaglądając ponad jej ramieniem.
Nic - odparła z całkowicie niewinną miną.
To nic to chyba dość ciężkie jest, co?
Nie.
Co jemy?
A co ugotowałeś?
No miałem niczego nie ruszać przecież!
I nie ruszałeś?
No nie.
Grzeczny chłopczyk - pocałowała go w policzek, a potem poszła do kuchni. On za nią. - No to co ugotujesz? - spytała.
A na co masz ochotę?
Na ciebie. Ale to potem.
A teraz?
Wymyśl coś. Nawet nie wiem, co mamy.
Tak jest, psze pani.
Widział, że była zmęczona. Ale nie pytał - może to było częścią tajemnicy; i tak wszystkiego się w końcu dowie.
Ale zaraz, zaraz...
Najpierw nic mi nie wolno ruszać, a teraz już wolno? - zapytał, wpadając do pokoju.
Tak.
Ale nic nie zmieniałaś, to skąd wiesz, że teraz tego nie znajdę.
Bo nie ma nic do znajdowania.
To był test??
Uhm.
Niedobra!!
Wrócił do kuchni. Teraz go dopiero zaciekawiło: dlaczego ona go testuje? Po co sprawdza, czy może mu ufać? Co kryje? A może to tylko żart? Ale te toboły, które przytaszczyła to nie żart, naprawdę coś przyniosła i schowała w pokoiku.
A może wcale go nie testuje, tylko to jest jej wybieg, by niczego nie szukał? Ta kobieta ciągle była dla niego zagadką. Nawet po tylu latach spędzonych razem ciągle potrafiła go czymś zaskoczyć. I choć zawsze spodziewał się tego, że zrobi coś nieoczekiwanego, zawsze był zadziwiony.
Nagle zachciało mu się z nią kochać. Zatrzasnął otwieraną właśnie lodówkę i ponownie poszedł do pokoju. Układała "durnostoje", jak nazywała wszelkie bibeloty, na półce. Podszedł do niej i objął ją wpół.
Co, jedzonko gotowe? - spytała.
Nie.
No to czego?
Ciebie - pocałował ją w kark.
Głodna jestem.
Ja też.
Odwróciła się do niego; od razu przycisnął swoje usta do jej.
Odwzajemniła pocałunek, nic nie mówiąc, a potem delikatnie skierowała go w stronę kuchni. Całując się do niej dotarli i oparli o blat przy zlewie. Bastian czuł delikatny zapach jej perfum, zmieszany z kurzem ulicy i szamponem, którym rano umyła włosy. Przycisnął ją mocnej do siebie i wsunął język jeszcze głębiej w jej usta, smakując ją jakby to był pierwszy raz, kiedy ją całował. Wsunęła palce w jego włosy i lekko zacisnęła w pięści; wiedział, że za chwilę jego włosy zaplączą się w jej pierścionki i go pociągnie, zawsze się tak działo, ale nigdy mu to nie przeszkadzało.
Odkleił się od jej ust i zaczął całować jest szyję - odchyliła głowę, a jej włosy opadły na plecy; zaczął rozpinać jej spodnie, smakując równocześnie skórę jej szyi i dekoltu. Wyplątała ręce z jego włosów i przesunęła je na jego ramiona, a potem na klatkę piersiową. Po kilku sekundach szybkim ruchem zdjęła jego koszulkę - z niechęcią zabrał ręce z jej pośladków, by je unieść i umożliwić zdjęcie ubrania. Zaraz potem wróciły tam, skąd zostały zabrane, tyle że już nie przez spodnie, które miała na sobie, a pod nie; przez chwilę się wahał, a potem wsunął dłonie bezpośrednio na jej skórę, po czym powoli zsunął z niej spodniej razem z majteczkami.
Ona złapała jego głowę w obie ręce i popatrzyła mu w oczy. Uśmiechnął się, a potem pocałował ją w usta. Szybko uciekła mu, całując go po policzkach i schodząc niżej, na klatkę piersiową. Pozwalał jej na pieszczenie go przez chwilę, a potem złapał, obrócił ich, posadził ją na szafce i sprawnym ruchem zdjął jej spodnie. Zsunął swoje, po czym w nią delikatnie wszedł.
Kochali się powoli, nie mogąc pogodzić się co do tego kto kogo i gdzie całuje. W końcu przytulili się do siebie; ona wtuliła twarz w jego ramię, on oparł podbródek na czubku jej głowy, rozdmuchując szybkim oddechem jej włosy.
Szepnęła coś. Nie zrozumiał, ale nie przypominało to "kocham cię" ani po angielsku, ani po kantońsku. Nigdy nie rozumiał, dlaczego ona to właściwie mówiła. Przecież wiedział.
Co? - wysapał.
Jesm w ży...
Co?? - czuł, że za chwilę będzie szczytować.
Uniosła głowę i popatrzyła na niego.
Jestem w ciąży - powiedziała dokładnie w momencie, gdy poczuł potężną falę orgazmu.
Oparł czoło o jej ramię. Ciągle nie docierało do niego to, co właśnie powiedziała. Oddychał głośno i szybko, chowając penisa i zapinając spodnie.
Co? - zapytał ponownie, mało przytomnie.
Zeskoczyła z szafki, wciągnęła spodnie, złapała go za rękę i pociągnęła do zamkniętego pokoiku. Tam wyrzuciła zawartość tobołów na łóżko: pieluchy, śpioszki i inne dziecięce artykuły. Oczy rozszerzyły mu się ze szczęścia; chwycił ją wpół i razem upadli na łóżko pośród jej zakupów. Śmiał się na całe gardło i całował ją równocześnie. Wreszcie doczeka się tupotu małych nóżek i kogoś, kto powie do niego "tato".
Przestań!! - śmiała się z nim, usiłując go odepchnąć.
Od kiedy wiesz? - spytał.
Od zeszłego tygodnia. Chciałam mieć pewność, zanim bym ci powiedziała.
Ile?
Trzeci miesiąc.
Nic nie zauważyłaś??
Mało to mieliśmy fałszywych alarmów??
Nic nie odpowiedział. Doskonale pamiętał ten dzień cztery lata temu, gdy wszystko wskazywało na to, że jest w ciąży, a okazało się to być jakimiś zaburzeniami pracy jej jajników. Płakał wtedy całą noc; ciągle był przekonany, że ona tego nie widziała, a ona nie chciała wyprowadzać go z błędu i pozostawiała go w mniemaniu, iż nie widziała jego łez.
Ale teraz było inaczej. Teraz było naprawdę i według lekarza wszystko było w najlepszym porządku. Mogła mu już powiedzieć, wybrała właśnie ten dzień - rocznicę ich ślubu. Doskonały dzień na ładne prezenty i dobre wiadomości.
Leżał na plecach, z rozrzuconymi rękami, śmiejąc się do siebie i gapiąc na sufit. Usiadła i patrzyła na niego - uwielbiała, gdy był taki szczęśliwy, był wtedy najpiękniejszym facetem na świecie, jego skośne oczy skośniały jeszcze bardziej od śmiechu, pokazywał równe, białe ząbki i wydawał z siebie dźwięki podobne do tych, jakie wydawała foka... Mogłaby tak siedzieć i patrzeć na niego wiecznie. Kochała go nieprzytomnie.
No to co chcesz na obiadek? - zapytał, opierając się na łokciu i patrząc na nią.
Zależy co mam do wyboru.
Cokolwiek, na co masz ochotę. Byle zdrowe.
A jeśli nie będzie odpowiednich składników?
To pójdę do sklepu i kupię.
Długo będziesz taki kochany?
A nie jestem zawsze kochany?
Nie aż tak - wystawiła język.
A czemu pytasz?
Bo chcę wiedzieć, jak długo będę się tobą cieszyć.
Kiedy się nacieszę dzieckiem, to mi przejdzie.
To mam nadzieję, że dopiero za dwadzieścia lat.
Popchnęła go na plecy i usiadła na nim.
Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze - powiedział poważnie.
Będzie dobrze - zapewniła go, całując po obnażonej klacie.
Może nie powinniśmy?
Zwariowałeś?? - doszła do szyi.
Przymknął oczy i uśmiechnął się lekko. Koniuszek jej języka pieścił spód jego szczęki.
Ale nic się nie stanie? To na pewno bezpieczne? - szepnął.
Jestem w ciąży, a nie chora - szybko zdjęła swoje spodnie i zsunęła jego. - No co jest? - zapytała z rozczarowanie, widząc, że on nie był gotowy.
Obowiązek spełniłem, na razie jest na urlopie.
Ja mu dam urlop - całego go całować, a potem wzięła do ust.
Bastian podłożył ręce pod głowę, rozkoszując się pieszczotami. Czuł się bosko. Nic go już nie stresowało, ani teściowa, ani upał, ani wielka podróż. Było fantastycznie.
Usiadła na nim i zaczęła się powoli poruszać. Położył ręce na jej udach i popatrzył na nią. Miała przymknięte oczy i lekko rozchylone usta. Usiadł i przytulił ją do siebie. Objęła jego głowę ramionami i kochali się, spleceni, czując napływające fale gorąca. Babsi przycisnęła go do siebie; kochała go tak mocno, że aż bolało ją to czasem, tak mocno, że aż chciała być nim, częścią niego prawie że fizycznie, chciała, by ją wchłonął i by stali się całkiem jednym, bo nawet będąc tuż obok czuła się, jakby był daleko i niesamowicie za nim tęskniła, za jego głosem, gdy nic nie mówił, za jego zapachem, gdy go nie czuła, za jego ciepłem, gdy stał zbyt daleko.
Siedzieli tak przytuleni do siebie i żadne nie miało ochoty odkleić się od tego drugiego. Czas nie miał znaczenia, nigdzie się nie spieszyli, nic nie planowali. Mogli tak siedzieć do końca świata.
Burczenie w brzuchu Babsi przypomniało im, że jednak czas nie stanął w miejscu.
Puść mnie, coś zrobię jeść - powiedział Bastion.
Nie chcę - zrobiła nadąsaną minkę jak mała dziewczynka.
Ale twój brzuszek chce. A może to nasze maleństwo chce?
Okej - poddała się i zsunęła z niego.
Poszedł do kuchni, wciągając po drodze spodnie. Całkowicie zapomniał, że chciał robić jej jakieś niespodzianki i miał jakieś plany - a raczej martwił się brakiem planów - na ten wyjątkowy dzień. Dzień był podwójnie wyjątkowy i to ona zrobiła mu niesamowitą niespodziankę.
Z jego twarzy w ogóle nie schodził uśmiech, stał, myjąc warzywa i śmiejąc się, dosłownie, bo co jakiś czas wybuchał cichym chichotem, dusząc się równocześnie, bo usiłował te napady radości jakoś stłumić.
Szybko przyszykował sałatkę, ryż z warzywami (bez ostrych przypraw, choć je uwielbiała) i zaniósł wszystko do pokoju. Ona siedziała, studiując swoje notatki z serii: 'żebym nie zapomniała niczego wziąć'.
Postawił wszystkie miseczki, które był w stanie unieść na raz, na stole, potem wrócił po pozostałe. Kiedy był z powrotem w pokoju, ona siedziała już przy stole z pałeczkami w ręku. Czekała, aż on usiądzie, posłała mu buziaka i zaczęła jeść.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak byłam głodna - powiedziała.
Jedz, jedz. Teraz nie możesz tego zaniedbywać.
W twoim mniemaniu to pewnie teraz to ja już nic nie mogę.
Jestem tylko ostrożny.
Lekko mu dokuczała z powodu jego nagłej nadopiekuńczości, ale w sumie była zadowolona, że właśnie taka była jego reakcja. Nie chciała stracić tego dziecka, zbyt długo się o nie starali, by teraz wszystko zmarnować i zaprzepaścić przez jej głupotę.
Jadła powoli. Nigdzie się jej nie spieszyło, była więc w połowie syta, gdy Bastian odsunął od siebie swoją miseczkę opróżnioną z ryżu.
Ciekawe, czy utyjesz - zastanowił się głośno.
Trudno było mu wyobrazić swoją żonę z nadwagą. Czasami była okropnym niejadkiem, kiedy indziej znowu pochłaniała ogromne ilości jedzenia, nigdy jednak nie utyła. Nawet jeśli były jakieś wahania wagi, to on nigdy nie zauważył żadnej różnicy w jej wyglądzie.
Nie wiem - mruknęła z ustami pełnymi ryżu. Już dawno temu nabrała mało kulturalnego w Europie, całkiem normalnego w Chinach, obyczaju mówienia z pełnymi ustami. - Przeszkadzałoby ci?
Nie - odpowiedział szczerze.
Obserwował ją, gdy jadła. Była przepiękna. Był w niej wciąż nieprzytomnie zakochany, jak 14 lat temu, gdy ją poznał, ale wiedział, że to nie tylko jego zakochane oczy ją taką widzą. Iluż to kolegów na studiach pytało go, jak sobie złapał taką ładniutką białą dziewczynę. On zawsze wzruszał tylko ramionami - z jednej strony sam nie wiedział, a z drugiej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sam był przystojnym facetem - o czym świadczyły podkochujące się w nim uczennice. Powinni mieć prześliczne dziecko.
Co będziemy robić? - zapytała, zerkając na niego.
A co chcesz robić?
Nic nie masz w planach?
Nie.
Popatrzyła na niego zdziwiona. Czyżby zapomniał? Przez 10 lat pamiętał o ich rocznicy ślubu, a teraz zapomniał??
Kompletnie nic??
Nie miałem pomysłu, jak uczcić dzisiejszy dzień, a potem ty wyskoczyłaś ze swoją nowiną? nie wiem, co będziemy robić. Co tylko chcesz.
Nie, nie zapomniał. Po prostu nic nie zaplanował. Może to i lepiej.
To zostańmy w domu i gapmy się w telewizor - powiedziała.
A co jest w telewizorze?
Nooo, pewnie jakieś diody, kineskop i inne takie. Ja tam się nie znam.
Roześmiał się.
Poważnie pytam.
Nie wiem. Sprawdź w internecie.
Nie mieli programu telewizyjnego. Rzadko kiedy oglądali telewizję, więc nie było potrzeby go kupować. Wstał i podszedł do komputera.
Nic nie ma. Dopiero późnym wieczorem będzie jakiś strrrraaaaszny horror.
O myszach? - spytała, łypiąc na niego zadziornie.
Bastian straszliwie bał się myszy.
Tak, o myszach! - odparł równie zadziornie.
Obronię cię - powiedziała.
Zawsze to powtarzała - i fakt; kiedy mieli w domu myszy, to je odganiała. Nie była w stanie skrzywdzić zwierzątek, ale panika w oczach Bastiana i podkulanie nóg pod siebie sprawiały, że przynajmniej odstraszała je tupaniem. Potem przeprowadzili się, bo Bastian nie chciał dłużej mieszkać w "myszowym" domu.
Bastian znalazł w końcu jakiś znośny film w telewizorze. Włączył go, usadowił się wygodnie na kanapie, czekając na Babsi. Po kilku minutach wstał i poszedł po niski taborecik, który zazwyczaj służył mu jako podnóżek przy takich okazjach. Ponownie wygodnie się usadowił; nie czekał długo na pojawienie się Babsi. Usiadła koło niego, a potem ułożyła się wygodnie z głową na jego udach. Wiedział, że to jeszcze chwilę potrwa, zanim znajdzie sobie wystarczająco wygodną pozycję, więc cierpliwie czekał, aż przestanie się wiercić i dopiero potem objął ją oboma rękami.
Film, który wybrał, miał być komedia, ale jakoś nic go nie śmieszyło; nie usłyszał też, by Babsi się choć raz zaśmiała. Gładził jej włosy, szukając równocześnie drugą ręką pilota, by zmienić kanał.
Będzie ci przeszkadzać, jeśli poszukam czegoś innego, czy oglądasz?
Nie doczekał się odpowiedzi. Zerknął na nią - naprawdę "ciekawa" komedia - Babsi spała. Zaczął skakać po kanałach, szukając czegoś ciekawego. Nic ciekawego nie było, więc zostawił na Discovery i nieco nieobecnym wzrokiem gapił się w ekran, na którym przewijały się jakieś samoloty.
Lotnisko. Jedno z tych miejsc, które uwielbiał?
To był gorący dzień. Idiotyczny korek na drodze na lotnisko, w którym utkwiła, sprawił, że dotarła do punktu odpraw zaledwie 15 minut przez odlotem samolotu. Zbyt późno.
Nienawidziła latać. Bała się potwornie, każdy wstrząs był dla niej niewyobrażalnym stresem, a moment startu najgorszym koszmarem, jaki mogła sobie wyobrazić.
Było późno. Potwornie późno. Oddała bilet, mając nadzieję, że jeszcze jest trochę czasu. Mężczyzna zapytał ją o coś, potrząsnęła tylko głową, dając mu znak, że nie mówi po kantońsku. Znowu o coś zapytał - i znowu potrząsnęła głową. Za trzecim razem zrozumiała, że on mówił do niej po angielsku - przynajmniej starał się mówić. Ale to było wszystko - poza wrażeniem, że to angielski nie była w stanie wyłapać nic więcej.
A czas leciał? Dwie minuty, trzy? Stanęły jej łzy w oczach - nie tylko czekał ją koszmarny lot z Hong Kongu do Londynu, ale jeszcze do tego pewnie na niego nie zdąży i będzie musiała jakoś przebukować się na następny. Była coraz bardziej przerażona, ciężka łza zdenerwowania i strachu potoczyła się jej po policzku. Padło jakieś pytanie, ale znowu nic nie zrozumiała.
Pomóc w czymś? - zapytał głos za nią.
Nie mógł się oprzeć. Rzuciła mu się w oczy natychmiast, mimo tych mas ludzi, które tam były. Była tak nieskończenie, niewiarygodnie piękna, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Nigdzie się nie spieszył - kogo miał wsadzić w samolot i posłać na Tajwan, tego już wsadził. Teraz miał czas dla siebie. Dla niej właściwie - stanął sobie z boku, obserwując ją, jak dreptała nerwowo stojąc w kolejce do odprawy. Ale przecież nie będzie bezczynnie patrzeć, jak ma kłopoty - przepchnął się przez kolejkę, wciskając ludziom, że jest z nią, podszedł i zapytał, czy może pomóc.
Popatrzyła na niego, jak na zbawienie. Kiedy wyruszał ze swego miejsca, nie widział, żeby płakała, potem nie widział jej twarzy, więc wyraźny ślad łzy na jej policzku zszokował go lekko.
Nie rozumiem co on mówi - powiedziała bezradnie drżącym głosem.
Bastian szybko wypytał faceta o co chodziło - była bardzo spóźniona na swój lot.
Jesteś bardzo spóźniona - poinformował ją, po czym zapytał o coś.
Przez chwilę rozmawiali, a potem facet zaczął konwersować z kimś przez telefon.
Dowiaduje się, czy na ciebie poczekają - wyjaśnił jej Bastian.
Bardzo dziękuję za pomoc - powiedziała spokojniejszym już tonem.
Facet powiedział coś do Bastiana, a ten zerknął na nogi Babsi.
Mam nadzieję, że masz wygodne buty, bo będziemy biec - poinformował ją.
Skinęła głową, on tymczasem chwycił jej bagaż i zaczął przepychać się wśród ludzi.
Londyn? - spytał.
Znowu skinęła tylko głową.
Bastian ruszył biegiem w kierunku odpowiedniego terminala, Babsi za nim. Jej bagaż nie był wielki, ale i tak musiała się przy barierce tłumaczyć, dlaczego nie oddała go przy odprawie. Wydawało jej się, że to wszystko niemożliwie długo trwa.
Przeszła w końcu przez bramkę, bo zobaczyć, że odprawa się zakończyła. Stanęła bezradnie pośrodku holu, aż w końcu zainteresował się nią jakiś pracownik lotniska.
Bastian obserwował ich zza drugiej strony barierek. Potem patrzył, jak dziewczyna kieruje się do wyjścia ze strefy celnej, czy jakkolwiek się to nazywało.
Mieli na ciebie czekać - powiedział, podchodząc do niej.
Nie czekali.
No to z kim ten palant rozmawiał?
Popatrzyła na niego tylko bezradnie.
Muszę się przebukować - powiedziała cicho.
No to chodź - ponownie chwycił jej walizę.
Nie mogę od ciebie wymagać, żebyś ciągle mi pomagał - powiedziała.
Cała przyjemność po mojej stronie - odparł szczerze.
Ale pewnie też masz tu coś do załatwienia - "do załatwienia" brzmiało trochę głupio, ale mogło znaczyć zarówno, że odlatuje, jak i że właśnie przyleciał.
Co miałem do załatwienia, załatwiłem - uśmiechnął się. - Kolega poleciał, ja mam czas dla siebie.
Ale naprawdę, nie powinnam cię o nic więcej prosić, pomogłeś i tak wystarczająco - zarumieniła się.
Zazwyczaj nie była taka wstydliwa, ale ten Chińczyk był tak niesamowicie szarmancki i przystojny, że czuła się przy nim bardzo onieśmielona.
Chcesz, żebym cię zostawił? - zapytał na pół zaczepnie, na pół żartobliwie.
Nie - przyznała, szczerze, rumieniąc się jeszcze bardziej.
No to idziemy - uśmiechnął się ciepło.
Znowu stanęli grzecznie w kolejce, tym razem Bastian od razu mówił? i kilka chwil potem było po wszystkim.
Mam teraz trzy godziny czekania - powiedziała.
Pozwolisz się zaprosić na herbatę? - zapytał.
Pozwolę.
Była śliczna, gdy się uśmiechała.
Już był w niej zakochany.
Siedzieli w jednej z lotniskowych kawiarni, ciągle znajdując nowe tematy do rozmowy, czas płynął tak szybko, że o mało co nie spóźniła się też i na ten drugi lot.
Zdołali jeszcze tylko szybko wymienić adresy i rozstali się na półtora miesiąca - pierwszy i ostatni raz na tak długo.
Od tamtej pory uwielbiał lotniska. A ona ciągle panicznie bała się latać, choć udawało jej się nad tym jakoś zapanować.
Program o samolotach i lotniskach się skończył. Włączyłby jakąś przyjemną muzykę, ale musiałby w tym celu wstać, a to z kolei znaczyłoby obudzić Babsi, a tego nie chciał.
Półleżał więc, z jej głową na nogach, gładząc jej włosy.
To był jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu - będzie miał dziecko. Ukochana kobieta spała w jego ramionach - no, nie do końca akurat ramionach - i właściwie kompletnie niczego mu nie brakowało.
Dzień drugi
Następnego dnia rano obudził się wcześnie. Babsi jeszcze spała, wstał więc, starając się nie robić hałasu, po czym przygotował jej małe śniadanko. Nie jadała śniadań, ale postanowił przyzwyczaić ją do tego - dla dobra dziecka. Choćby małą bułeczkę - na początek przyzwyczajania - byle brzuszek był napełniony.
Musiał jeszcze wstąpić do szkoły, ale to później. Dzieciaki kazały mu się stawić - tak właśnie, kazały, nie prosiły - w związku z czym obiecał im, że będzie. Zazwyczaj nie miał problemów ze spotykaniem się ze swoimi dzieciakami, czego by nie potrzebowały, ale tego właśnie dnia myślał o tym z niechęcią - po prostu miał ochotę zostać w domu, z Babsi, pomagać jej w pakowaniu się do matki, gotować jej i robić wszystko, co robi się w domu. No, może w wyjątkiem sprzątania. Sprząta niech sobie sama. Prasuje też.
Kończył swoje - wcale nie takie skromne - śniadanie, gdy zaspana Babsi pojawiła się w kuchni.
To dla ciebie - wskazał jej talerzyk.
Bez protestu usiadła i zaczęła jeść przygotowaną bułeczkę i pić soczek. Popatrzyła na niego, gdy skończyła:
Mogę jeszcze?
Czy nie jesteś aby chora?? Chcesz jeść tak wcześnie??
To ty zacząłeś.
Jest jeszcze jedna. Jeśli będziesz chciała więcej, to będę musiał iść kupić.
Nie będę chciała.
Wstał, wstawił swoje naczynia do zlewu, zrobił jej drugą bułkę, a potem ruszył do pokoju, całując ją w głowę po drodze.
Zrobiłaś listę tego, co bierzemy ze sobą? - zapytał.
Uhm, ale nie skończyłam.
Gdzie jest?
Nie wiem. Gdzieś leży.
Aha.
Rozejrzał się uważnie po cały pokoju, aż w końcu zauważył kartkę papieru. Podszedł, ale jeszcze zanim wziął ją do ręki, wiedział już, że to nie jest to. Oparł dłonie na biodrach i rozglądał się dalej.
Nie widzę.
To patrz lepiej - mruknęła z kuchni.
Usłyszał szum wody i hałas mytych naczyń, a po chwili Babsi była w pokoju z kawałkiem papieru.
Źle patrzyłeś, była w kuchni.
Uch, ty - zrobił zamach, jakby chciał dać jej kuksańca łokciem, ale jej nie dotknął.
Uśmiechnęli się od siebie i Babsi poszła do łazienki.
Bastion szybko przejrzał listę; nie zauważył, by mu czegoś na niej brakowało, ale zawsze wychodził z założenia, że co dwie głowy to nie jedna, więc warto było sprawdzać, co notowała Babsi.
Pakować się jeszcze nie zaczęli. Chcieli uniknąć sytuacji "a to wziąłeś? nie pamiętasz? to sprawdź" i takie sprawdzanie kończyło się wyciągnięciem ważnej rzeczy i nie włożeniem jej z powrotem. Dlatego nauczyli się najpierw robić spis, a potem pakować rzeczy po kolei według spisu. W ten sposób mogli być pewni, że wezmą wszystko? pod warunkiem, że to wszystko na spisie się znajdzie.
Pukanie do drzwi. Bastian otworzył i zobaczył sąsiadkę, która obiecała zając się kociakami na czas ich wyjazdu. Dał jej kosz z kotami, wszystkie potrzebne, uprzednio spakowane, rzeczy, jedzenie i zabawki i ładnie podziękował za opiekę.
Gdy Babsi wyszła spod prysznica, zaczęli się krzątać po swoim małym mieszkanku, usiłując przygotować pełną listę rzeczy do spakowania. Za każdym razem, gdy się mijali, dawali sobie buziaka, albo przytulali się do siebie na moment. To on był prowodyrem tych czułości. Nie było to zresztą dziwne, bo był niepoprawnym romantykiem - w przeciwieństwie do niej. Rzadko kiedy udało mu się namówić ją na romantyczny film we dwoje, a kiedy już się udawało - usypiała w połowie, albo potem marudziła, że był nudny? Jak mógł być nudny, skoro on się na nim popłakał? Komedie romantyczne też odpadały. W wyniku końcowym romantyczne wieczory spędzali oglądając horrory i dramaty.
W końcu Babsi mogła odetchnąć - Bastian poszedł do szkoły spotkać się ze swoimi uczniami po raz ostatni przed wakacjami, a ona mogła w spokoju doprowadzić mieszkanie do porządku. Miała okropnego lenia, ale trzeba to było zrobić przez wyjazdem. Podobnie jak dla kotów, znalazła też opiekę dla jedynego kaktusa, który stał przy oknie, teraz musiała wszystko uporządkować, by było sterylnie czysto, jak będą wyjeżdżać.
Czas biegł jej szybko. Chciała przygotować jeszcze jakiś mały obiad dla męża, gdy ten wróci, ale wyglądało na to, że nie będzie miała czasu. Do tego odnosiła wrażenie, że z tego jej sprzątania, to więcej bałaganu się robi, niż porządku.
Udało jej się w końcu przynajmniej częściowo zrobić to, co zaplanowała. Poszła do kuchni z zamiarem zrobienia zupy cebulowej z jajkiem - jedna z tych nielicznych potraw chińskiej kuchni, jakie potrafiła zrobić naprawdę dobrze, powyciągała składniki z lodówki i zabrała się do roboty.
Bastiana ciągle nie było. Zupa była gotowa i stygła. Miał być najpóźniej koło czwartej, a minęła już piąta. Na początku się cieszyła, że zdąży z kulinarną niespodzianką, potem troszkę zmartwiła, że zupa wystygnie, teraz zaczęła się martwić. Bastian zawsze dzwonił w takich przypadkach i brak jakiegokolwiek znaku od niego nie był normalny. Chwyciła za telefon i wykręciła numer jego komórki. Sygnał był wolny, ale nikt nie odbierał. Może był w drodze do domu i nie słyszał telefonu? A może nie mógł go odebrać w aucie?
A może coś się stało??
Potrząsnęła głową. Strach ma wielkie oczy - nie ma co panikować, to dorosły mężczyzna, a dochodziła zaledwie szósta, nie było więc późno.
Usłyszała w końcu pukanie - dziwne, przecież Bastian wziął klucze. Ale może to nie on? Już otwierała drzwi, gdy pomyślała, że to może być jakiś policjant z info, że Bastianowi się coś stało. Serce zabiło jej mocniej, ale jej wewnętrzny terror trwał zaledwie ułamek sekundy, jaki potrzebowała na otwarcie drzwi: to był Bastian.
Co ci się stało? - zapytała z troską.
Wyglądał okropnie. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się jej w oczy, były włosy - wystrzyżone na bardzo krótko. Uwielbiała grzywę Bastiana, uwielbiała zatapiać palce w jego czuprynie, a tu taka niespodzianka. W ogóle jego wygląd był nieciekawy.
Co się stało? - zapytała ponownie z większym niepokojem.
Nic. Nieważne - powiedział cicho, wchodzą do środka.
Twoje włosy?
Czas na zmiany - uśmiechnął się lekko.
Ale? Cały jesteś brudny? Bastian!!
Wezmę prysznic i będzie wszystko dobrze, wreszcie będzie wszystko dobrze.
O nic więcej nie pytała. Skoro nie chciał mówić, to nie było sensu go zmuszać; albo powie w końcu sam, później, albo nigdy. Wypytywanie niczego by nie zmieniło, doskonale o tym wiedziała.
Poszła do kuchni i nalała mu zupy do miseczki. Czekała aż wyjdzie z łazienki, ale on tam dość długo zabawiał - zaczęła się martwić, że zupa wystygnie.
W końcu pojawił się w kuchni. Umyty i doprowadzony do porządku wyglądał o wiele lepiej. Tylko te włosy.
Dzieciaki cię tak urządziły? - zażartowała.
Nic nie odpowiedział, zaczął natomiast bardzo szybko jeść. Musiał być głodny.
Dodałam kilka pozycji do naszej listy - powiedziała, siadając naprzeciwko niego ze swoją miską zupy.
Pokiwał głową, pochłaniając jedzenie. Po skończeniu wstał, podszedł do kuchenki i nalał sobie kolejną porcję.
Może weź sobie do tego chlebek kukurydziany. Świeżutki jest - powiedziała.
Stał przez chwilę, bezradnie rozglądając się po kuchni, aż zaczęła go parzyć nagrzewająca się od zupy miska.
Aj - syknął, siadając szybko. Trochę mu się rozlało, gdy szybko stawiał gorące naczynie na stole, ale chwycił ścierkę zanim ona zdążyła się po nią w ogóle ruszyć.
Przepraszam za bałagan - mruknął.
Uśmiechnęła się tylko. Kilka kropel zupy to nie bałagan.
Wiesz, pomyślałam, że w dniu wylotu moglibyśmy odprawić się rano i mieć to z głowy, a potem już w spokoju zdawać bagaże i inne takie.
Popatrzył na nią.
No ja wiem, że to jest podwójna droga na lotnisko, rano i potem przed odlotem, ale? - zaczęła się tłumaczyć.
Zrobimy jak chcesz - powiedział w końcu. - Byle czasu starczyło.
No chyba starczy - powiedziała.
Dobrze - skinął, kończąc drugą miseczkę.
Jeszcze? - zapytała, wskazując ruchem głowy miskę, a potem garnek.
Skinął, gryząc chleb.
Wstała i zabrała miskę, podczas gdy on kończył pieczywo.
Co dopisałaś do listy? - spytał.
Drobiazgi. Kilka dodatkowych par skarpetek dla ciebie.
Skarpetek?
No wiem, że wolisz boso, ale mojej mamie może się to nie podobać. Lepiej jej nie irytować.
Zirytowana teściowa? - mruknął.
No sam widzisz!! - zaśmiała się.
Uśmiechnął się lekko. Cały czas niepokoiło ją to, co się wydarzyło. Był jakiś markotny, nieswój. Wrócił późno, odrapany i brudny.
Trzecia miska została pochłonięta w takim samym tempie, jak dwie poprzednie. Co się dziwić - po śniadaniu nic nie jadł, potem wyszedł z domu, wrócił dopiero teraz - musiał być głodny. A Bastianowi apetyt dopisywał, nawet jeśli nie było tego po jego szczupłej sylwetce widać.
Skończył i pozmywał po sobie, a potem postawił miseczkę obok innych schnących naczyń. Troszkę zdziwiło ją, że nie zrobił żadnej uszczypliwej uwagi w stylu: wytrzyj, a nie czekaj, aż się zacieki zrobią - a nie lubił leżących na wierzchu naczyń, czyścioch jeden. Ale nie, nic nie powiedział, poszedł tylko do pokoju.
Musiał być bardzo zmęczony.
Poszła za nim; stał na środku, jakby nie będąc pewnym, czy chce się położyć na sofie, czy usiąść w fotelu. Podeszła do niego i położyła rękę na jego plecach i przesunęła ją wyżej, do jego ramienia i karku. Obrócił się do niej przodem, objął ją i przycisnął do siebie. Wtuliła się w jego ramię, czując jego ręce i ramiona obejmujące ją mocno. Przytulił nos do jej szyi i stał tak, bez ruchu prawie. Przesunęła dłonią po jego głowie; w pierwszym momencie poczuła zdziwienie, nie czując grubych włosów między palcami, ale kilkucentymetrowa szczecina na jego głowie okazała się bardzo przyjemna i w pewien sposób zabawna. Przesunęła dłonią po jeżu, czując wyskakujące spod jej dłoni i prostujące się włoski między palcami, by zaraz znowu zostać przyciśniętymi do skóry głowy.
Podoba mi się tak - szepnęła.
Poczuła, że mięśnie jego wtulonej w nią twarzy zmieniają układ - pewnie się uśmiechnął.
Stali tak, przytuleni do siebie, przed kilka minut, aż w końcu on, niechętnie, odsunął się od niej.
Powiesz mi co się stało, czy nie? - zaatakowała go w końcu.
Nic ważnego.
Tak wyglądasz i nic ważnego??
Spotkałem dziś kogoś i? no? mamy ze sobą pewne utarczki z przeszłości.
Biłeś się??? - zapytała ze zdumieniem.
Trochę się poszturchaliśmy - przyznał.
No ładnie. Jak dzieci.
Uśmiechnął się tylko.
Kompletnie nic??
Nie miałem pomysłu, jak uczcić dzisiejszy dzień, a potem ty wyskoczyłaś ze swoją nowiną? nie wiem, co będziemy robić. Co tylko chcesz.
Nie, nie zapomniał. Po prostu nic nie zaplanował. Może to i lepiej.
To zostańmy w domu i gapmy się w telewizor - powiedziała.
A co jest w telewizorze?
Nooo, pewnie jakieś diody, kineskop i inne takie. Ja tam się nie znam.
Roześmiał się.
Poważnie pytam.
Nie wiem. Sprawdź w internecie.
Nie mieli programu telewizyjnego. Rzadko kiedy oglądali telewizję, więc nie było potrzeby go kupować. Wstał i podszedł do komputera.
Nic nie ma. Dopiero późnym wieczorem będzie jakiś strrrraaaaszny horror.
O myszach? - spytała, łypiąc na niego zadziornie.
Bastian straszliwie bał się myszy.
Tak, o myszach! - odparł równie zadziornie.
Obronię cię - powiedziała.
Zawsze to powtarzała - i fakt; kiedy mieli w domu myszy, to je odganiała. Nie była w stanie skrzywdzić zwierzątek, ale panika w oczach Bastiana i podkulanie nóg pod siebie sprawiały, że przynajmniej odstraszała je tupaniem. Potem przeprowadzili się, bo Bastian nie chciał dłużej mieszkać w "myszowym" domu.
Bastian znalazł w końcu jakiś znośny film w telewizorze. Włączył go, usadowił się wygodnie na kanapie, czekając na Babsi. Po kilku minutach wstał i poszedł po niski taborecik, który zazwyczaj służył mu jako podnóżek przy takich okazjach. Ponownie wygodnie się usadowił; nie czekał długo na pojawienie się Babsi. Usiadła koło niego, a potem ułożyła się wygodnie z głową na jego udach. Wiedział, że to jeszcze chwilę potrwa, zanim znajdzie sobie wystarczająco wygodną pozycję, więc cierpliwie czekał, aż przestanie się wiercić i dopiero potem objął ją oboma rękami.
Film, który wybrał, miał być komedia, ale jakoś nic go nie śmieszyło; nie usłyszał też, by Babsi się choć raz zaśmiała. Gładził jej włosy, szukając równocześnie drugą ręką pilota, by zmienić kanał.
Będzie ci przeszkadzać, jeśli poszukam czegoś innego, czy oglądasz?
Nie doczekał się odpowiedzi. Zerknął na nią - naprawdę "ciekawa" komedia - Babsi spała. Zaczął skakać po kanałach, szukając czegoś ciekawego. Nic ciekawego nie było, więc zostawił na Discovery i nieco nieobecnym wzrokiem gapił się w ekran, na którym przewijały się jakieś samoloty.
Lotnisko. Jedno z tych miejsc, które uwielbiał?
To był gorący dzień. Idiotyczny korek na drodze na lotnisko, w którym utkwiła, sprawił, że dotarła do punktu odpraw zaledwie 15 minut przez odlotem samolotu. Zbyt późno.
Nienawidziła latać. Bała się potwornie, każdy wstrząs był dla niej niewyobrażalnym stresem, a moment startu najgorszym koszmarem, jaki mogła sobie wyobrazić.
Było późno. Potwornie późno. Oddała bilet, mając nadzieję, że jeszcze jest trochę czasu. Mężczyzna zapytał ją o coś, potrząsnęła tylko głową, dając mu znak, że nie mówi po kantońsku. Znowu o coś zapytał - i znowu potrząsnęła głową. Za trzecim razem zrozumiała, że on mówił do niej po angielsku - przynajmniej starał się mówić. Ale to było wszystko - poza wrażeniem, że to angielski nie była w stanie wyłapać nic więcej.
A czas leciał? Dwie minuty, trzy? Stanęły jej łzy w oczach - nie tylko czekał ją koszmarny lot z Hong Kongu do Londynu, ale jeszcze do tego pewnie na niego nie zdąży i będzie musiała jakoś przebukować się na następny. Była coraz bardziej przerażona, ciężka łza zdenerwowania i strachu potoczyła się jej po policzku. Padło jakieś pytanie, ale znowu nic nie zrozumiała.
Pomóc w czymś? - zapytał głos za nią.
Nie mógł się oprzeć. Rzuciła mu się w oczy natychmiast, mimo tych mas ludzi, które tam były. Była tak nieskończenie, niewiarygodnie piękna, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Nigdzie się nie spieszył - kogo miał wsadzić w samolot i posłać na Tajwan, tego już wsadził. Teraz miał czas dla siebie. Dla niej właściwie - stanął sobie z boku, obserwując ją, jak dreptała nerwowo stojąc w kolejce do odprawy. Ale przecież nie będzie bezczynnie patrzeć, jak ma kłopoty - przepchnął się przez kolejkę, wciskając ludziom, że jest z nią, podszedł i zapytał, czy może pomóc.
Popatrzyła na niego, jak na zbawienie. Kiedy wyruszał ze swego miejsca, nie widział, żeby płakała, potem nie widział jej twarzy, więc wyraźny ślad łzy na jej policzku zszokował go lekko.
Nie rozumiem co on mówi - powiedziała bezradnie drżącym głosem.
Bastian szybko wypytał faceta o co chodziło - była bardzo spóźniona na swój lot.
Jesteś bardzo spóźniona - poinformował ją, po czym zapytał o coś.
Przez chwilę rozmawiali, a potem facet zaczął konwersować z kimś przez telefon.
Dowiaduje się, czy na ciebie poczekają - wyjaśnił jej Bastian.
Bardzo dziękuję za pomoc - powiedziała spokojniejszym już tonem.
Facet powiedział coś do Bastiana, a ten zerknął na nogi Babsi.
Mam nadzieję, że masz wygodne buty, bo będziemy biec - poinformował ją.
Skinęła głową, on tymczasem chwycił jej bagaż i zaczął przepychać się wśród ludzi.
Londyn? - spytał.
Znowu skinęła tylko głową.
Bastian ruszył biegiem w kierunku odpowiedniego terminala, Babsi za nim. Jej bagaż nie był wielki, ale i tak musiała się przy barierce tłumaczyć, dlaczego nie oddała go przy odprawie. Wydawało jej się, że to wszystko niemożliwie długo trwa.
Przeszła w końcu przez bramkę, bo zobaczyć, że odprawa się zakończyła. Stanęła bezradnie pośrodku holu, aż w końcu zainteresował się nią jakiś pracownik lotniska.
Bastian obserwował ich zza drugiej strony barierek. Potem patrzył, jak dziewczyna kieruje się do wyjścia ze strefy celnej, czy jakkolwiek się to nazywało.
Mieli na ciebie czekać - powiedział, podchodząc do niej.
Nie czekali.
No to z kim ten palant rozmawiał?
Popatrzyła na niego tylko bezradnie.
Muszę się przebukować - powiedziała cicho.
No to chodź - ponownie chwycił jej walizę.
Nie mogę od ciebie wymagać, żebyś ciągle mi pomagał - powiedziała.
Cała przyjemność po mojej stronie - odparł szczerze.
Ale pewnie też masz tu coś do załatwienia - "do załatwienia" brzmiało trochę głupio, ale mogło znaczyć zarówno, że odlatuje, jak i że właśnie przyleciał.
Co miałem do załatwienia, załatwiłem - uśmiechnął się. - Kolega poleciał, ja mam czas dla siebie.
Ale naprawdę, nie powinnam cię o nic więcej prosić, pomogłeś i tak wystarczająco - zarumieniła się.
Zazwyczaj nie była taka wstydliwa, ale ten Chińczyk był tak niesamowicie szarmancki i przystojny, że czuła się przy nim bardzo onieśmielona.
Chcesz, żebym cię zostawił? - zapytał na pół zaczepnie, na pół żartobliwie.
Nie - przyznała, szczerze, rumieniąc się jeszcze bardziej.
No to idziemy - uśmiechnął się ciepło.
Znowu stanęli grzecznie w kolejce, tym razem Bastian od razu mówił? i kilka chwil potem było po wszystkim.
Mam teraz trzy godziny czekania - powiedziała.
Pozwolisz się zaprosić na herbatę? - zapytał.
Pozwolę.
Była śliczna, gdy się uśmiechała.
Już był w niej zakochany.
Siedzieli w jednej z lotniskowych kawiarni, ciągle znajdując nowe tematy do rozmowy, czas płynął tak szybko, że o mało co nie spóźniła się też i na ten drugi lot.
Zdołali jeszcze tylko szybko wymienić adresy i rozstali się na półtora miesiąca - pierwszy i ostatni raz na tak długo.
Od tamtej pory uwielbiał lotniska. A ona ciągle panicznie bała się latać, choć udawało jej się nad tym jakoś zapanować.
Program o samolotach i lotniskach się skończył. Włączyłby jakąś przyjemną muzykę, ale musiałby w tym celu wstać, a to z kolei znaczyłoby obudzić Babsi, a tego nie chciał.
Półleżał więc, z jej głową na nogach, gładząc jej włosy.
To był jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu - będzie miał dziecko. Ukochana kobieta spała w jego ramionach - no, nie do końca akurat ramionach - i właściwie kompletnie niczego mu nie brakowało.
Dzień drugi
Następnego dnia rano obudził się wcześnie. Babsi jeszcze spała, wstał więc, starając się nie robić hałasu, po czym przygotował jej małe śniadanko. Nie jadała śniadań, ale postanowił przyzwyczaić ją do tego - dla dobra dziecka. Choćby małą bułeczkę - na początek przyzwyczajania - byle brzuszek był napełniony.
Musiał jeszcze wstąpić do szkoły, ale to później. Dzieciaki kazały mu się stawić - tak właśnie, kazały, nie prosiły - w związku z czym obiecał im, że będzie. Zazwyczaj nie miał problemów ze spotykaniem się ze swoimi dzieciakami, czego by nie potrzebowały, ale tego właśnie dnia myślał o tym z niechęcią - po prostu miał ochotę zostać w domu, z Babsi, pomagać jej w pakowaniu się do matki, gotować jej i robić wszystko, co robi się w domu. No, może w wyjątkiem sprzątania. Sprząta niech sobie sama. Prasuje też.
Kończył swoje - wcale nie takie skromne - śniadanie, gdy zaspana Babsi pojawiła się w kuchni.
To dla ciebie - wskazał jej talerzyk.
Bez protestu usiadła i zaczęła jeść przygotowaną bułeczkę i pić soczek. Popatrzyła na niego, gdy skończyła:
Mogę jeszcze?
Czy nie jesteś aby chora?? Chcesz jeść tak wcześnie??
To ty zacząłeś.
Jest jeszcze jedna. Jeśli będziesz chciała więcej, to będę musiał iść kupić.
Nie będę chciała.
Wstał, wstawił swoje naczynia do zlewu, zrobił jej drugą bułkę, a potem ruszył do pokoju, całując ją w głowę po drodze.
Zrobiłaś listę tego, co bierzemy ze sobą? - zapytał.
Uhm, ale nie skończyłam.
Gdzie jest?
Nie wiem. Gdzieś leży.
Aha.
Rozejrzał się uważnie po cały pokoju, aż w końcu zauważył kartkę papieru. Podszedł, ale jeszcze zanim wziął ją do ręki, wiedział już, że to nie jest to. Oparł dłonie na biodrach i rozglądał się dalej.
Nie widzę.
To patrz lepiej - mruknęła z kuchni.
Usłyszał szum wody i hałas mytych naczyń, a po chwili Babsi była w pokoju z kawałkiem papieru.
Źle patrzyłeś, była w kuchni.
Uch, ty - zrobił zamach, jakby chciał dać jej kuksańca łokciem, ale jej nie dotknął.
Uśmiechnęli się od siebie i Babsi poszła do łazienki.
Bastion szybko przejrzał listę; nie zauważył, by mu czegoś na niej brakowało, ale zawsze wychodził z założenia, że co dwie głowy to nie jedna, więc warto było sprawdzać, co notowała Babsi.
Pakować się jeszcze nie zaczęli. Chcieli uniknąć sytuacji "a to wziąłeś? nie pamiętasz? to sprawdź" i takie sprawdzanie kończyło się wyciągnięciem ważnej rzeczy i nie włożeniem jej z powrotem. Dlatego nauczyli się najpierw robić spis, a potem pakować rzeczy po kolei według spisu. W ten sposób mogli być pewni, że wezmą wszystko? pod warunkiem, że to wszystko na spisie się znajdzie.
Pukanie do drzwi. Bastian otworzył i zobaczył sąsiadkę, która obiecała zając się kociakami na czas ich wyjazdu. Dał jej kosz z kotami, wszystkie potrzebne, uprzednio spakowane, rzeczy, jedzenie i zabawki i ładnie podziękował za opiekę.
Gdy Babsi wyszła spod prysznica, zaczęli się krzątać po swoim małym mieszkanku, usiłując przygotować pełną listę rzeczy do spakowania. Za każdym razem, gdy się mijali, dawali sobie buziaka, albo przytulali się do siebie na moment. To on był prowodyrem tych czułości. Nie było to zresztą dziwne, bo był niepoprawnym romantykiem - w przeciwieństwie do niej. Rzadko kiedy udało mu się namówić ją na romantyczny film we dwoje, a kiedy już się udawało - usypiała w połowie, albo potem marudziła, że był nudny? Jak mógł być nudny, skoro on się na nim popłakał? Komedie romantyczne też odpadały. W wyniku końcowym romantyczne wieczory spędzali oglądając horrory i dramaty.
W końcu Babsi mogła odetchnąć - Bastian poszedł do szkoły spotkać się ze swoimi uczniami po raz ostatni przed wakacjami, a ona mogła w spokoju doprowadzić mieszkanie do porządku. Miała okropnego lenia, ale trzeba to było zrobić przez wyjazdem. Podobnie jak dla kotów, znalazła też opiekę dla jedynego kaktusa, który stał przy oknie, teraz musiała wszystko uporządkować, by było sterylnie czysto, jak będą wyjeżdżać.
Czas biegł jej szybko. Chciała przygotować jeszcze jakiś mały obiad dla męża, gdy ten wróci, ale wyglądało na to, że nie będzie miała czasu. Do tego odnosiła wrażenie, że z tego jej sprzątania, to więcej bałaganu się robi, niż porządku.
Udało jej się w końcu przynajmniej częściowo zrobić to, co zaplanowała. Poszła do kuchni z zamiarem zrobienia zupy cebulowej z jajkiem - jedna z tych nielicznych potraw chińskiej kuchni, jakie potrafiła zrobić naprawdę dobrze, powyciągała składniki z lodówki i zabrała się do roboty.
Bastiana ciągle nie było. Zupa była gotowa i stygła. Miał być najpóźniej koło czwartej, a minęła już piąta. Na początku się cieszyła, że zdąży z kulinarną niespodzianką, potem troszkę zmartwiła, że zupa wystygnie, teraz zaczęła się martwić. Bastian zawsze dzwonił w takich przypadkach i brak jakiegokolwiek znaku od niego nie był normalny. Chwyciła za telefon i wykręciła numer jego komórki. Sygnał był wolny, ale nikt nie odbierał. Może był w drodze do domu i nie słyszał telefonu? A może nie mógł go odebrać w aucie?
A może coś się stało??
Potrząsnęła głową. Strach ma wielkie oczy - nie ma co panikować, to dorosły mężczyzna, a dochodziła zaledwie szósta, nie było więc późno.
Usłyszała w końcu pukanie - dziwne, przecież Bastian wziął klucze. Ale może to nie on? Już otwierała drzwi, gdy pomyślała, że to może być jakiś policjant z info, że Bastianowi się coś stało. Serce zabiło jej mocniej, ale jej wewnętrzny terror trwał zaledwie ułamek sekundy, jaki potrzebowała na otwarcie drzwi: to był Bastian.
Co ci się stało? - zapytała z troską.
Wyglądał okropnie. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się jej w oczy, były włosy - wystrzyżone na bardzo krótko. Uwielbiała grzywę Bastiana, uwielbiała zatapiać palce w jego czuprynie, a tu taka niespodzianka. W ogóle jego wygląd był nieciekawy.
Co się stało? - zapytała ponownie z większym niepokojem.
Nic. Nieważne - powiedział cicho, wchodzą do środka.
Twoje włosy?
Czas na zmiany - uśmiechnął się lekko.
Ale? Cały jesteś brudny? Bastian!!
Wezmę prysznic i będzie wszystko dobrze, wreszcie będzie wszystko dobrze.
O nic więcej nie pytała. Skoro nie chciał mówić, to nie było sensu go zmuszać; albo powie w końcu sam, później, albo nigdy. Wypytywanie niczego by nie zmieniło, doskonale o tym wiedziała.
Poszła do kuchni i nalała mu zupy do miseczki. Czekała aż wyjdzie z łazienki, ale on tam dość długo zabawiał - zaczęła się martwić, że zupa wystygnie.
W końcu pojawił się w kuchni. Umyty i doprowadzony do porządku wyglądał o wiele lepiej. Tylko te włosy.
Dzieciaki cię tak urządziły? - zażartowała.
Nic nie odpowiedział, zaczął natomiast bardzo szybko jeść. Musiał być głodny.
Dodałam kilka pozycji do naszej listy - powiedziała, siadając naprzeciwko niego ze swoją miską zupy.
Pokiwał głową, pochłaniając jedzenie. Po skończeniu wstał, podszedł do kuchenki i nalał sobie kolejną porcję.
Może weź sobie do tego chlebek kukurydziany. Świeżutki jest - powiedziała.
Stał przez chwilę, bezradnie rozglądając się po kuchni, aż zaczęła go parzyć nagrzewająca się od zupy miska.
Aj - syknął, siadając szybko. Trochę mu się rozlało, gdy szybko stawiał gorące naczynie na stole, ale chwycił ścierkę zanim ona zdążyła się po nią w ogóle ruszyć.
Przepraszam za bałagan - mruknął.
Uśmiechnęła się tylko. Kilka kropel zupy to nie bałagan.
Wiesz, pomyślałam, że w dniu wylotu moglibyśmy odprawić się rano i mieć to z głowy, a potem już w spokoju zdawać bagaże i inne takie.
Popatrzył na nią.
No ja wiem, że to jest podwójna droga na lotnisko, rano i potem przed odlotem, ale? - zaczęła się tłumaczyć.
Zrobimy jak chcesz - powiedział w końcu. - Byle czasu starczyło.
No chyba starczy - powiedziała.
Dobrze - skinął, kończąc drugą miseczkę.
Jeszcze? - zapytała, wskazując ruchem głowy miskę, a potem garnek.
Skinął, gryząc chleb.
Wstała i zabrała miskę, podczas gdy on kończył pieczywo.
Co dopisałaś do listy? - spytał.
Drobiazgi. Kilka dodatkowych par skarpetek dla ciebie.
Skarpetek?
No wiem, że wolisz boso, ale mojej mamie może się to nie podobać. Lepiej jej nie irytować.
Zirytowana teściowa? - mruknął.
No sam widzisz!! - zaśmiała się.
Uśmiechnął się lekko. Cały czas niepokoiło ją to, co się wydarzyło. Był jakiś markotny, nieswój. Wrócił późno, odrapany i brudny.
Trzecia miska została pochłonięta w takim samym tempie, jak dwie poprzednie. Co się dziwić - po śniadaniu nic nie jadł, potem wyszedł z domu, wrócił dopiero teraz - musiał być głodny. A Bastianowi apetyt dopisywał, nawet jeśli nie było tego po jego szczupłej sylwetce widać.
Skończył i pozmywał po sobie, a potem postawił miseczkę obok innych schnących naczyń. Troszkę zdziwiło ją, że nie zrobił żadnej uszczypliwej uwagi w stylu: wytrzyj, a nie czekaj, aż się zacieki zrobią - a nie lubił leżących na wierzchu naczyń, czyścioch jeden. Ale nie, nic nie powiedział, poszedł tylko do pokoju.
Musiał być bardzo zmęczony.
Poszła za nim; stał na środku, jakby nie będąc pewnym, czy chce się położyć na sofie, czy usiąść w fotelu. Podeszła do niego i położyła rękę na jego plecach i przesunęła ją wyżej, do jego ramienia i karku. Obrócił się do niej przodem, objął ją i przycisnął do siebie. Wtuliła się w jego ramię, czując jego ręce i ramiona obejmujące ją mocno. Przytulił nos do jej szyi i stał tak, bez ruchu prawie. Przesunęła dłonią po jego głowie; w pierwszym momencie poczuła zdziwienie, nie czując grubych włosów między palcami, ale kilkucentymetrowa szczecina na jego głowie okazała się bardzo przyjemna i w pewien sposób zabawna. Przesunęła dłonią po jeżu, czując wyskakujące spod jej dłoni i prostujące się włoski między palcami, by zaraz znowu zostać przyciśniętymi do skóry głowy.
Podoba mi się tak - szepnęła.
Poczuła, że mięśnie jego wtulonej w nią twarzy zmieniają układ - pewnie się uśmiechnął.
Stali tak, przytuleni do siebie, przed kilka minut, aż w końcu on, niechętnie, odsunął się od niej.
Powiesz mi co się stało, czy nie? - zaatakowała go w końcu.
Nic ważnego.
Tak wyglądasz i nic ważnego??
Spotkałem dziś kogoś i? no? mamy ze sobą pewne utarczki z przeszłości.
Biłeś się??? - zapytała ze zdumieniem.
Trochę się poszturchaliśmy - przyznał.
No ładnie. Jak dzieci.
Uśmiechnął się tylko.
A włosy?? Chyba ci ich nie obciął - zaśmiała się.
Pomyślałem, że na gorące lato będzie tak wygodniej - przysunął ręką po głowie.
No w sumie racja? - uśmiechnęła się. - Ale jesteś teraz mniej piękny.
Ja zawsze jestem piękny - powiedział, podkreślając słowo "zawsze".
Podszedł do niej i ją pocałował.
Smakował jakoś inaczej, słodko.
Co jadłeś? - zażartowała.
Zupę cebulową - odparł, patrząc na nią nieco zdziwiony. - A co? Przecież sama mi dałaś.
No tak. Nawet sama gotowałam.
Znowu ją pocałował.
Chcesz przejrzeć listę, zanim zaczniemy się pakować? - zapytała, gdy się od siebie odkleili.
Dziś chcesz się pakować? - spytał.
No nie?
Prawdę mówiąc nie chce mi się. Zmęczony jestem - westchnął.
Rozumiem - postanowiła nie zawracać mu już niczym więcej głowy. - Ale i tak ty robisz kolację.
Popatrzył na nią zdziwiony.
Ja?
No a kto? Chcesz, żebym ja znowu gotowała? A jak nas potruję?
Zupka była pyszna.
Wypadek przy pracy.
Może masz dobry dzień na gotowanie.
Nigdy nie wykręcał się od pichcenia, bo naprawdę to lubił. Musiał naprawdę być mocno zmęczony, skoro nawet na to nie miał ochoty.
Ale nie licz na nic wykwintnego - ostrzegła go.
Wszystko, co robią twoje ręce jest wykwintne? nawet jeśli ci nie wyjdzie - dodał po chwili.
Rąbnęła go poduszką. Wyrwał ją jej szybko i się zamachnął, ale ręka mu opadła. Uśmiechnął się i usiadł na sofie.
Musimy jechać do twojej matki? - zapytał nagle.
Usiadła obok niego.
Wiesz, że tak.
A co się stanie, jeśli nie pojedziemy?
Ona przyjedzie tutaj.
Roześmiał się.
Ja nie żartuję!!
Popatrzył na nią.
To ją wyrzucimy.
Oj przestań. Wiem, że cię nie lubi, ale ona nikogo by nie lubiła, za kogokolwiek bym nie wyszła.
Gdybyś wyszła za białego, to by go lubiła.
Bardzo wątpię.
Nie chcę nigdzie jechać. Nie chodzi o twoją matkę. Po prostu chciałbym zostać z tobą i spędzać z tobą całe dnie.
Wydaje ci się, że jak będziesz ze mną ciągle to urodzę szybciej i szybciej nas przybędzie? Czy po prostu chcesz mnie pilnować?
Poderwał głowę, do tej pory opartą o oparcie na nim i popatrzył na nią.
Już się nie martw - kontynuowała. - Moja mama zadba o to, bym dobrze się odżywiała i generalnie dbała o siebie. Oboje utyjemy tak parę kilo.
Ciągle na nią patrzył wielkimi oczami.
Co się stało? - zapytała w końcu.
Zmienił pozycję i położył się z głową na jej brzuchu. Dotknęła dłonią jego jeżowej fryzury, a potem ją pogładziła. U sąsiadów coś się stłukło, a potem wybuchła awantura.
A ci znowu swoje - mruknęła Babsi. Denerwowali ją swoimi głośnymi kłótniami; nie była do końca świadoma, że niektóre jej gorące konflikty z Bastianem też były czasem męczące dla sąsiadów.
Bastian szybko poszedł spać. Położyła się obok niego z książką do poczytania przed snem. Bastian spał obok niej, skulony, jakby było mu zimno. Otuliła go dokładniej kocem, ale chwilę potem odkrył się. Zaczęła go odruchowo gładzić po głowie. Coraz bardziej podobała się jej jego nowa fryzura; zawsze miał włosy dłuższe i w zasadzie nigdy nie widziała go tak krótko ostrzyżonego.
Rozbudził się nieco. Nie na tyle, by oprzytomnieć, ale na tyle, by się przesunąć i do niej przytulić. Troszkę zepsuło jej to układ z książką, ale objęła go troskliwie i kontynuowała czytanie.
Kilkanaście stron później znowu się rozbudził.
Przeszkadza ci światło? - zapytała cicho.
Mruknął coś, co przypominało zaprzeczenie i dalej leżał bez ruchu. Już wydawało się jej, że znowu usnął, gdy poczuła, że ją cmoka. Opuściła książkę na kolana i zerknęła na niego. Podsunął się wyżej, by dosięgnąć jej szyi i zaczął ją całować. Po chwili usiadł, wziął jej książkę, przełożył zakładkę w otwarte miejsce, po czym odłożył ją na szafkę obok łóżka. Potem pochylił się nad Babsi i zaczął ją delikatnie całować.
Kochali się początku delikatnie, ale potem w Bastiana wstąpił jakiś diabeł - podobało jej się to; po ponad dziesięciu latach małżeństwa każda zmiana w małżeńskim łożu była pożądana. Najbardziej zdumiewało ją, że krótko po tym, jak skończyli on był już gotowy na następną rundę. Kochali się trzy razy, zanim Bastian uznał, że ma dość. Położył się na plecach i podłożył ręce pod głowę. Leżała przez chwilę obok niego, podpierając ręką głowę, a potem położyła ją na jego klacie. Natychmiast ją objął. Przesuwała dłonią po jego skórze, wsłuchując się w bicie jego serca i szmer jego oddechu. Jego lewa dłoń osunęła się z jej ramienia, co wzięła jako sygnał, że już usnął. Nie przestawała gładzić jego skóry, sprawiało jej to przyjemność.
W pierwszym momencie nie zwróciła odwagi na nierówności, których do tej pory tam nie było, ale po kolejnym przesunięciu tam palcami zastanowiło ją to. Powoli, by go nie obudzić, usiadła i, pochylając się nad nim, zajrzała na jego prawe biodro.
Były tam trzy wyraźne, wieloletnie blizny.
Serce zabiło jej mocno i poczuła podchodzącą do gardła panikę. Popatrzyła na niego. Spał, oddychając cicho. W bladym świetle, dochodzącym zza okna, wyglądał niezwykle spokojnie. Ale po raz pierwszy, patrząc na tę twarz, nie odczuwała niczego pozytywnego.
Kim był? Dlaczego wyglądał jak Bastian? Gdzie był Bastian? Dlaczego Bastiana udawał?
Wstała. Naciągnęła na siebie koszulkę i majtki i podeszła do okna.
Kochała się z tym człowiekiem. Podobało się to jej. Zdradziła Bastiana i bardzo jej się podobało to, co robili w łóżku. Nawet przemknęło było jej przez myśl, że było fajniej, niż zazwyczaj. Wpuściła tego człowieka do siebie, pozwoliła mu się dotknąć.
Jak to możliwe, że nic nie zauważyła aż do tej pory?? Bastian nie wykręciłby się od przygotowania kolacji. Nie kręciłby nosem na wyjazd do matki. Nie poszedłby tak wcześnie spać. Wielu rzeczy by nie zrobił - w jej głowie powstawały coraz to nowe sygnały, mniej lub bardziej wyimaginowane - których w porę nie zauważyła.
Poza tym - co teraz? Czego on chciał? Dlaczego udawał jej męża? Jaki miał w tym cel?
Zerknęła na niego. Ta twarz, do tej pory taka kochana, była teraz przerażająca.
Czy powinna dać po sobie poznać, że wiedziała? Co by jej zrobił? Musiała myśleć nie tylko o sobie, ale także o dziecku. Nie mogła pozwolić, by coś się mu stało. Jeśli Bastiana już nie było - wielka łza potoczyła się po jej policzku - to dziecko było wszystkim, co jej po nim pozostało. Musiała zadbać o jego bezpieczeństwo, bez względu na wszystko to był jej priorytet.
Intruz, pomrukując cicho, przewrócił się na drugi bok. Pomacał miejsce obok niego, a gdy jej nie znalazł, uniósł głowę. Półotwartymi oczami wypatrzył ją przy oknie.
Chodź do łóżka - powiedział.
Poszła. Sparaliżowana strachem poszła. Położyła się obok, tyłem do niego. Owinął rękę wokół jej pasa i przysunął ją do siebie, a potem wtulił twarz w jej kark, obejmując ją mocno. W ramionach Bastiana czułaby się bezpiecznie, byłoby jej ciepło i dobrze, ale teraz czuła się osaczona i jakby związana. Ciężkie ramię owinięte wokół jej ramienia, ręka, ułożona na poduszce tuż prze jej nosem? zaczęła płakać. Usiłowała powstrzymać łzy, by go nie obudzić, by się nie zorientował, że ona już wie, by nie zrobił tego, co mógłby wtedy zrobić, ale był to nadaremny trud. Im bardziej usiłowała zdusić w sobie płacz, tylko bardziej gwałtowny się on stawał.
W końcu usnęła, zmęczona zduszonym płaczem.
Dzień trzeci
Obudziła się wcześnie. Chciała wstać przed nim z dwóch powodów: musiała zmyć wszystkie ślady zaschniętych łez i ukryć opuchliznę powiek, oraz chciała uniknąć seksu, w razie, gdyby miał ochotę na nią rano.
Drżącymi rękami przygotowała śniadanie i czekała. Czasami nieśmiało zaglądała do sypialni, widząc z ulgą, że ciągle spał. Oby jak najdłużej.
Chciała do kogoś zadzwonić, wołać o pomoc, ale tego nie zrobiła. Martwił ją Bastian. Gdzieś tam mógł być, żywy, a jej działania mogły kosztować go życie. Postanowiła, że musi zadbać o dwie sprawy: bezpieczeństwo dziecka i dowiedzieć się, co się działo z Bastianem. Nie potrafiła zaakceptować myśli, że mógł nie żyć. Nie wyobrażała sobie życia bez niego, nie wyobrażała sobie, że mogłaby sobie bez niego poradzić. Nie, nie była jedną z tych kobiet, które cały swój świat budowały na mężczyźnie, potrafiła załatwiać sprawy w urzędach, miała swoje zainteresowania i pracę, sprawy i przyjaciół (tych przedmałżeńskich), ale on był jej potrzebny jak powietrze - jego wsparcie, silne ramiona i ciepły uśmiech. Wprawiał ją w dobry humor samą swoją obecnością, swoim śmiechem i niepoprawnym optymizmem. Nie wiedziała, jak mogłaby bez niego funkcjonować. Co dawałoby jej siły do wstawania codziennie rano?
Teraz siły dawał jej strach. Serce waliło jej za każdym razem, gdy zerkała, czy tamten jeszcze śpi. Bała się straszliwie. Miała ochotę zacząć krzyczeć, uciec gdzieś daleko, bardzo daleko, jak najdalej od niego. Ciągle zastanawiała się kim był, czego właściwie chciał. Zapewne jakiś szaleniec, skoro usiłował udawać Bastiana. Przecież nie mógł sądzić, że ona nigdy by się nie zorientowała, przecież kiedyś by w końcu zauważyła. Przyczepiła się do myśli, że to było tymczasowe, że on tylko na jakiś czas, a potem zniknąłby z jej życia, tak jak się w nim pojawił, a Bastian wróciłby do domu. Gdyby tylko mogło to być prawdą, gdyby tylko wiedziała na pewno, że jej mąż wróci w końcu do domu, to zniosłaby to wszystko, udawałaby, że nic nie wie, że nic nie widzi, że niczego nie rozumie. Ale takiej pewności nie miała i możliwe było, że jej bezczynność pogarszała tylko sytuację.
Pojawił się w kuchni cicho. Serce zabiło jej w panice, gdy stanął w drzwiach, opierając się o framugę.
Głodny? - zapytała go, słysząc jak jej głos drży.
Owszem - pokiwał głową.
Śniadanie gotowe - zaczęła układać miseczki na stole.
Usiadł, obserwując ją. W pewnym momencie chwycił ją za obie dłonie.
Ręce ci drżą - powiedział.
Zimno mi - skłamała idiotycznie; w kuchni było parno. Klimatyzacja znowu szwankowała.
Trzymał ją, patrząc w jej twarz. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że on już wie, że ona wie. Spuściła wzrok i patrzyła na swoje stopy.
Wstał, ciągle nie puszczając jej rąk. Przycisnął ją do siebie i mocno objął.
Ogrzeję cię.
Czuła obrzydzenie, dotykając jego skóry. Przycisnęła obie dłonie do piersi i skulona pozwalała mu się obejmować. Oparł podbródek na jej głowie i stali tak przez chwilę. Wydawało się jej, że trwa to wieczność. Nienawidziła go. Bała się go i nienawidziła.
Już mi cieplej - powiedziała w końcu, mając nadzieję, że ją puści.
Odsunął ją lekko i popatrzył jej w twarz - uciekła wzrokiem.
Na pewno?
Na pewno - szepnęła.
Usiadł przy stole i zaczął jeść.
Ona nie była głodna. Było zbyt wcześnie dla niej i mimo ciąży stwierdziła, że nie będzie się zmuszać do jedzenia. On tego nie komentował.
Obserwowała go, gdy jadł. Wyglądał jak Bastian, pod wieloma względami był do niego podobny, ale jednak był inny. Inaczej się ruszał, inaczej jadł, miał nieco inną mimikę. Jak mogła tego wczoraj wieczorem nie zauważyć? Jak mogła być tak ślepa?
Czuła się winna. Może gdyby zorientowała się wcześniej? ale cóż mogłaby zrobić? Niewiele więcej, niż teraz. Ale na pewno nie dopuściłaby go do siebie. Co Bastian powie, jak się dowie, że spała z tym człowiekiem. Pozwoliła mu robić coś, co wolno było tylko i wyłącznie Bastianowi. Nigdy w życiu nie miała nawet maleńkiej chętki na skok w bok - miała wspaniałego mężczyznę w domu i jej to w zupełności wystarczało, nigdy go nawet myślą nie zdradziła, bo żaden inny facet nie był wystarczająco interesujący, dowcipny, przystojny.
A teraz siedział tu jakiś obcy człowiek, jadł śniadanie, które przygotowała, człowiek, który wyglądał jak jej mąż, ale nic poza tym nie miał z nim wspólnego. Tylko z zewnątrz był nim - twarz, głos, ale ruchy już miał inne, bardziej gwałtowne i szybkie; Bastian ruszał się jakby płynął? A może to tylko wyobrażenie zakochanej kobiety o jej mężczyźnie.
Poczuła, że ma ochotę się rozpłakać. Zacisnęła wargi i ściągnęła brwi. Nawet jeżeli już wiedział, że ona wie, to nie zareagował, a ona nie chciała takie reakcji sprowokować łzami.
Pomyślała, że zawsze mogła wszystko zwalić na nerwy i hormony - w końcu była w ciąży. Jeśli nawet wiedział już, że ona rozumie, że nie jest jej mężem, to jednak dalej odgrywał tę szopkę i może poszedłby na takie kłamstwo - bo przecież wszystko, co się działo od kiedy wrócił do domu było jednym wielkim kłamstwem i udawaniem; najpierw tylko jego, teraz ich obojga.
Skończył jeść i się do niej uśmiechnął. To zdumiewające - Bastiana oczy śmiały się razem z ustami, tego człowieka też. Jak to możliwe, że tej bestii uśmiechały się oczy?
Chcesz jeszcze? - zapytała cicho.
Pokręcił głową.
Ty nic nie zjadłaś - powiedział.
Nie jestem głodna.
Przyglądał się jej uważnie przez chwilę. Miała wrażenie, że przewierca ją tymi ciemnymi oczami na wylot. Czuła się nieswojo - jeszcze bardziej niż do tej pory. Nie była w stanie wytrzymać jego wzroku i spuściła oczy. Zaczął wzbierać w niej gniew na samą siebie; nie miała odwagi mu się postawić, potrafiła się tylko bać. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak słaba była. I jak potwornie potrzebowała teraz wsparcia Bastiana.
Mężczyzna wstał, stając przed nią, a potem kucnął, chwytając ją za ręce. Zadarł głowę, by popatrzeć w jej oczy. Zerknęła na niego - uśmiechnął się do niej. Nie wiedziała co zrobić - czy odwzajemnić uśmiech, a na to nie miała najmniejszej ochoty, czy może strzelić mu w twarz za to, że wtargnął w jej życie. Nie, tego drugiego w żadnym wypadku nie mogła zrobić.
Coś się stało - to było stwierdzenie, nie pytanie.
Nie, wszystko w porządku - skłamała.
Chodź - wstał i, chwytając jej łokieć, pomógł jej wstać.
Posłusznie poszła za nim. Zaprowadził ją do pokoju i usadowił na sofie. Usiadł obok i odgarnął jej włosy.
Dokucza coś już? - spytał, kładąc dłoń na jej brzuchu.
Miała ogromną ochotę zepchnąć jego rękę, ale się powstrzymała.
Troszkę. Kręci mi się w głowie i w ogóle jest mi dziwnie. Źle - to ostatnie słowo na pewno było powiedziane szczerze.
Będzie lepiej - znowu się uśmiechnął. Nachylił się, by ją pocałować, ale odsunęła się lekko i w rezultacie cmoknął jej policzek.
Odsunął twarz i przyglądał się jej badawczo przez długą chwilę. Teraz była już całkowicie pewna, że on wie. Może przedtem wmawiał sobie, że jest przewrażliwiony, albo coś takiego, ale teraz już mógł mieć pewność - ona wiedziała. I nie potrafiła tego ukryć. Ani przed nim, ani przed sobą.
W zasadzie powinno się być zadowolonym z tego, że jest się złym kłamczuchem, ale w tej sytuacji bardzo żałowała, że nie potrafiła ani dobrze kłamać, ani dobrze udawać.
Uciekła wzrokiem, ale chwycił jej podbródek i obrócił głowę, zmuszając, by poparzyła mu w oczy.
Nie pojedziemy do twojej matki - zakomunikował.
Jego ton był bardzo jasny - to był rozkaz. Do tego rozkaz ten był wydany tonem, jakiego jeszcze u niego nie słyszała; przez tę krótką chwilę nie udawał, że jest Bastianem, był sobą (cokolwiek to znaczyło) i wydawał jej rozkaz.
Będzie pytać skąd ta zmiana planów - powiedziała.
To jej wytłumaczysz, że to dla dobra dziecka - znowu brzmiał jak Bastian, słodko i troskliwie. Należy się panu Golden Horse, panie intruzie. - Po co ryzykować?
Pokiwała głową.
Miała ogromną ochotę zapytać o Bastiana, gdzie był, co sie z nim działo, czy w ogóle żył, ale zbyt bała się jego reakcji. Nie mogła dopuścić do pogorszenia sytuacji - zakładając oczywiście, że mogło być jeszcze gorzej.
Źle spałam, chcę się zdrzemnąć - powiedziała.
Dobrze - pokiwał głową.
Wstał i pomógł ułożyć jej nogi na sofie. Przykrył ją kocem, troskliwie i opiekuńczo, a potem poszedł do kuchni. Po odgłosach dochodzących do jej uszu domyśliła się, że zmywał po śniadaniu. Zamknęła oczy. Czy mogłaby zasnąć? Byłoby dość komfortowo, gdyby mogła cały ten koszmar przespać, ale z drugiej strony nieswojo jej było na myśl, że obcy mógł chodzić po jej domu i robić nie wiadomo co.
Skupiła się. Nie otwierała oczu, ale też i nie spała. Słyszała tylko jak się kręcił po mieszkaniu. Nie wiedziała co robił; dźwięki nie obrazowały tego wystarczająco, jej pobudzona wyobraźnia tworzyła przerażające obrazy, ale nie rozumiała też, co mógł robić w cichym pokoju, w którym w zasadzie nie miał nic do roboty. Bastian mógłby po prostu kontynuować jakąś czynność zaczętą kiedyśtam, ale ten człowiek nie miał czego kontynuować - był tu przecież zaledwie od wczoraj.
Poczuła, że znowu łzy cisną się jej prze powieki. Obróciła się tak, by nie mógł zobaczyć jej twarzy. Leżała skulona, przerażona, słysząc, jak chodził po mieszkaniu. Za każdym razem, gdy ją mijał, całował ją w ramię. Po jakimś czasie schowała się całkiem pod kocem, że niby było jej zimno - przy parnym, ponad trzydziestostopniowym dniu za oknem - a on zaczął całować ją w głowę. Jeszcze gorzej.
Nie rozumiała, dlaczego był taki miły. Czego chciał? Przecież jej nie kochał, to dlaczego zachowywał się, jakby faktycznie był jej mężem? Nie potrafiła poskładać tego do kupy.
Obudziła się zdumiona - zdumiona tym, że w ogóle usnęła. Śniły jej się jakieś głupoty: że gonił ją Bastian i po drodze zamienił się w wilka, że jej matka leciała z nią samolotem, a potem wysiadły, pojechały do domu matki, a tam czekał na nie ten obcy człowiek.
Usiadła, nieco oszołomiona, trąc oczy. Rozejrzała się i zobaczyła, że on odkładał właśnie jakąś książkę. Po okładce poznała, że to jej tłumaczenie powieści Boule'a. Nic nie powiedziała. Popatrzyła tylko na niego, nie wiedząc, co właściwie zrobić. Uśmiechnął się do niej, tak zwyczajnie, miło, może nawet ciepło, ale nie zmieniało to faktu, że wcale miło i ciepło się jej nie zrobiło; przeciwnie, przeszedł ją lodowaty dreszcz.
Głodna? - spytał.
Nie wiem - odparła. Zastanowiła się przez chwilę, a potem dodała: - Nie, chyba nie.
Na pewno? Pomyśl o dziecku.
Nie musisz mi o tym przypominać. Ale nie chcę się zmuszać. Może niedługo zgłodnieję, to wtedy coś zjem.
Normalnie by zapytała, czy coś przygotował, ale nawet nie wiedziała, czy on potrafił gotować.
Wstał i poszedł do kuchni.
Poszła za nim. Z ciekawości. A może chciała sprawdzić co robił. Poczułaby ogromną ulgę, gdyby okazało się, że cały dzień spędził na pichceniu jakiejś skomplikowanej potrawy.
Stał, krojąc chlebek kukurydziany. W garnku parowała zupa. Najwyraźniej faktycznie coś przygotował i do tego chyba niedawno skończył.
Stanęła za nim. Miał w ręku nóż, był od niej wyższy, silniejszy i mógł zrobić z nią co tylko chciał, ale postanowiła to zrobić. Dłużej nie zniosłaby tej sytuacji i tego nieznośnego napięcia i niepewności.
Kim jesteś? - spytała cicho.
Przestał kroić. Stał nieruchomo, a ona oczami wyobraźni niemal widziała, jak się obracał i dźgał ja tym ogromnym nożem.
Odwrócił się do niej, bez noża, bo odłożył go na blat. Patrzyli na siebie i tym razem wytrzymała jego spojrzenie. Nie wiedziała, skąd w niej tyle siły. Trwało to długą chwilę, a potem on się odwrócił i kontynuował krojenie.
Nie odpowiesz mi?
Nie wiem, co powiedzieć - odparł.
Prawdę.
Jaką prawdę? Jestem tu, to się liczy.
Dla mnie liczy się kim jesteś. I gdzie jest mój mąż.
Ja jestem twoim mężem - powiedział gwałtownie.
Nie jesteś!!! - krzyknęła, szarpiąc go za ramię i odwracając przodem do siebie.
Teraz jestem - powiedział spokojnie. - Powinienem być. Dlatego trzeba wszystko naprawić i doprowadzić do porządku.
Do porządku? Jesteś szalony!! Gdzie jest Bastian??!!
Usiłował odwrócić się do niej tyłem, ale próbowała go powstrzymać. Jednym silnym ruchem wyrwał się jej i odepchnął ją. Straciła równowagę, usiłowała odzyskać ją, robiąc trzy kroki do tyłu, ale nie udało się jej i przewróciła się, pociągając za sobą krzesło, stojące przy stole, które chwyciła w rozpaczliwym odruchu złapania za coś stabilnego, by nie upaść.
Ukroił jeszcze trzy kromki, a potem podszedł do niej i siła postawił ją na nogi; usiłowała go odepchnąć, ale był zbyt silny.
Nie możesz tak po prostu się pojawić i zająć jego miejsca! - odepchnęła go - a raczej pozwolił się odepchnąć - gdy już była na nogach.
Musisz uważać - odparł, komentując jej upadek.
Odpowiedz na pytanie!! Poza tym to ty mnie popchnąłeś.
Przepraszam, więcej nie będę popychał, jeśli będziesz grzeczna.
Miała ochotę go uderzyć. Mocno. Pięścią. W twarz. Ale co wtedy by zrobił? Oddał jej? Już wiedziała, że potrafiłby.
Ale on skończył kroić i po prostu wyszedł z kuchni. Z ciekawości zajrzała do garnka. Wyglądało i pachniało apetycznie. Poczuła, że jednak robi się głodna. W ramach protestu zagłodziłaby się, ale nie mogła myśleć tylko o sobie.
Pojawił się znowu. Bez słowa wziął miseczkę i nalał do niej zupy, postawił na stole, położył obok trzy kromeczki kukurydzianego chleba i odsunął krzesło, by na nim usiadła. W milczeniu przyjęła zaproszenie, choć miała ochotę rzucić się na niego i wściekle okładać pięściami.
Powiedz mi tylko, czy Bastian żyje - szepnęła, gdy on wychodził już z kuchni.
Zatrzymał się na progu i nie odwracając powiedział równie cicho jak ona:
Bastiana nie ma, nie będzie i nigdy właściwie nie powinno było być.
Znieruchomiała. Cały czas trzymała się myśli, że on żyje, ale... to nie była całkowicie jednoznaczna odpowiedź, ale była na tyle wyraźna, by zrozumieć, że Bastian mógł zostać zamordowany i to przez tego potwornego człowieka.
Pomyślałem, że na gorące lato będzie tak wygodniej - przysunął ręką po głowie.
No w sumie racja? - uśmiechnęła się. - Ale jesteś teraz mniej piękny.
Ja zawsze jestem piękny - powiedział, podkreślając słowo "zawsze".
Podszedł do niej i ją pocałował.
Smakował jakoś inaczej, słodko.
Co jadłeś? - zażartowała.
Zupę cebulową - odparł, patrząc na nią nieco zdziwiony. - A co? Przecież sama mi dałaś.
No tak. Nawet sama gotowałam.
Znowu ją pocałował.
Chcesz przejrzeć listę, zanim zaczniemy się pakować? - zapytała, gdy się od siebie odkleili.
Dziś chcesz się pakować? - spytał.
No nie?
Prawdę mówiąc nie chce mi się. Zmęczony jestem - westchnął.
Rozumiem - postanowiła nie zawracać mu już niczym więcej głowy. - Ale i tak ty robisz kolację.
Popatrzył na nią zdziwiony.
Ja?
No a kto? Chcesz, żebym ja znowu gotowała? A jak nas potruję?
Zupka była pyszna.
Wypadek przy pracy.
Może masz dobry dzień na gotowanie.
Nigdy nie wykręcał się od pichcenia, bo naprawdę to lubił. Musiał naprawdę być mocno zmęczony, skoro nawet na to nie miał ochoty.
Ale nie licz na nic wykwintnego - ostrzegła go.
Wszystko, co robią twoje ręce jest wykwintne? nawet jeśli ci nie wyjdzie - dodał po chwili.
Rąbnęła go poduszką. Wyrwał ją jej szybko i się zamachnął, ale ręka mu opadła. Uśmiechnął się i usiadł na sofie.
Musimy jechać do twojej matki? - zapytał nagle.
Usiadła obok niego.
Wiesz, że tak.
A co się stanie, jeśli nie pojedziemy?
Ona przyjedzie tutaj.
Roześmiał się.
Ja nie żartuję!!
Popatrzył na nią.
To ją wyrzucimy.
Oj przestań. Wiem, że cię nie lubi, ale ona nikogo by nie lubiła, za kogokolwiek bym nie wyszła.
Gdybyś wyszła za białego, to by go lubiła.
Bardzo wątpię.
Nie chcę nigdzie jechać. Nie chodzi o twoją matkę. Po prostu chciałbym zostać z tobą i spędzać z tobą całe dnie.
Wydaje ci się, że jak będziesz ze mną ciągle to urodzę szybciej i szybciej nas przybędzie? Czy po prostu chcesz mnie pilnować?
Poderwał głowę, do tej pory opartą o oparcie na nim i popatrzył na nią.
Już się nie martw - kontynuowała. - Moja mama zadba o to, bym dobrze się odżywiała i generalnie dbała o siebie. Oboje utyjemy tak parę kilo.
Ciągle na nią patrzył wielkimi oczami.
Co się stało? - zapytała w końcu.
Zmienił pozycję i położył się z głową na jej brzuchu. Dotknęła dłonią jego jeżowej fryzury, a potem ją pogładziła. U sąsiadów coś się stłukło, a potem wybuchła awantura.
A ci znowu swoje - mruknęła Babsi. Denerwowali ją swoimi głośnymi kłótniami; nie była do końca świadoma, że niektóre jej gorące konflikty z Bastianem też były czasem męczące dla sąsiadów.
Bastian szybko poszedł spać. Położyła się obok niego z książką do poczytania przed snem. Bastian spał obok niej, skulony, jakby było mu zimno. Otuliła go dokładniej kocem, ale chwilę potem odkrył się. Zaczęła go odruchowo gładzić po głowie. Coraz bardziej podobała się jej jego nowa fryzura; zawsze miał włosy dłuższe i w zasadzie nigdy nie widziała go tak krótko ostrzyżonego.
Rozbudził się nieco. Nie na tyle, by oprzytomnieć, ale na tyle, by się przesunąć i do niej przytulić. Troszkę zepsuło jej to układ z książką, ale objęła go troskliwie i kontynuowała czytanie.
Kilkanaście stron później znowu się rozbudził.
Przeszkadza ci światło? - zapytała cicho.
Mruknął coś, co przypominało zaprzeczenie i dalej leżał bez ruchu. Już wydawało się jej, że znowu usnął, gdy poczuła, że ją cmoka. Opuściła książkę na kolana i zerknęła na niego. Podsunął się wyżej, by dosięgnąć jej szyi i zaczął ją całować. Po chwili usiadł, wziął jej książkę, przełożył zakładkę w otwarte miejsce, po czym odłożył ją na szafkę obok łóżka. Potem pochylił się nad Babsi i zaczął ją delikatnie całować.
Kochali się początku delikatnie, ale potem w Bastiana wstąpił jakiś diabeł - podobało jej się to; po ponad dziesięciu latach małżeństwa każda zmiana w małżeńskim łożu była pożądana. Najbardziej zdumiewało ją, że krótko po tym, jak skończyli on był już gotowy na następną rundę. Kochali się trzy razy, zanim Bastian uznał, że ma dość. Położył się na plecach i podłożył ręce pod głowę. Leżała przez chwilę obok niego, podpierając ręką głowę, a potem położyła ją na jego klacie. Natychmiast ją objął. Przesuwała dłonią po jego skórze, wsłuchując się w bicie jego serca i szmer jego oddechu. Jego lewa dłoń osunęła się z jej ramienia, co wzięła jako sygnał, że już usnął. Nie przestawała gładzić jego skóry, sprawiało jej to przyjemność.
W pierwszym momencie nie zwróciła odwagi na nierówności, których do tej pory tam nie było, ale po kolejnym przesunięciu tam palcami zastanowiło ją to. Powoli, by go nie obudzić, usiadła i, pochylając się nad nim, zajrzała na jego prawe biodro.
Były tam trzy wyraźne, wieloletnie blizny.
Serce zabiło jej mocno i poczuła podchodzącą do gardła panikę. Popatrzyła na niego. Spał, oddychając cicho. W bladym świetle, dochodzącym zza okna, wyglądał niezwykle spokojnie. Ale po raz pierwszy, patrząc na tę twarz, nie odczuwała niczego pozytywnego.
Kim był? Dlaczego wyglądał jak Bastian? Gdzie był Bastian? Dlaczego Bastiana udawał?
Wstała. Naciągnęła na siebie koszulkę i majtki i podeszła do okna.
Kochała się z tym człowiekiem. Podobało się to jej. Zdradziła Bastiana i bardzo jej się podobało to, co robili w łóżku. Nawet przemknęło było jej przez myśl, że było fajniej, niż zazwyczaj. Wpuściła tego człowieka do siebie, pozwoliła mu się dotknąć.
Jak to możliwe, że nic nie zauważyła aż do tej pory?? Bastian nie wykręciłby się od przygotowania kolacji. Nie kręciłby nosem na wyjazd do matki. Nie poszedłby tak wcześnie spać. Wielu rzeczy by nie zrobił - w jej głowie powstawały coraz to nowe sygnały, mniej lub bardziej wyimaginowane - których w porę nie zauważyła.
Poza tym - co teraz? Czego on chciał? Dlaczego udawał jej męża? Jaki miał w tym cel?
Zerknęła na niego. Ta twarz, do tej pory taka kochana, była teraz przerażająca.
Czy powinna dać po sobie poznać, że wiedziała? Co by jej zrobił? Musiała myśleć nie tylko o sobie, ale także o dziecku. Nie mogła pozwolić, by coś się mu stało. Jeśli Bastiana już nie było - wielka łza potoczyła się po jej policzku - to dziecko było wszystkim, co jej po nim pozostało. Musiała zadbać o jego bezpieczeństwo, bez względu na wszystko to był jej priorytet.
Intruz, pomrukując cicho, przewrócił się na drugi bok. Pomacał miejsce obok niego, a gdy jej nie znalazł, uniósł głowę. Półotwartymi oczami wypatrzył ją przy oknie.
Chodź do łóżka - powiedział.
Poszła. Sparaliżowana strachem poszła. Położyła się obok, tyłem do niego. Owinął rękę wokół jej pasa i przysunął ją do siebie, a potem wtulił twarz w jej kark, obejmując ją mocno. W ramionach Bastiana czułaby się bezpiecznie, byłoby jej ciepło i dobrze, ale teraz czuła się osaczona i jakby związana. Ciężkie ramię owinięte wokół jej ramienia, ręka, ułożona na poduszce tuż prze jej nosem? zaczęła płakać. Usiłowała powstrzymać łzy, by go nie obudzić, by się nie zorientował, że ona już wie, by nie zrobił tego, co mógłby wtedy zrobić, ale był to nadaremny trud. Im bardziej usiłowała zdusić w sobie płacz, tylko bardziej gwałtowny się on stawał.
W końcu usnęła, zmęczona zduszonym płaczem.
Dzień trzeci
Obudziła się wcześnie. Chciała wstać przed nim z dwóch powodów: musiała zmyć wszystkie ślady zaschniętych łez i ukryć opuchliznę powiek, oraz chciała uniknąć seksu, w razie, gdyby miał ochotę na nią rano.
Drżącymi rękami przygotowała śniadanie i czekała. Czasami nieśmiało zaglądała do sypialni, widząc z ulgą, że ciągle spał. Oby jak najdłużej.
Chciała do kogoś zadzwonić, wołać o pomoc, ale tego nie zrobiła. Martwił ją Bastian. Gdzieś tam mógł być, żywy, a jej działania mogły kosztować go życie. Postanowiła, że musi zadbać o dwie sprawy: bezpieczeństwo dziecka i dowiedzieć się, co się działo z Bastianem. Nie potrafiła zaakceptować myśli, że mógł nie żyć. Nie wyobrażała sobie życia bez niego, nie wyobrażała sobie, że mogłaby sobie bez niego poradzić. Nie, nie była jedną z tych kobiet, które cały swój świat budowały na mężczyźnie, potrafiła załatwiać sprawy w urzędach, miała swoje zainteresowania i pracę, sprawy i przyjaciół (tych przedmałżeńskich), ale on był jej potrzebny jak powietrze - jego wsparcie, silne ramiona i ciepły uśmiech. Wprawiał ją w dobry humor samą swoją obecnością, swoim śmiechem i niepoprawnym optymizmem. Nie wiedziała, jak mogłaby bez niego funkcjonować. Co dawałoby jej siły do wstawania codziennie rano?
Teraz siły dawał jej strach. Serce waliło jej za każdym razem, gdy zerkała, czy tamten jeszcze śpi. Bała się straszliwie. Miała ochotę zacząć krzyczeć, uciec gdzieś daleko, bardzo daleko, jak najdalej od niego. Ciągle zastanawiała się kim był, czego właściwie chciał. Zapewne jakiś szaleniec, skoro usiłował udawać Bastiana. Przecież nie mógł sądzić, że ona nigdy by się nie zorientowała, przecież kiedyś by w końcu zauważyła. Przyczepiła się do myśli, że to było tymczasowe, że on tylko na jakiś czas, a potem zniknąłby z jej życia, tak jak się w nim pojawił, a Bastian wróciłby do domu. Gdyby tylko mogło to być prawdą, gdyby tylko wiedziała na pewno, że jej mąż wróci w końcu do domu, to zniosłaby to wszystko, udawałaby, że nic nie wie, że nic nie widzi, że niczego nie rozumie. Ale takiej pewności nie miała i możliwe było, że jej bezczynność pogarszała tylko sytuację.
Pojawił się w kuchni cicho. Serce zabiło jej w panice, gdy stanął w drzwiach, opierając się o framugę.
Głodny? - zapytała go, słysząc jak jej głos drży.
Owszem - pokiwał głową.
Śniadanie gotowe - zaczęła układać miseczki na stole.
Usiadł, obserwując ją. W pewnym momencie chwycił ją za obie dłonie.
Ręce ci drżą - powiedział.
Zimno mi - skłamała idiotycznie; w kuchni było parno. Klimatyzacja znowu szwankowała.
Trzymał ją, patrząc w jej twarz. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że on już wie, że ona wie. Spuściła wzrok i patrzyła na swoje stopy.
Wstał, ciągle nie puszczając jej rąk. Przycisnął ją do siebie i mocno objął.
Ogrzeję cię.
Czuła obrzydzenie, dotykając jego skóry. Przycisnęła obie dłonie do piersi i skulona pozwalała mu się obejmować. Oparł podbródek na jej głowie i stali tak przez chwilę. Wydawało się jej, że trwa to wieczność. Nienawidziła go. Bała się go i nienawidziła.
Już mi cieplej - powiedziała w końcu, mając nadzieję, że ją puści.
Odsunął ją lekko i popatrzył jej w twarz - uciekła wzrokiem.
Na pewno?
Na pewno - szepnęła.
Usiadł przy stole i zaczął jeść.
Ona nie była głodna. Było zbyt wcześnie dla niej i mimo ciąży stwierdziła, że nie będzie się zmuszać do jedzenia. On tego nie komentował.
Obserwowała go, gdy jadł. Wyglądał jak Bastian, pod wieloma względami był do niego podobny, ale jednak był inny. Inaczej się ruszał, inaczej jadł, miał nieco inną mimikę. Jak mogła tego wczoraj wieczorem nie zauważyć? Jak mogła być tak ślepa?
Czuła się winna. Może gdyby zorientowała się wcześniej? ale cóż mogłaby zrobić? Niewiele więcej, niż teraz. Ale na pewno nie dopuściłaby go do siebie. Co Bastian powie, jak się dowie, że spała z tym człowiekiem. Pozwoliła mu robić coś, co wolno było tylko i wyłącznie Bastianowi. Nigdy w życiu nie miała nawet maleńkiej chętki na skok w bok - miała wspaniałego mężczyznę w domu i jej to w zupełności wystarczało, nigdy go nawet myślą nie zdradziła, bo żaden inny facet nie był wystarczająco interesujący, dowcipny, przystojny.
A teraz siedział tu jakiś obcy człowiek, jadł śniadanie, które przygotowała, człowiek, który wyglądał jak jej mąż, ale nic poza tym nie miał z nim wspólnego. Tylko z zewnątrz był nim - twarz, głos, ale ruchy już miał inne, bardziej gwałtowne i szybkie; Bastian ruszał się jakby płynął? A może to tylko wyobrażenie zakochanej kobiety o jej mężczyźnie.
Poczuła, że ma ochotę się rozpłakać. Zacisnęła wargi i ściągnęła brwi. Nawet jeżeli już wiedział, że ona wie, to nie zareagował, a ona nie chciała takie reakcji sprowokować łzami.
Pomyślała, że zawsze mogła wszystko zwalić na nerwy i hormony - w końcu była w ciąży. Jeśli nawet wiedział już, że ona rozumie, że nie jest jej mężem, to jednak dalej odgrywał tę szopkę i może poszedłby na takie kłamstwo - bo przecież wszystko, co się działo od kiedy wrócił do domu było jednym wielkim kłamstwem i udawaniem; najpierw tylko jego, teraz ich obojga.
Skończył jeść i się do niej uśmiechnął. To zdumiewające - Bastiana oczy śmiały się razem z ustami, tego człowieka też. Jak to możliwe, że tej bestii uśmiechały się oczy?
Chcesz jeszcze? - zapytała cicho.
Pokręcił głową.
Ty nic nie zjadłaś - powiedział.
Nie jestem głodna.
Przyglądał się jej uważnie przez chwilę. Miała wrażenie, że przewierca ją tymi ciemnymi oczami na wylot. Czuła się nieswojo - jeszcze bardziej niż do tej pory. Nie była w stanie wytrzymać jego wzroku i spuściła oczy. Zaczął wzbierać w niej gniew na samą siebie; nie miała odwagi mu się postawić, potrafiła się tylko bać. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak słaba była. I jak potwornie potrzebowała teraz wsparcia Bastiana.
Mężczyzna wstał, stając przed nią, a potem kucnął, chwytając ją za ręce. Zadarł głowę, by popatrzeć w jej oczy. Zerknęła na niego - uśmiechnął się do niej. Nie wiedziała co zrobić - czy odwzajemnić uśmiech, a na to nie miała najmniejszej ochoty, czy może strzelić mu w twarz za to, że wtargnął w jej życie. Nie, tego drugiego w żadnym wypadku nie mogła zrobić.
Coś się stało - to było stwierdzenie, nie pytanie.
Nie, wszystko w porządku - skłamała.
Chodź - wstał i, chwytając jej łokieć, pomógł jej wstać.
Posłusznie poszła za nim. Zaprowadził ją do pokoju i usadowił na sofie. Usiadł obok i odgarnął jej włosy.
Dokucza coś już? - spytał, kładąc dłoń na jej brzuchu.
Miała ogromną ochotę zepchnąć jego rękę, ale się powstrzymała.
Troszkę. Kręci mi się w głowie i w ogóle jest mi dziwnie. Źle - to ostatnie słowo na pewno było powiedziane szczerze.
Będzie lepiej - znowu się uśmiechnął. Nachylił się, by ją pocałować, ale odsunęła się lekko i w rezultacie cmoknął jej policzek.
Odsunął twarz i przyglądał się jej badawczo przez długą chwilę. Teraz była już całkowicie pewna, że on wie. Może przedtem wmawiał sobie, że jest przewrażliwiony, albo coś takiego, ale teraz już mógł mieć pewność - ona wiedziała. I nie potrafiła tego ukryć. Ani przed nim, ani przed sobą.
W zasadzie powinno się być zadowolonym z tego, że jest się złym kłamczuchem, ale w tej sytuacji bardzo żałowała, że nie potrafiła ani dobrze kłamać, ani dobrze udawać.
Uciekła wzrokiem, ale chwycił jej podbródek i obrócił głowę, zmuszając, by poparzyła mu w oczy.
Nie pojedziemy do twojej matki - zakomunikował.
Jego ton był bardzo jasny - to był rozkaz. Do tego rozkaz ten był wydany tonem, jakiego jeszcze u niego nie słyszała; przez tę krótką chwilę nie udawał, że jest Bastianem, był sobą (cokolwiek to znaczyło) i wydawał jej rozkaz.
Będzie pytać skąd ta zmiana planów - powiedziała.
To jej wytłumaczysz, że to dla dobra dziecka - znowu brzmiał jak Bastian, słodko i troskliwie. Należy się panu Golden Horse, panie intruzie. - Po co ryzykować?
Pokiwała głową.
Miała ogromną ochotę zapytać o Bastiana, gdzie był, co sie z nim działo, czy w ogóle żył, ale zbyt bała się jego reakcji. Nie mogła dopuścić do pogorszenia sytuacji - zakładając oczywiście, że mogło być jeszcze gorzej.
Źle spałam, chcę się zdrzemnąć - powiedziała.
Dobrze - pokiwał głową.
Wstał i pomógł ułożyć jej nogi na sofie. Przykrył ją kocem, troskliwie i opiekuńczo, a potem poszedł do kuchni. Po odgłosach dochodzących do jej uszu domyśliła się, że zmywał po śniadaniu. Zamknęła oczy. Czy mogłaby zasnąć? Byłoby dość komfortowo, gdyby mogła cały ten koszmar przespać, ale z drugiej strony nieswojo jej było na myśl, że obcy mógł chodzić po jej domu i robić nie wiadomo co.
Skupiła się. Nie otwierała oczu, ale też i nie spała. Słyszała tylko jak się kręcił po mieszkaniu. Nie wiedziała co robił; dźwięki nie obrazowały tego wystarczająco, jej pobudzona wyobraźnia tworzyła przerażające obrazy, ale nie rozumiała też, co mógł robić w cichym pokoju, w którym w zasadzie nie miał nic do roboty. Bastian mógłby po prostu kontynuować jakąś czynność zaczętą kiedyśtam, ale ten człowiek nie miał czego kontynuować - był tu przecież zaledwie od wczoraj.
Poczuła, że znowu łzy cisną się jej prze powieki. Obróciła się tak, by nie mógł zobaczyć jej twarzy. Leżała skulona, przerażona, słysząc, jak chodził po mieszkaniu. Za każdym razem, gdy ją mijał, całował ją w ramię. Po jakimś czasie schowała się całkiem pod kocem, że niby było jej zimno - przy parnym, ponad trzydziestostopniowym dniu za oknem - a on zaczął całować ją w głowę. Jeszcze gorzej.
Nie rozumiała, dlaczego był taki miły. Czego chciał? Przecież jej nie kochał, to dlaczego zachowywał się, jakby faktycznie był jej mężem? Nie potrafiła poskładać tego do kupy.
Obudziła się zdumiona - zdumiona tym, że w ogóle usnęła. Śniły jej się jakieś głupoty: że gonił ją Bastian i po drodze zamienił się w wilka, że jej matka leciała z nią samolotem, a potem wysiadły, pojechały do domu matki, a tam czekał na nie ten obcy człowiek.
Usiadła, nieco oszołomiona, trąc oczy. Rozejrzała się i zobaczyła, że on odkładał właśnie jakąś książkę. Po okładce poznała, że to jej tłumaczenie powieści Boule'a. Nic nie powiedziała. Popatrzyła tylko na niego, nie wiedząc, co właściwie zrobić. Uśmiechnął się do niej, tak zwyczajnie, miło, może nawet ciepło, ale nie zmieniało to faktu, że wcale miło i ciepło się jej nie zrobiło; przeciwnie, przeszedł ją lodowaty dreszcz.
Głodna? - spytał.
Nie wiem - odparła. Zastanowiła się przez chwilę, a potem dodała: - Nie, chyba nie.
Na pewno? Pomyśl o dziecku.
Nie musisz mi o tym przypominać. Ale nie chcę się zmuszać. Może niedługo zgłodnieję, to wtedy coś zjem.
Normalnie by zapytała, czy coś przygotował, ale nawet nie wiedziała, czy on potrafił gotować.
Wstał i poszedł do kuchni.
Poszła za nim. Z ciekawości. A może chciała sprawdzić co robił. Poczułaby ogromną ulgę, gdyby okazało się, że cały dzień spędził na pichceniu jakiejś skomplikowanej potrawy.
Stał, krojąc chlebek kukurydziany. W garnku parowała zupa. Najwyraźniej faktycznie coś przygotował i do tego chyba niedawno skończył.
Stanęła za nim. Miał w ręku nóż, był od niej wyższy, silniejszy i mógł zrobić z nią co tylko chciał, ale postanowiła to zrobić. Dłużej nie zniosłaby tej sytuacji i tego nieznośnego napięcia i niepewności.
Kim jesteś? - spytała cicho.
Przestał kroić. Stał nieruchomo, a ona oczami wyobraźni niemal widziała, jak się obracał i dźgał ja tym ogromnym nożem.
Odwrócił się do niej, bez noża, bo odłożył go na blat. Patrzyli na siebie i tym razem wytrzymała jego spojrzenie. Nie wiedziała, skąd w niej tyle siły. Trwało to długą chwilę, a potem on się odwrócił i kontynuował krojenie.
Nie odpowiesz mi?
Nie wiem, co powiedzieć - odparł.
Prawdę.
Jaką prawdę? Jestem tu, to się liczy.
Dla mnie liczy się kim jesteś. I gdzie jest mój mąż.
Ja jestem twoim mężem - powiedział gwałtownie.
Nie jesteś!!! - krzyknęła, szarpiąc go za ramię i odwracając przodem do siebie.
Teraz jestem - powiedział spokojnie. - Powinienem być. Dlatego trzeba wszystko naprawić i doprowadzić do porządku.
Do porządku? Jesteś szalony!! Gdzie jest Bastian??!!
Usiłował odwrócić się do niej tyłem, ale próbowała go powstrzymać. Jednym silnym ruchem wyrwał się jej i odepchnął ją. Straciła równowagę, usiłowała odzyskać ją, robiąc trzy kroki do tyłu, ale nie udało się jej i przewróciła się, pociągając za sobą krzesło, stojące przy stole, które chwyciła w rozpaczliwym odruchu złapania za coś stabilnego, by nie upaść.
Ukroił jeszcze trzy kromki, a potem podszedł do niej i siła postawił ją na nogi; usiłowała go odepchnąć, ale był zbyt silny.
Nie możesz tak po prostu się pojawić i zająć jego miejsca! - odepchnęła go - a raczej pozwolił się odepchnąć - gdy już była na nogach.
Musisz uważać - odparł, komentując jej upadek.
Odpowiedz na pytanie!! Poza tym to ty mnie popchnąłeś.
Przepraszam, więcej nie będę popychał, jeśli będziesz grzeczna.
Miała ochotę go uderzyć. Mocno. Pięścią. W twarz. Ale co wtedy by zrobił? Oddał jej? Już wiedziała, że potrafiłby.
Ale on skończył kroić i po prostu wyszedł z kuchni. Z ciekawości zajrzała do garnka. Wyglądało i pachniało apetycznie. Poczuła, że jednak robi się głodna. W ramach protestu zagłodziłaby się, ale nie mogła myśleć tylko o sobie.
Pojawił się znowu. Bez słowa wziął miseczkę i nalał do niej zupy, postawił na stole, położył obok trzy kromeczki kukurydzianego chleba i odsunął krzesło, by na nim usiadła. W milczeniu przyjęła zaproszenie, choć miała ochotę rzucić się na niego i wściekle okładać pięściami.
Powiedz mi tylko, czy Bastian żyje - szepnęła, gdy on wychodził już z kuchni.
Zatrzymał się na progu i nie odwracając powiedział równie cicho jak ona:
Bastiana nie ma, nie będzie i nigdy właściwie nie powinno było być.
Znieruchomiała. Cały czas trzymała się myśli, że on żyje, ale... to nie była całkowicie jednoznaczna odpowiedź, ale była na tyle wyraźna, by zrozumieć, że Bastian mógł zostać zamordowany i to przez tego potwornego człowieka.
Co to właściwie znaczyło, że nie powinno go było być?
Szybko zjadła. Potem zajrzała do pokoju - znowu czytał. Wróciła więc do kuchni i wzięła sobie dokładkę. Była głodna. Bardzo głodna. A na dworze zaczynało się już robić ciemno. Czyżby spała prawie cały dzień? Aż tak długo? Stres? Czy po prostu gorąco?
Żałowała, że nie miała żadnych tłumaczeń do wykonania; mogłaby się wtedy czymś zająć. A tak - dzień miała spędzić na pakowaniu się do matki, ale skoro nigdzie nie leciała... Musiała jeszcze do niej zadzwonić z tą informacją. Pomyślała, że mogłaby przemycić jakieś wołanie o pomoc podczas rozmowy, coś, co pozwoliłoby jej mamie zorientować się, że coś jest źle i zawiadomić kogoś, kto będzie mógł jej pomóc.
Skończyła jeść. Nie miała wyboru, musiała wrócić do pokoju, do niego. Powoli, niechętnie poszła tam, usiadła na sofie, opatuliła się kocem - jakoś bezpieczniej się czuła, mimo iż było jej niewyobrażanie gorąco - i włączyła telewizor. Znalazła jakąś komedię, patrzyła więc w ekran, usiłując nie myśleć o człowieku, który siedział parę metrów od niej.
On wstał, podszedł do niej, wsunął się pod jej koc i przytulił ją do siebie. Koc okazał się był teraz bardzo złym rekwizytem. Teraz jego obecność pod materiałem razem z nią była pogwałceniem jej przestrzeni, naruszeniem jej prywatności. Chciała się odsunąć, ale chwycił ją za ramię i przytrzymał. Mimo to nie zrezygnowała. Im dalej usiłowała się odsunąć, tym mocniejszy stawał się jego chwyt. W końcu nie była w stanie znieść imadła na ramieniu.
Dlaczego to robisz? - zapytała, łkając.
Nie odpowiedział, przyciągnął ją do siebie i zmusił do wtulenia się w niego, obejmując ją mocno ramionami.
Nienawidzę cię - warknęła gniewnie.
Nie mów tak - powiedział, ściskając mocno jej dłoń.
To boli!! - usiłowała się wyrwać.
Nie mów tak!! Sama jesteś sobie winna!!
Tak mnie będziesz karać?? Bijąc mnie i zadając mi ból?? - popatrzyła na niego.
Nie chcę cię krzywdzić, ale nie ułatwiasz mi tego - odparł spokojnie, patrząc w telewizor. Wypuścił jej dłoń z ręki.
Nienawidzę cię!
Należysz do mnie.
Wcale nie należę, jestem osobą, nie przedmiotem.
Jesteś moją żoną, więc należysz do mnie.
Nie jestem, nie była i nigdy nie będę twoją żoną!
Powinnaś być. Tak powinno być.
Kim ty jesteś? Czego chcesz?
Mojego życia.
Patrzyła na niego, a on w ekran. Nie wyglądało na to, by była w stanie wyciągnąć z niego więcej informacji. Mówił jej tylko to, co sam chciał powiedzieć, a najwyraźniej wiele powiedzieć jej nie chciał.
Miał tę samą linię skośnych oczu, co Bastian. Tę samą linię brwi. Tylko linie mimiczne ułożyły mu się nieco inaczej. Był taki sam, ale inny. Całkiem taki sam i zupełnie inny. Jak mogła nie zauważyć tego wczoraj?
Czy tobie się wydaje, że sobie tu przyjdziesz, będziesz udawał Bastiana i ot tak po prostu wszystko będzie w porządku? - zaatakowała go.
A nie jest tak? - zapytał ją z całkowity spokojem.
Miał rację. Było tak. Przyszedł i został.
Ja się nie zgadzam - powiedziała gniewnie.
I co z tym zrobisz?
Będę się opierać, niczego ci nie ułatwię.
Spojrzał na nią w końcu.
Ujmę to jasno: albo będzie dobrze, albo będzie źle. Dla ciebie. Albo będzie normalnie, albo będzie bolało. Wybór należy do ciebie.
Na pewno nie wybiorę ciebie.
W końcu będziesz musiała. Albo ja, albo nic.
Daj mi spokój - usiłowała wstać, ale chwycił ją i przycisnął do siebie. - Puść - warknęła.
Nigdzie nie pójdziesz, dopóki ja ci nie pozwolę.
Nie będziesz mną rządził!
Będę robił, co będę chciał, a ty nic na to nie możesz poradzić. Możesz być tylko posłuszna.
Pieprz się.
Chciała mu się wyrwać, ale był zbyt silny. Czuła, że się zaraz rozpłacze. Przygryzła dolną wargę. Zauważył to.
Po co wszystko utrudniasz? - zapytał ją.
Utrudniam? To ty zamieniłeś mi życie w piekło.
Ja? - uśmiechnął się. - Wczoraj nie wyglądałaś na niezadowoloną. Wczoraj wszystko było dobrze.
Znowu zrobiło się jej wstyd. Chyba do końca życia nie będzie w stanie pozbyć się tego paskudnego uczucia, że zdradziła Bastiana, że nie poznała, że to nie on i że jej się podobało.
I chyba było nawet fajnie - powiedział, jakby czytał w jej myślach.
Nienawidzę cię - warknęła.
Lepiej zacznij się do mnie przyzwyczajać, bo ja tu zostaję.
Czego ty chcesz właściwie??!
Już ci mówiłem. Nie słuchałaś? Następnym razem uważaj na to, co mówię, bo ja nie lubię powtarzać.
Nienawidzę cię.
Znowu mu się wyrwała, ale tym razem nie powstrzymywał jej.
Zamknęła się w łazience. Nie mogła tam siedzieć w nieskończoność, ale zawsze mogła spróbować.
Nie wiedziała, na ile mogła zaufać temu, co mówił, ale na razie nic nie wskazywało na to, że chciał jej zrobić jakąś krzywdę. Do pewnego więc stopnia mogła się czuć bezpieczna. Położyła ręce na podbrzuszu. Gdyby nie dziecko, byłoby jej łatwiej mu się przeciwstawić - nie bałaby się tak bicia. Z drugiej jednak strony gdyby nie dziecko, to trudniej byłoby jej się w ogóle trzymać w kupie.
To była mała łazienka, nie to co w ich pierwszym mieszkaniu.
Nie lubiła ich pierwszego mieszkania. Było dość spore, jak na warunki Hong Kongu, ale było umiejscowione w taki sposób, że każdy z naprzeciwka mógł zajrzeć im do mieszkania. Bastianowi najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało, ale jej bardzo. Nalegała na zmianę mieszkania bardzo długo, aż w końcu po czterech latach zgodził się. Znalazł nawet nowe lokum, lepiej umiejscowione, bo bliżej jego szkoły, ale mniejsze. Wiedziała, że jego zgoda na przeprowadzenie się do mniejszego mieszkania oznaczała, że już nie liczył na dziecko. Głównym jego argumentem przeciwko przeprowadzce było to, że już na starcie mieli większe, więc i miejsce na dzieci. Ale gdy przez cztery lata nie udało im się mieć nawet jednego (a Bastianowi marzyła się cała gromadka), powoli zaczął tracić nadzieję, choć nadal starali się nie mniej gorąco.
Zresztą - ta "gromadka" nie była do końca tym, co jej się marzyło. Chciała mieć z nim dzieci, dwoje, może troje, ale nie więcej, on chciał z pięcioro. To była jedna z tych rzeczy, co do których nigdy nie mogli się dogadać i ciągle sprzeczali. Im dłużej byli bezdzietni, tym mniej się o to kłócili, aż w końcu stanęło na tym, że chcieliby mieć dziecko w ogóle. Żaden lekarz nie potrafił wyjaśnić, dlaczego Babsi nie mogła zajść w ciążę, wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Ją to nieco uspokoiło, bo wiedziała, że jej bezpłodność (jego też, ale w mniejszym stopniu) źle wpłynęłaby na ich związek. Więc starali się dalej, kochając się szczególnie często w jej płodne dni.
Kiedyś, po jakiejś dość paskudnej kłótni, kiedy już położyli się do łóżka, Bastian zaczął ją niespodziewanie całować. Z początku myślała, że ją przeprasza, ale on tylko chciał spłodzić dziecko. Ze złością pomyślała wtedy, że na złość jemu nie zajdzie. Fakt, nie zaszła.
Zastanowiła się, kiedy mogła zdarzyć się jej ciąża. Po kilku latach prób i starań jakoś na bazie niepisanej, niewypowiedzianej nigdy umowy - przestali się starać. Ona przestała pilnować dni płodnych, a on przestał o nie dopytywać. Po prostu kochali się, kiedy mieli na to ochotę, tak jak na początku ich małżeństwa, zanim problemy z zajściem w ciążę się objawiły.
W łazience nie było zegarka, nie wiedziała zatem, ile czasu minęło. Wydawało jej się, że dużo, ale mogło to być jedynie wrażenie. Okna też nie było, więc nawet po niebie nie mogła się zorientować jak późno mogło już być.
Z letargu, w jakim się znajdowała, wyrwało ją pukanie do drzwi.
Nie jesteś głodna? - pytał ją.
Nie! - odkrzyknęła w stronę drzwi.
Zostawiam kolację na stole - powiedział, a potem odszedł.
Czyżby było już tak późno?
Nie wychodziła. Chciała poczekać, aż on pójdzie spać, a potem może udałoby się jej uciec. Ale ile miała czekać? Jak miała zmierzyć ten czas?
W końcu wyszła. Miała nadzieję, że była już taka godzina, iż nawet jeśli on czekał, to już i tak usnął.
W mieszkaniu było cicho i ciemno. Zakradła się do drzwi, były uchylone, a krata zasunięta. Poprawka - zamknięta. Rozejrzała się za kluczem, ale nie było go na zwykłym miejscu. Ona na pewno nigdzie go nie przekładała, musiał to więc zrobić on. Zakradła się do sypialni, z mocno bijącym sercem, i rozejrzała, czy go gdzieś blisko siebie nie położył. Bała się pogrzebać w kieszeniach zawieszonego na krześle ubrania.
Obrócił się, mrucząc coś pod nosem. Uciekła z sypialni.
Zdaje się, że pomyślał o jej ewentualnej próbie ucieczki i postanowił temu zapobiec. Położyła się na sofie, zastanawiając, co teraz zrobić. Mogła zadzwonić do matki, ale bała się, że jej rozmowa obudziłaby go. Mógł mieć bardzo lekki sen, a ona nie chciała ryzykować jego gniewu - i bez gniewu wiedziała, jaki był niebezpieczny.
Nie słyszała jak wstawał, więc jego głos z progu sypialni wystraszył ją:
Co ty robisz?
A na co to ci wygląda? - zapytał zaczepnie.
Chodź do łóżka.
Chyba oszalałeś. Nie ma mowy, nie dopóki ty w nim jesteś.
Wczoraj nie narzekałaś.
Wczoraj to było co innego.
Nie było. Tylko tobie się wydaje. Chodź. W twoim stanie powinnaś wygodnie spać, nie na sofie.
To ty śpij na sofie.
Nie mam zamiaru. Będę spał tam gdzie ty. A ty tam gdzie ja. Jak dobre małżeństwo.
Nie jesteśmy małżeństwem.
A kto to poświadczy? Nawet ty sama wczoraj tego nie wiedziałaś. Chodź. Nie wyśpisz się tutaj.
Mówił spokojnie, sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście się o nią troszczył. Usiadła, potem wstała z sofy. Patrzenie na niego do góry sprawiało, że czuła się osaczona, o wiele lepiej było zrównać poziomy.
Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się. Przerażał ją. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
O co chodzi? Przecież nic złego nie zrobiłem - powoli do niej podchodził.
Nie zbliżaj się do mnie - warknęła.
Babsi...
Bastian nigdy do niej tak nie mówił, zawsze było to "Babs".
Zbliżał się, ciągle się zbliżał. Stanął z półtora kroku przed nią, z rękami opartymi na biodrach. Był prawie jak Bastian, ale Bastiana oczy były ciepło-brązowe, a jego były lodowate.
Chodź do łóżka - powiedział cicho.
Nawet jego głos był tak podobny do bastianowego.
Nie, nie z tobą - szepnęła.
Jesteś moją żoną, to twój obowiązek.
Nie!!
Nigdy przedtem tego nie zrobiła, nawet nie sądziła, że byłaby zdolna do zadania komukolwiek bólu, ale trafiła bez problemu - szybki kopniak wylądował dokładnie na jego jądrach.
Wydał z siebie zduszony, wściekły dźwięk, upadając na kolana i łapiąc się za krocze. Rzuciła się do ucieczki, ale zdołał złapać ją za nogę. Przewróciła się, a on powoli wpełzł na nią, przygniatając ją do podłogi.
Puść mnie - jęknęła. Była przerażona.
Teraz spełnisz swój obowiązek - warknął i zadarł jej koszulę.
Usiłowała się bronić, ale był silny, był niewiarygodnie silny. Wepchnął kolana między jej nogi; usiłowała się wyrwać, zapobiec temu jakoś, ale nie była w stanie się ruszyć.
Poczuła, jak się w nią wpycha, brutalnie, bez wyczucia - paliło ogniem. Zaczęła płakać i błagać go, by ją puścił. Ale on sapał nad nią, posuwając się gwałtownie, jakby specjalnie chciał jej zadać jeszcze więcej bólu, niż to możliwe. Szybko doszedł do orgazmu, a ona z obrzydzeniem myślała o jego penisie i jego spermie w środku siebie; jak przypalony garnek, którego nigdy nie domyjesz, jak szuflada, w której grzebał ktoś obcy; dom, który ktoś okradł...
Nagle uderzyła ją myśl o dziecku. Chciała uciec, schować się do jakiejś malutkiej dziury, ale gdy się z niej zsunął, to była w stanie myśleć tylko o dziecku - bała się ruszyć, by nie zagrozić jego bezpieczeństwu.
A on leżał na podłodze obok niej. Słyszała tylko jego głośny oddech. Usiadł i popatrzył na nią, na jej rozrzucone, odkryte nogi; przykrył je jej koszulą nocną i szepnął:
Przepraszam.
Nie zareagowała.
Przepraszam. Nie chciałem zadać ci bólu - oparł się o szafkę, oparł łokcie na ugiętych kolanach i schował twarz w dłoniach. - Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem jak to jest.
Skąd to możesz wiedzieć. Jesteś facetem - mruknęła.
Myślisz, że facetów to nie spotyka?
Tak właśnie myślę.
Jeden, wielki, trzyma, na stole, na szafce, na czymkolwiek, na czym można położyć cię na brzuchu, wypinając twoje pośladki. A od tyłu podchodzi inny, nawet nie pozwalają ci odwrócić głowy, by go zobaczyć. A potem wciska ci to swoje wielkie, włochate, czerwone coś w miejsce, w którym tego nie powinno być. A ty płaczesz, prosisz by przestali, a on kończy, a potem podchodzi drugi, potem trzeci, a potem już nie liczysz i nie czujesz, bo to już tylko jeden wielki ogień...
Popatrzyła na niego - autentycznie płakał.
Gdy prosiłam, byś przestał, nie przestałeś - powiedziała cicho.
Wiem. Przykro mi, nie potrafiłem, nie chciałem... Ale... Ale nie chciałem cię skrzywdzić, naprawdę nie chciałem. Jesteś dla mnie bardzo ważna.
Oparł głowę o ręce, złożone na kolanach i zapatrzył się przed siebie. Przez ten krótki moment wyglądał zupełnie jak Bastian, tylko włosy miał dużo krótsze. Odruchowo uniosła rękę, by pogłaskać go po głowie, a on w tym momencie popatrzył na nią i lekko się uśmiechnął - i zdała sobie sprawę z tego, co robi. Szybko cofnęła rękę i wstała.
Nie jestem taki straszny.
Jesteś. Zrobiłeś mi to, co stało się tobie.
Przykro mi, już mówiłem.
Mówiłeś. Nic z tego nie wynika. Mogłam stracić dziecko!! - krzyknęła na niego, pochylając się.
Przykro mi. Mam nadzieję, że nic się nie stanie złego. Czy cię coś boli?
Nie - skłamała. Bardzo piekło ją w podrażnionej pochwie, ale "w środku" na szczęście nic.
Nigdy bym nie skrzywdził naszego dziecka.
To nie jest twoje dziecko, ono jest Bastiana!! - wrzasnęła na niego.
Gwałtownie wstał.
Jest moje! Wszystko jest moje!! Powinno być moje!! - wybuchł... a potem szybko się uspokoił. - Zrobię ci ciepłe kakao.
Niczego od ciebie nie chcę!
Zrobię ci kakao - powtórzył beznamiętnie. - Idź do łóżka, odpocznij.
Najpierw zmyję z siebie twój brud - czuła jego spermę, ściekającą jej po udach. Obrzydzenie ją brało.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Stała po prysznicem, z wodą lejącą się jej na głowę i uśmiechała się do siebie, myśląc o Bastianie. Za kilka sekund zda sobie sprawę z tego, jak bardzo za nim tęskni, jak bardzo go potrzebuje, właśnie teraz, gdy ktoś groźny zagnieździł się u nich w domu i chwyci ją za serce smutek i panika. Ale jeszcze miała tę odrobinę czasu, głośnym szumem wody oddzielona od hałasów dobiegających z kuchni.
Gorący prysznic przypomniał jej ich "pierwszą" randkę. To był upalny dzień, a do tego jeszcze solidnie lało - i to pewnie ten prysznic skojarzył się jej z ciepłym deszczem tamtego dnia.
Weszli do jakiejś typowej chińskiej knajpki - nigdy do tej pory nie miała odwagi jeść w takich miejscach, bo krępowała ją niemożność przeczytania menu - i od razu jak usiedli, zanim jeszcze cokolwiek innego zdążyło się stać, kelner postawił przed nimi szklanki mrożonej herbaty; no dobrze, nie całkiem mrożonej, była po prostu zimna. Ale była. Nigdy nie spotkała się z czymś takim w Londynie, ani żadnym innym miejscu, w jakim była. Uśmiechnęła się wtedy do Bastiana, a on spokojnie jej wyjaśnił, że była to całkowicie normalna rzecz i że tutaj było to na porządku dziennym.
To bardzo miło.
Właśnie wtedy, siedząc z nim w tamtej knajpce, zrozumiała, że to właśnie był mężczyzna jej życia - nie wyobrażała sobie, że mogłaby być z kimś innym, niż on.
Zamówił wtedy coś dla nich obojga, a ona z lekkim, całkowicie nieświadomym uśmiechem, obserwowała go. Bardzo lubiła słuchać, gdy mówił po kantońsku - w jego ustach język ten stawał się jeszcze bardziej melodyjny, niż był.
Musiała mieć ciągle niezbyt inteligentny wyraz twarzy, gdy na nią ponownie spojrzał, bo zaczął chichotać. Ten chichot utwierdził ją tylko w przekonaniu, że mogłaby spędzić z nim całe życie. Jeśli jej twarz wyrażała czyste uwielbienie, to nie miała zamiaru tego zmieniać, bo czuła się z tym komfortowo.
Jego chichot ucichł, patrzył na nią tylko, z kącikami ust lekko uniesionymi ku górze.
I pomyśleć, że gdy tu leciała, to szukała jakiegoś pretekstu, żeby to spotkanie odwołać. Pisali do siebie listy po rozstaniu na lotnisku, ale listy a osobiste spotkanie to zupełnie coś innego. Najpierw się ucieszyła, zgodziła, ale kiedy już siedziała w samolocie - ogarnęła ją lekka panika. Widziała go raz w życiu, fakt, pomógł jej wtedy, ale mimo wszystko... Trochę ją to przerażało. Jednak nie udało jej się wymyślić pretekstu na tyle dobrego, by odczepił się od niej już na zawsze, więc poszła na to spotkanie, które on bezczelnie nazywał drugą randką.
Nigdy w życiu nie zrobiła chyba nic mądrzejszego. Całe to miganie się i szukanie wymówek było spowodowane tylko tym, że zbyt dawno go nie widziała i całkiem zapomniała, jak cudownie się z nim spędzało czas. Teraz mogła sobie przypomnieć - i nie miała już najmniejszej ochoty się z nim rozstawać.
Przynieśli ich jedzenie, zabrała się więc za konsumpcję. Kątem oka zauważyła, że Bastian przyglądał się jej przez moment badawczo - ale gdy zobaczył, że radzi sobie z pałeczkami doskonale, zabrał się za swoją miskę ryżu. Zawsze zdumiewało ją, w jakim błyskawicznym tempie Chińczycy potrafili pochłaniać ryż.
Po wyjściu spod prysznica zastanawiała się, co teraz. Jak mogła się wydostać z tej koszmarnej matni, w której się znalazła.
W całym domu było dość cicho. Tylko hałasy dochodzące z ulicy - otwarte okna (najwyraźniej tak intruz rozwiązał problem znowu zepsutej klimatyzacji) niczego nie tłumiły. Ale jej było to teraz na rękę. Podkradła się do telefonu i podniosła słuchawkę.
Tego nie przewidziała.
Nie było sygnału.
Szybko zjadła. Potem zajrzała do pokoju - znowu czytał. Wróciła więc do kuchni i wzięła sobie dokładkę. Była głodna. Bardzo głodna. A na dworze zaczynało się już robić ciemno. Czyżby spała prawie cały dzień? Aż tak długo? Stres? Czy po prostu gorąco?
Żałowała, że nie miała żadnych tłumaczeń do wykonania; mogłaby się wtedy czymś zająć. A tak - dzień miała spędzić na pakowaniu się do matki, ale skoro nigdzie nie leciała... Musiała jeszcze do niej zadzwonić z tą informacją. Pomyślała, że mogłaby przemycić jakieś wołanie o pomoc podczas rozmowy, coś, co pozwoliłoby jej mamie zorientować się, że coś jest źle i zawiadomić kogoś, kto będzie mógł jej pomóc.
Skończyła jeść. Nie miała wyboru, musiała wrócić do pokoju, do niego. Powoli, niechętnie poszła tam, usiadła na sofie, opatuliła się kocem - jakoś bezpieczniej się czuła, mimo iż było jej niewyobrażanie gorąco - i włączyła telewizor. Znalazła jakąś komedię, patrzyła więc w ekran, usiłując nie myśleć o człowieku, który siedział parę metrów od niej.
On wstał, podszedł do niej, wsunął się pod jej koc i przytulił ją do siebie. Koc okazał się był teraz bardzo złym rekwizytem. Teraz jego obecność pod materiałem razem z nią była pogwałceniem jej przestrzeni, naruszeniem jej prywatności. Chciała się odsunąć, ale chwycił ją za ramię i przytrzymał. Mimo to nie zrezygnowała. Im dalej usiłowała się odsunąć, tym mocniejszy stawał się jego chwyt. W końcu nie była w stanie znieść imadła na ramieniu.
Dlaczego to robisz? - zapytała, łkając.
Nie odpowiedział, przyciągnął ją do siebie i zmusił do wtulenia się w niego, obejmując ją mocno ramionami.
Nienawidzę cię - warknęła gniewnie.
Nie mów tak - powiedział, ściskając mocno jej dłoń.
To boli!! - usiłowała się wyrwać.
Nie mów tak!! Sama jesteś sobie winna!!
Tak mnie będziesz karać?? Bijąc mnie i zadając mi ból?? - popatrzyła na niego.
Nie chcę cię krzywdzić, ale nie ułatwiasz mi tego - odparł spokojnie, patrząc w telewizor. Wypuścił jej dłoń z ręki.
Nienawidzę cię!
Należysz do mnie.
Wcale nie należę, jestem osobą, nie przedmiotem.
Jesteś moją żoną, więc należysz do mnie.
Nie jestem, nie była i nigdy nie będę twoją żoną!
Powinnaś być. Tak powinno być.
Kim ty jesteś? Czego chcesz?
Mojego życia.
Patrzyła na niego, a on w ekran. Nie wyglądało na to, by była w stanie wyciągnąć z niego więcej informacji. Mówił jej tylko to, co sam chciał powiedzieć, a najwyraźniej wiele powiedzieć jej nie chciał.
Miał tę samą linię skośnych oczu, co Bastian. Tę samą linię brwi. Tylko linie mimiczne ułożyły mu się nieco inaczej. Był taki sam, ale inny. Całkiem taki sam i zupełnie inny. Jak mogła nie zauważyć tego wczoraj?
Czy tobie się wydaje, że sobie tu przyjdziesz, będziesz udawał Bastiana i ot tak po prostu wszystko będzie w porządku? - zaatakowała go.
A nie jest tak? - zapytał ją z całkowity spokojem.
Miał rację. Było tak. Przyszedł i został.
Ja się nie zgadzam - powiedziała gniewnie.
I co z tym zrobisz?
Będę się opierać, niczego ci nie ułatwię.
Spojrzał na nią w końcu.
Ujmę to jasno: albo będzie dobrze, albo będzie źle. Dla ciebie. Albo będzie normalnie, albo będzie bolało. Wybór należy do ciebie.
Na pewno nie wybiorę ciebie.
W końcu będziesz musiała. Albo ja, albo nic.
Daj mi spokój - usiłowała wstać, ale chwycił ją i przycisnął do siebie. - Puść - warknęła.
Nigdzie nie pójdziesz, dopóki ja ci nie pozwolę.
Nie będziesz mną rządził!
Będę robił, co będę chciał, a ty nic na to nie możesz poradzić. Możesz być tylko posłuszna.
Pieprz się.
Chciała mu się wyrwać, ale był zbyt silny. Czuła, że się zaraz rozpłacze. Przygryzła dolną wargę. Zauważył to.
Po co wszystko utrudniasz? - zapytał ją.
Utrudniam? To ty zamieniłeś mi życie w piekło.
Ja? - uśmiechnął się. - Wczoraj nie wyglądałaś na niezadowoloną. Wczoraj wszystko było dobrze.
Znowu zrobiło się jej wstyd. Chyba do końca życia nie będzie w stanie pozbyć się tego paskudnego uczucia, że zdradziła Bastiana, że nie poznała, że to nie on i że jej się podobało.
I chyba było nawet fajnie - powiedział, jakby czytał w jej myślach.
Nienawidzę cię - warknęła.
Lepiej zacznij się do mnie przyzwyczajać, bo ja tu zostaję.
Czego ty chcesz właściwie??!
Już ci mówiłem. Nie słuchałaś? Następnym razem uważaj na to, co mówię, bo ja nie lubię powtarzać.
Nienawidzę cię.
Znowu mu się wyrwała, ale tym razem nie powstrzymywał jej.
Zamknęła się w łazience. Nie mogła tam siedzieć w nieskończoność, ale zawsze mogła spróbować.
Nie wiedziała, na ile mogła zaufać temu, co mówił, ale na razie nic nie wskazywało na to, że chciał jej zrobić jakąś krzywdę. Do pewnego więc stopnia mogła się czuć bezpieczna. Położyła ręce na podbrzuszu. Gdyby nie dziecko, byłoby jej łatwiej mu się przeciwstawić - nie bałaby się tak bicia. Z drugiej jednak strony gdyby nie dziecko, to trudniej byłoby jej się w ogóle trzymać w kupie.
To była mała łazienka, nie to co w ich pierwszym mieszkaniu.
Nie lubiła ich pierwszego mieszkania. Było dość spore, jak na warunki Hong Kongu, ale było umiejscowione w taki sposób, że każdy z naprzeciwka mógł zajrzeć im do mieszkania. Bastianowi najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało, ale jej bardzo. Nalegała na zmianę mieszkania bardzo długo, aż w końcu po czterech latach zgodził się. Znalazł nawet nowe lokum, lepiej umiejscowione, bo bliżej jego szkoły, ale mniejsze. Wiedziała, że jego zgoda na przeprowadzenie się do mniejszego mieszkania oznaczała, że już nie liczył na dziecko. Głównym jego argumentem przeciwko przeprowadzce było to, że już na starcie mieli większe, więc i miejsce na dzieci. Ale gdy przez cztery lata nie udało im się mieć nawet jednego (a Bastianowi marzyła się cała gromadka), powoli zaczął tracić nadzieję, choć nadal starali się nie mniej gorąco.
Zresztą - ta "gromadka" nie była do końca tym, co jej się marzyło. Chciała mieć z nim dzieci, dwoje, może troje, ale nie więcej, on chciał z pięcioro. To była jedna z tych rzeczy, co do których nigdy nie mogli się dogadać i ciągle sprzeczali. Im dłużej byli bezdzietni, tym mniej się o to kłócili, aż w końcu stanęło na tym, że chcieliby mieć dziecko w ogóle. Żaden lekarz nie potrafił wyjaśnić, dlaczego Babsi nie mogła zajść w ciążę, wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Ją to nieco uspokoiło, bo wiedziała, że jej bezpłodność (jego też, ale w mniejszym stopniu) źle wpłynęłaby na ich związek. Więc starali się dalej, kochając się szczególnie często w jej płodne dni.
Kiedyś, po jakiejś dość paskudnej kłótni, kiedy już położyli się do łóżka, Bastian zaczął ją niespodziewanie całować. Z początku myślała, że ją przeprasza, ale on tylko chciał spłodzić dziecko. Ze złością pomyślała wtedy, że na złość jemu nie zajdzie. Fakt, nie zaszła.
Zastanowiła się, kiedy mogła zdarzyć się jej ciąża. Po kilku latach prób i starań jakoś na bazie niepisanej, niewypowiedzianej nigdy umowy - przestali się starać. Ona przestała pilnować dni płodnych, a on przestał o nie dopytywać. Po prostu kochali się, kiedy mieli na to ochotę, tak jak na początku ich małżeństwa, zanim problemy z zajściem w ciążę się objawiły.
W łazience nie było zegarka, nie wiedziała zatem, ile czasu minęło. Wydawało jej się, że dużo, ale mogło to być jedynie wrażenie. Okna też nie było, więc nawet po niebie nie mogła się zorientować jak późno mogło już być.
Z letargu, w jakim się znajdowała, wyrwało ją pukanie do drzwi.
Nie jesteś głodna? - pytał ją.
Nie! - odkrzyknęła w stronę drzwi.
Zostawiam kolację na stole - powiedział, a potem odszedł.
Czyżby było już tak późno?
Nie wychodziła. Chciała poczekać, aż on pójdzie spać, a potem może udałoby się jej uciec. Ale ile miała czekać? Jak miała zmierzyć ten czas?
W końcu wyszła. Miała nadzieję, że była już taka godzina, iż nawet jeśli on czekał, to już i tak usnął.
W mieszkaniu było cicho i ciemno. Zakradła się do drzwi, były uchylone, a krata zasunięta. Poprawka - zamknięta. Rozejrzała się za kluczem, ale nie było go na zwykłym miejscu. Ona na pewno nigdzie go nie przekładała, musiał to więc zrobić on. Zakradła się do sypialni, z mocno bijącym sercem, i rozejrzała, czy go gdzieś blisko siebie nie położył. Bała się pogrzebać w kieszeniach zawieszonego na krześle ubrania.
Obrócił się, mrucząc coś pod nosem. Uciekła z sypialni.
Zdaje się, że pomyślał o jej ewentualnej próbie ucieczki i postanowił temu zapobiec. Położyła się na sofie, zastanawiając, co teraz zrobić. Mogła zadzwonić do matki, ale bała się, że jej rozmowa obudziłaby go. Mógł mieć bardzo lekki sen, a ona nie chciała ryzykować jego gniewu - i bez gniewu wiedziała, jaki był niebezpieczny.
Nie słyszała jak wstawał, więc jego głos z progu sypialni wystraszył ją:
Co ty robisz?
A na co to ci wygląda? - zapytał zaczepnie.
Chodź do łóżka.
Chyba oszalałeś. Nie ma mowy, nie dopóki ty w nim jesteś.
Wczoraj nie narzekałaś.
Wczoraj to było co innego.
Nie było. Tylko tobie się wydaje. Chodź. W twoim stanie powinnaś wygodnie spać, nie na sofie.
To ty śpij na sofie.
Nie mam zamiaru. Będę spał tam gdzie ty. A ty tam gdzie ja. Jak dobre małżeństwo.
Nie jesteśmy małżeństwem.
A kto to poświadczy? Nawet ty sama wczoraj tego nie wiedziałaś. Chodź. Nie wyśpisz się tutaj.
Mówił spokojnie, sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście się o nią troszczył. Usiadła, potem wstała z sofy. Patrzenie na niego do góry sprawiało, że czuła się osaczona, o wiele lepiej było zrównać poziomy.
Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się. Przerażał ją. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
O co chodzi? Przecież nic złego nie zrobiłem - powoli do niej podchodził.
Nie zbliżaj się do mnie - warknęła.
Babsi...
Bastian nigdy do niej tak nie mówił, zawsze było to "Babs".
Zbliżał się, ciągle się zbliżał. Stanął z półtora kroku przed nią, z rękami opartymi na biodrach. Był prawie jak Bastian, ale Bastiana oczy były ciepło-brązowe, a jego były lodowate.
Chodź do łóżka - powiedział cicho.
Nawet jego głos był tak podobny do bastianowego.
Nie, nie z tobą - szepnęła.
Jesteś moją żoną, to twój obowiązek.
Nie!!
Nigdy przedtem tego nie zrobiła, nawet nie sądziła, że byłaby zdolna do zadania komukolwiek bólu, ale trafiła bez problemu - szybki kopniak wylądował dokładnie na jego jądrach.
Wydał z siebie zduszony, wściekły dźwięk, upadając na kolana i łapiąc się za krocze. Rzuciła się do ucieczki, ale zdołał złapać ją za nogę. Przewróciła się, a on powoli wpełzł na nią, przygniatając ją do podłogi.
Puść mnie - jęknęła. Była przerażona.
Teraz spełnisz swój obowiązek - warknął i zadarł jej koszulę.
Usiłowała się bronić, ale był silny, był niewiarygodnie silny. Wepchnął kolana między jej nogi; usiłowała się wyrwać, zapobiec temu jakoś, ale nie była w stanie się ruszyć.
Poczuła, jak się w nią wpycha, brutalnie, bez wyczucia - paliło ogniem. Zaczęła płakać i błagać go, by ją puścił. Ale on sapał nad nią, posuwając się gwałtownie, jakby specjalnie chciał jej zadać jeszcze więcej bólu, niż to możliwe. Szybko doszedł do orgazmu, a ona z obrzydzeniem myślała o jego penisie i jego spermie w środku siebie; jak przypalony garnek, którego nigdy nie domyjesz, jak szuflada, w której grzebał ktoś obcy; dom, który ktoś okradł...
Nagle uderzyła ją myśl o dziecku. Chciała uciec, schować się do jakiejś malutkiej dziury, ale gdy się z niej zsunął, to była w stanie myśleć tylko o dziecku - bała się ruszyć, by nie zagrozić jego bezpieczeństwu.
A on leżał na podłodze obok niej. Słyszała tylko jego głośny oddech. Usiadł i popatrzył na nią, na jej rozrzucone, odkryte nogi; przykrył je jej koszulą nocną i szepnął:
Przepraszam.
Nie zareagowała.
Przepraszam. Nie chciałem zadać ci bólu - oparł się o szafkę, oparł łokcie na ugiętych kolanach i schował twarz w dłoniach. - Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem jak to jest.
Skąd to możesz wiedzieć. Jesteś facetem - mruknęła.
Myślisz, że facetów to nie spotyka?
Tak właśnie myślę.
Jeden, wielki, trzyma, na stole, na szafce, na czymkolwiek, na czym można położyć cię na brzuchu, wypinając twoje pośladki. A od tyłu podchodzi inny, nawet nie pozwalają ci odwrócić głowy, by go zobaczyć. A potem wciska ci to swoje wielkie, włochate, czerwone coś w miejsce, w którym tego nie powinno być. A ty płaczesz, prosisz by przestali, a on kończy, a potem podchodzi drugi, potem trzeci, a potem już nie liczysz i nie czujesz, bo to już tylko jeden wielki ogień...
Popatrzyła na niego - autentycznie płakał.
Gdy prosiłam, byś przestał, nie przestałeś - powiedziała cicho.
Wiem. Przykro mi, nie potrafiłem, nie chciałem... Ale... Ale nie chciałem cię skrzywdzić, naprawdę nie chciałem. Jesteś dla mnie bardzo ważna.
Oparł głowę o ręce, złożone na kolanach i zapatrzył się przed siebie. Przez ten krótki moment wyglądał zupełnie jak Bastian, tylko włosy miał dużo krótsze. Odruchowo uniosła rękę, by pogłaskać go po głowie, a on w tym momencie popatrzył na nią i lekko się uśmiechnął - i zdała sobie sprawę z tego, co robi. Szybko cofnęła rękę i wstała.
Nie jestem taki straszny.
Jesteś. Zrobiłeś mi to, co stało się tobie.
Przykro mi, już mówiłem.
Mówiłeś. Nic z tego nie wynika. Mogłam stracić dziecko!! - krzyknęła na niego, pochylając się.
Przykro mi. Mam nadzieję, że nic się nie stanie złego. Czy cię coś boli?
Nie - skłamała. Bardzo piekło ją w podrażnionej pochwie, ale "w środku" na szczęście nic.
Nigdy bym nie skrzywdził naszego dziecka.
To nie jest twoje dziecko, ono jest Bastiana!! - wrzasnęła na niego.
Gwałtownie wstał.
Jest moje! Wszystko jest moje!! Powinno być moje!! - wybuchł... a potem szybko się uspokoił. - Zrobię ci ciepłe kakao.
Niczego od ciebie nie chcę!
Zrobię ci kakao - powtórzył beznamiętnie. - Idź do łóżka, odpocznij.
Najpierw zmyję z siebie twój brud - czuła jego spermę, ściekającą jej po udach. Obrzydzenie ją brało.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Stała po prysznicem, z wodą lejącą się jej na głowę i uśmiechała się do siebie, myśląc o Bastianie. Za kilka sekund zda sobie sprawę z tego, jak bardzo za nim tęskni, jak bardzo go potrzebuje, właśnie teraz, gdy ktoś groźny zagnieździł się u nich w domu i chwyci ją za serce smutek i panika. Ale jeszcze miała tę odrobinę czasu, głośnym szumem wody oddzielona od hałasów dobiegających z kuchni.
Gorący prysznic przypomniał jej ich "pierwszą" randkę. To był upalny dzień, a do tego jeszcze solidnie lało - i to pewnie ten prysznic skojarzył się jej z ciepłym deszczem tamtego dnia.
Weszli do jakiejś typowej chińskiej knajpki - nigdy do tej pory nie miała odwagi jeść w takich miejscach, bo krępowała ją niemożność przeczytania menu - i od razu jak usiedli, zanim jeszcze cokolwiek innego zdążyło się stać, kelner postawił przed nimi szklanki mrożonej herbaty; no dobrze, nie całkiem mrożonej, była po prostu zimna. Ale była. Nigdy nie spotkała się z czymś takim w Londynie, ani żadnym innym miejscu, w jakim była. Uśmiechnęła się wtedy do Bastiana, a on spokojnie jej wyjaśnił, że była to całkowicie normalna rzecz i że tutaj było to na porządku dziennym.
To bardzo miło.
Właśnie wtedy, siedząc z nim w tamtej knajpce, zrozumiała, że to właśnie był mężczyzna jej życia - nie wyobrażała sobie, że mogłaby być z kimś innym, niż on.
Zamówił wtedy coś dla nich obojga, a ona z lekkim, całkowicie nieświadomym uśmiechem, obserwowała go. Bardzo lubiła słuchać, gdy mówił po kantońsku - w jego ustach język ten stawał się jeszcze bardziej melodyjny, niż był.
Musiała mieć ciągle niezbyt inteligentny wyraz twarzy, gdy na nią ponownie spojrzał, bo zaczął chichotać. Ten chichot utwierdził ją tylko w przekonaniu, że mogłaby spędzić z nim całe życie. Jeśli jej twarz wyrażała czyste uwielbienie, to nie miała zamiaru tego zmieniać, bo czuła się z tym komfortowo.
Jego chichot ucichł, patrzył na nią tylko, z kącikami ust lekko uniesionymi ku górze.
I pomyśleć, że gdy tu leciała, to szukała jakiegoś pretekstu, żeby to spotkanie odwołać. Pisali do siebie listy po rozstaniu na lotnisku, ale listy a osobiste spotkanie to zupełnie coś innego. Najpierw się ucieszyła, zgodziła, ale kiedy już siedziała w samolocie - ogarnęła ją lekka panika. Widziała go raz w życiu, fakt, pomógł jej wtedy, ale mimo wszystko... Trochę ją to przerażało. Jednak nie udało jej się wymyślić pretekstu na tyle dobrego, by odczepił się od niej już na zawsze, więc poszła na to spotkanie, które on bezczelnie nazywał drugą randką.
Nigdy w życiu nie zrobiła chyba nic mądrzejszego. Całe to miganie się i szukanie wymówek było spowodowane tylko tym, że zbyt dawno go nie widziała i całkiem zapomniała, jak cudownie się z nim spędzało czas. Teraz mogła sobie przypomnieć - i nie miała już najmniejszej ochoty się z nim rozstawać.
Przynieśli ich jedzenie, zabrała się więc za konsumpcję. Kątem oka zauważyła, że Bastian przyglądał się jej przez moment badawczo - ale gdy zobaczył, że radzi sobie z pałeczkami doskonale, zabrał się za swoją miskę ryżu. Zawsze zdumiewało ją, w jakim błyskawicznym tempie Chińczycy potrafili pochłaniać ryż.
Po wyjściu spod prysznica zastanawiała się, co teraz. Jak mogła się wydostać z tej koszmarnej matni, w której się znalazła.
W całym domu było dość cicho. Tylko hałasy dochodzące z ulicy - otwarte okna (najwyraźniej tak intruz rozwiązał problem znowu zepsutej klimatyzacji) niczego nie tłumiły. Ale jej było to teraz na rękę. Podkradła się do telefonu i podniosła słuchawkę.
Tego nie przewidziała.
Nie było sygnału.
Uderzyła kilkukrotnie w widełki, ale bez rezultatu; zamiast sygnału słyszała tylko jakieś trzaski. Do tej pory zdarzyło się to tylko raz, kilka lat temu podczas tajfunu, gdy wiatr pozrywał linie telefoniczne. Ale teraz nie było tajfunu? no chyba że liczyć tego potwora, który smacznie spał w jej sypialni.
Poszła do kuchni. Nie czuła się śpiąca, przespała prawie cały dzień, a po prysznicu była dodatkowo rozbudzona. Usiadła przy stole, oparła łokcie na blacie, a podbródek na pięściach i ciężko westchnęła.
To pewnie on wyłączył telefon. I pewnie zrobiło już dawno, tylko do tej pory nie było potrzeby korzystać. Chciał, żeby zadzwoniła do matki i powiedziała jej, że nie przyjadą. Musiał więc telefon na powrót włączyć. Choć na chwilę. Chciała obmyślić jakiś sprytny plan jak wykorzystać tę chwilę, ale życie okazało się być bardziej skomplikowane, niż film - miała całkowitą pustkę w głowie.
Stała przy ścianie z zamkniętymi oczami, zastanawiając się co teraz zrobić. Wciągnęła głęboko powietrze i zrobiło jej się jakoś milej... Po chwili zdała sobie sprawię z tego, dlaczego się tak poczuła - woda kolońska Bastiana. Otworzyła oczy by zobaczyć tego mężczyznę obok niej - opierał się na przedramieniu o ścianę tuż obok jej głowy, z drugą ręką na biodrze, patrząc na nią.
Serce zabiło jej mocno. Nie słyszała jak podchodził, nie słyszała jego oddechu, był bezszelestny. Uśmiechnął się do niej, co sprawiło, że poczuła się jak na Antarktydzie - owiał ją lodowaty wiatr.
Chciała odejść, ale ręka, do tej pory spoczywająca na jego biodrze, szybko znalazła się obok jej ucha. Stał teraz przed nią, po obu stronach osaczając ją, opierając się o ścianę za nią. Był nieco wyższy od Bastiana. Uśmiechał się lekko cały czas, przyjaźnie i wydawałoby się - miło. Zbliżył czoło do jej czoła, aż się zetknęły. Nie miała jak się odsunąć, nie miała dokąd uciec.
Ja długo to potrwa? - zapytała cicho drżącym głosem.
Dlaczego nie pozwolisz mi cię kochać? - odpowiedział pytaniem. - Przecież ja tylko chcę, żebyśmy byli szczęśliwi.
Daj mi spokój - jej głos drżał coraz bardziej, jakby miała się zaraz rozpłakać.
Nie chcę, żebyś cierpiała, nie chcę, żebyś się bała - odgarnął kosmyk jej włosów z policzka.
Daj mi spokój - nie potrafiła powiedzieć nic innego.
Mogłoby być nam bardzo dobrze - przesunął palec po jej policzku.
Brzydziła się jego dotyku. Odwróciła głowę, uciekając przed jego palcem, ale chwycił ją mocno za szczękę i z powrotem odwrócił przodem do siebie.
Po co się opierasz?? - warknął, marszcząc brwi.
Jego uścisk był mocny i bolał. Po chwili wyraz jego twarzy się zmienił - znowu stał się miły i przyjazny, zwolnił się także uścisk.
Nie chcę, żeby było w ten sposób - powiedział miękko. - Chcę, żeby było dobrze. Potrafię zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz - szeptał.
Czuła jego oddech na twarzy. Jego palec na szyi. Jego rękę we włosach. Chciała się odsunąć, ale nie miała dokąd.
Nienawidzę cię - szepnęła ze złością.
Stało się to tak szybko, że nawet nie wiedziała którą ręką ją uderzył. Musiała to być lewa dłoń, bo cios wymierzony był w jej prawy policzek. Dotknęła palące miejsce.
Nie zmuszaj mnie do takich rzeczy - powiedział.
Patrzyła na niego tylko nienawistnie.
Jako żona powinnaś mnie kochać - powiedział groźnie.
Oparta o ścianę, z dłonią na czerwonym policzku, patrzyła na niego z niechęcią spode łba. Zmrużył oczy, chwycił jej włosy i szarpnął gwałtownie do tyłu, zmuszając ją do odchylenia głowy.
I będziesz mnie kochać. Albo będziesz cierpieć - nachylił się nad nią i przycisnął swoje usta do jej. Usiłowała mu się wyrwać; uderzył ją jeszcze raz, a potem popchnął na ścianę.
Postanowiła, że nie da mu satysfakcji i nie będzie płakać.
Zerknęła na niego tylko, a potem odgarnęła włosy z twarzy. Chciała odejść, ale nie miała właściwie dokąd pójść.
Podszedł do niej, a potem siłą ją do siebie przycisnął. Chciała się wyrwać, ale skutek był odwrotny - i właściwie dokładnie taki, jakiego mogła się po nim spodziewać - jego ramiona mocniej się wokół niej zacisnęły. Oparła obie ręce na jego klatce piersiowej i z całej siły zaczęła odpychać. Siłowali się przez chwilę, a potem on ją puścił... ale nie uwolnił, bo błyskawicznie chwycił jej rękę, nie pozwalając odbiec. Usiłowała się wyszarpnąć, ale mocnej ścisnął - zabolała miażdżona dłoń i naciąganie mięśnie w ramieniu. Poddała się. Stanęła w miejscu, patrząc jak się do niej zbliżał. To tylko dwa kroki, ale wydawało jej się, że idzie do niej wieki.
Nigdy nie poddam ci się bezwolnie - powiedziała zachrypniętym głosem.
Uderzył ją płaską dłonią w twarz. Potrząsnęła głową w gniewie. Uderzył ją ponownie. I jeszcze raz.
Będziesz posłuszna - warknął.
Nigdy!!
Znowu poczuła cios, tylko razem innego rodzaju - uderzył ją pięścią. Lekko. Jakby to miało być ostrzeżenie. Udało się jej wyrwać z jego uścisku. Odeszła kilka kroków, tyłem, by móc go obserwować. Patrzył na nią. Jakby chciał ocenić ile wytrzyma. Wiedziała już, że to będzie długa, koszmarna noc.
Kiedy będziesz bił, proszę, byś unikał ciosów w brzuch - powiedziała lodowato.
Wyraz jego twarzy zmienił się radykalnie. Popatrzył na jej brzuch, a potem znowu na twarz. Uśmiechnął się lekko, ale nie mściwie, czy podle, tak zwyczajnie, jak ludzie się do siebie uśmiechają, a potem odwrócił się i poszedł do sypialni.
Może to była jakaś broń? Dziecko. Najwyraźniej nie chciał go skrzywdzić, więc pod pozorem troski o dziecko mogła go zmusić do łagodności. Gorzej, gdyby zorientował się, że nim manipuluje - wtedy nie tylko ona, ale także maleństwo znalazłoby się w niebezpieczeństwie. Nie, nie mogła pozwolić na coś takiego, nie mogła go narażać.
Gdzieś ktoś słuchał radia, z którego płynęła muzyka. Natychmiast poznała piosenkę Andy'ego Lau.
Kim jest ta śliczna buzia? - zapytała Bastiana, gdy ten gapił się w telewizor.
Nie zareagował, więc powtórzyła pytanie. Mruknął coś w odpowiedzi.
Co?
Lau Tak Wah - powtórzył nieco wyraźniej.
Popatrzyła na ekran.
Ładniutki - stwierdziła z uśmiechem.
Bastian zadarł głowę i na nią spojrzał.
To jest wieeeeelka gwiazda - poinformował ją.
Spodziewała się raczej jakiegoś zazdrosno-żartobliwego komentarza.
Od kiedy to lubisz facetów??
Jego lubię.
Uśmiechnęła się.
Pewnie się ładnie nawala.
Ty lubisz takie rzewne, smętne pioseneczki, spodobałoby ci się jego śpiewanie.
To on też śpiewa??
To jest jeden z czterech Niebiańskich Królów. Ech, wiele jeszcze musisz nauczyć się o Hong Kongu.
Wiem - usiadła obok niego.
Przytulili się do siebie i oglądali dalej razem.
Andy Lau stał się jej drugą miłością, zaraz po Bastianie. Zawsze groziła Bastianowi, że go dla Andy'ego rzuci, więc Bastian nie mógł się doczekać, aż aktor się ożeni i "odczepi" od jego dziewczyny (a potem żony).
Teraz głos Andy'ego przypomniał jej te chwile i łzy stanęły jej w oczach. Przymknęła je, usiłując wsłuchać się w głos w radio i choć na moment zapomnieć o tym, co miała teraz w domu. Bezskutecznie. Dobrze wiedziała, gdzie jest i co się dzieje. Nawet super przystojniak z telewizora nie był w stanie tego zmienić. Potrzebowała swojego własnego przystojniaka, tego za którego wyszła jedenaście lat temu. Nie miało znaczenia, że człowiek w jej domu wyglądał właściwie identycznie - on był super brzydalem, odrażającym i paskudnym.
Jak to charakter człowieka wpływa na jego "odbiór"... Popatrzyła w kierunku sypialni, gdzie intruz się krzątał, robiąc coś hałaśliwie. Zastanowiła się jak długo to jeszcze potrwa, bo przecież nie może tak w nieskończoność. Kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić.
Ale co?
A może ten człowiek był tak szalony, że w ogóle o tym nie myślał? W ogóle go to nie zastanawiało, nie obchodziło go, po prostu będzie tak, dopóki się coś nie zdarzy... i pewnie to zdarzenie będzie tragiczne w skutkach. Andy Lau skończył śpiewać: otworzyła oczy i zobaczyła, że obcy stoi w drzwiach i na nią patrzy.
- Jesteś piękna - powiedział.
Zabrzmiało to zupełnie tak, jakby powiedział to Bastian. Rozpłakała się. On podszedł do niej i ją objął. Nie wyrwała się, nie miała już siły walczyć. Nie miała już siły na nic, chciała tylko, by to się wreszcie skończyło, wszystko jedno jak, byle skończyło.
Gwałtownie podeszła do okna. Zapatrzyła się na światła sąsiedniej wyspy. Podszedł do niej i za nią stanął, ale jej nie dotknął.
- Przyzwyczaisz się do mnie - powiedział cicho.
- Jesteś chory - warknęła.
Milczał. Chyba się już nauczył nie reagować na jej obelgi, a może cierpliwie czekał, aż w końcu przestanie je rzucać. Niedoczekanie jego!
Czuła się straszliwie zagrożona. Ale nie ze względu na siebie, a raczej ze względu na dziecko. Co powiedziałaby Bastianowi, gdyby nie udało się jej uchronić maleństwa.
Usiadła na podłodze i skuliła się, wtulając w oparte na kolanach ramiona. Znowu uderzyła ją myśl, że Bastiana może już nie być. Obcy był zdolny do wszystkiego, już jej to udowodnił, bała się więc, że i do morderstwa. Nie mogła znieść myśli, że Bastian mógłby już nie żyć, ale nie mogła też jej od siebie odpędzić. A bardzo chciała; nie była przesądna, ale miała wrażenie, że myślenie o śmierci Bastiana może na niego śmierć sprowadzić.
Idziemy spać - pojawił się niespodziewanie.
Nigdzie z tobą nie idę.
Idziemy spać. Albo pójdziesz po dobroci, albo siłą. Wybieraj.
Odczep się.
Pomyślała, że mogłaby wykazać się biernym oporem, ale nie była pewna jak tego dokonać. Ileż łatwiejsze by to było, gdyby nie była w ciąży!
Chwycił jej nadgarstek i pociągnął go góry. Nie wstała. Ciągnął dalej. Czuła, jakby miał jej wyjąć rękę ze stawu, ale zacisnęła zęby i cierpiała w milczeniu. On niezmiennie ciągnął rękę coraz wyżej. Ból naciąganych mięśni i torturowanego stawu narastał. Z jej gardła wydobył się mimowolny jęk.
Nie mam czasu na takie bzdury - zirytował się nagle.
Szarpnął mocno, unosząc ją na wiszącej ręce, a potem chwycił w pasie i zawlókł do sypialni.
Nie wyobrażała sobie spędzić z nim nocy. Ani obok niego w łóżku, ani tym bardziej jakiegokolwiek seksu. Wymyśliła, że przed tym drugim ochroni się ciążą, ale... trudno było powiedzieć, czy opcja pierwsza wydawała jej się mniej obmierzła.
Popchnął ją na łóżko.
Znowu będziesz mnie brał siłą? Taka twoja miłość? - warknęła zła.
Uderzył ją w twarz. Potem usiadł nad nią, przycisnął jej ręce do łóżka nad jej głową, pochylił się i pocałował. Dotyk jego ust napawał ją obrzydzeniem i nie miała zamiaru tego ukrywać. Przekręciła głowę, uciekając przed nim, a on zsunął się na jej szyję, tam obsypując ją pocałunkami. Usiłowała się wyszarpać, ale jego uścisk był mocny. Nagle uwolnił jej lewą rękę - prawą dłonią chwycił jej podbródek, unieruchamiając go, a potem znowu zbliżył swoją twarz do jej. Usiłowała się wyswobodzić, ale błyskawicznym ruchem spoliczkował ją, znowu chwycił i, oblizawszy jej nieco suche usta, wsunął język do jej ust.
Gdyby miał dłuższe włosy, mogłaby go za nie złapać i odciągnąć, ale nie pomyślała o tym - jedyne co zrobiła, to dotknięcie jego głowy, które on najwyraźniej zinterpretował jako pieszczotę. Zwolnił uścisk na jej szczęce i jego pocałunek stał się bardziej pieszczotliwy, a mniej inwazyjny.
W końcu odsunął się od niej. Wydawał się być nieco rozczarowany jej całkowitą biernością.
Za pierwszym razem podobało ci się - powiedział. - Wiesz, że w łóżku jestem lepszy od niego, więc o co chodzi.
O to, że nie jesteś nim.
Mógłbym być.
Ale nie jesteś. Za usiłowanie chemii nikt Nobla nie dostał.
Usiadł obok niej.
Połóż się normalnie - rozkazał.
Nie ruszyła się.
Połóż się, będzie ci wygodniej na poduszce, przykryjesz się i będzie ci ciepło.
Nic.
Połóż się, albo ja to zrobię - jego ton się niby nie zmienił, ale wyczuła nutę groźby jego głosie.
Ciągle nie reagowała. W jakiś masochistyczny sposób prowokowała go... a może chciała pokazać, że się tak bezwolnie mu nie podda.
Chwycił ją za włosy i pociągnął w stronę głowy łóżka. Krzyknęła.
Powiedziałem, połóż się!! - ryknął jej w twarz.
Powstrzymując łzy, przesunęła się i skuliła na poduszce.
Teraz lepiej - mruknął. - Żona musi słuchać męża i być mu posłuszną.
Nie jesteś moim mężem.
Jestem. Kto jest na zdjęciu? - wskazał fotografię Babsi i Bastiana, stojącą na szafce w sypialni.
To nie jesteś ty.
A kto o tym będzie wiedział? Nawet ty nie wiedziałaś. Ładna z ciebie żona, co męża nawet w łóżku nie pozna.
Tu musiała mu - aczkolwiek z niechęcią - przyznać mu rację. Nie zorientowała się, że coś jest bardzo nie tak, po prostu sądziła, że Bastianowi zachciało się eksperymentów i odmiany - nie pierwszy raz zresztą. Ale nie zauważyła też innych różnic między nimi - obcy mówił inaczej, robił błędy, typowe błędy, które robiła masa Chińczyków mówiąca po angielsku. Jego akcent nie był taki brytyjski... raczej chiński. Na nic zdało się tłumaczenie samej sobie, że on wtedy mało się odzywał i niewiele mogła jego mowy posłuchać. Powinna była rozpoznać, że coś jest nie tak od razu, a nie po tej bliźnie.
Położył się obok niej na plecach, zakładając ręce pod głowę.
Przytulisz się do mnie? - zapytał cicho.
Zapomnij - mruknęła.
Czemu nie?
Popatrzyła na niego. Gapił się w sufit. Miał piękny, Bastianowy, profil.
Ty naprawdę nic nie rozumiesz? Naprawdę jesteś tak szalony, że nic nie rozumiesz?
Nie jestem szalony.
Jesteś. Szczególnie, że wydaje ci się, że jest wszystko w porządku.
Obrócił się na bok i popatrzył na nią.
Wcale mi się tak nie wydaje. Wiem, że wszystko jest źle. Ale tak powinno być. Powinnaś być moją żoną, to powinno być moje życie. Ja je tylko chcę odzyskać. Chcę przywrócić wszystko do odpowiedniego stanu. Tak, jak to powinno się było zdarzyć.
O czym ty mówisz?
Teraz to nie ma znaczenia. Teraz jestem tu, z tobą i jest dobrze.
Nic nie jest dobrze - warknęła gniewnie.
Uspokoiłaś się już troszkę? - zapytał, przesuwając palcami po jej policzku.
Odsunęła się.
Przybliżył się do niej, zupełnie, jakby nie zauważył jej ruchu, po czym ją objął. Nie reagowała. Czuła się już zmęczona całą tą sytuacją. Chciała już tylko spać.
Ale on nachylił się nad nią i pocałował ją w ramię. Potem przysunął się jeszcze bliżej i zaczął ją całować po szyi, ramieniu i uchu.
Daj mi spokój - nie odważyła się go odepchnąć, ale nie chciała, żeby ją dotykał.
Chcę się kochać - powiedział.
Jego głos, ton, lekka intonacja, wszystko brzmiało tak, jakby powiedział to Bastian.
Nie.
Czemu? - szepnął, całując ją w ucho.
Bo boję się, że to zaszkodzi dziecku. Twoja sperma to nie ta, które mnie zapłodniła.
To zrobimy tak, by mu nie zaszkodziło - powiedział.
Pomyślała, że fortel się nie udał, że on użyje prezerwatywy i i tak zrobi swoje.
Tylko skąd by ją wziął.
Nie chcę - otarła ucho z jego śliny.
Ale ja chcę - polizał jej ucho na przekór jej, a ona poczuła, że wsuwa palec wskazujący w jej odbyt.
Nie!! - zerwała się gwałtownie.
Odsunęła się od łóżka o oparła o ścianę,
Co?? - zdziwił się.
Trzymaj się ode mnie z daleka.
Zachichotał.
No nie mów, że nigdy ci nie wsadził od tyłu? Przecież on tak lubi!
Zacisnęła zęby i patrzyła nie niego z niepokojem.
Poklepał miejsce obok niego.
No chodź. Połóż się.
Nie drgnęła.
Nic nie będę robił. Jak tak bardzo nie chcesz, to nie.
Nie ufała mu.
No to sobie stój pod ścianą. Ja idę spać.
Odwrócił się do niej tyłem, przykrył kołdrą i znieruchomiał.
Stała pod ścianą, bojąc się ruszyć. Chciała, żeby usnął; wyszłaby wtedy z sypialni i poszła spać w głównym pokoju, na sofie. Nie chciała jednak wychodzić przed jego uśnięciem, bo obawiała się, że znowu coś mu do głowy strzeli. Wolała go nie prowokować.
Po kilkunastu minutach powoli, cichutko ruszyła w stronę drzwi sypialni. Obcy nie poruszył się, uznała więc, że naprawdę śpi.
Jak tylko wydostała się z sypialni, szybko ruszyła do drzwi wyjściowych. Niestety, kratka przed drzwiami była zabezpieczona dwoma kłódkami. Kiedy on zdążył to wszystko zrobić?? Fakt, prawie cały dzień spędziła zamknięta w łazience. Miał czas na wszystko, telefon, drzwi... wszystko...
Mogła próbować wołać o pomoc, ale nie wiedziała, czy ktoś by usłyszał... a jego kara na pewno byłaby sroga. I może nawet niebezpieczna.
Zrezygnowała z próby. Nie chciała się bardziej narażać, jeśli nie miała pewności, że uda się jej uwolnić od niego całkiem. Zemsta mogła być sroga, a ona nie miała ochoty dowiedzieć, się, jak sroga.
Dzień trzeci
Sprawiało jej ogromną frajdę łażenie po "tarasie dla pieszych", jak nazywała mosty dla pieszych, prowadzące od jednego centrum handlowego do drugiego w Central. Potrafiła ciągać po nich Bastiana godzinami - szła po niego do szkoły, gdy kończył lekcje, by potem spacerować. Zawsze się śmiał, że normalni ludzie chodzili na spacery do parku, a ona w centrum wielkiego miasta po betonowych ścieżkach. A ona niezmiennie mu odpowiadała, że gdyby była taka jak wszyscy, to by się z nią nie ożenił. Przyznawał jej rację i pieczętowali to wszystko całusem.
Miała ogromną ochotę pójść na taki spacer teraz - połazić bez celu dla samej przyjemności połażenia po pięknym Hong Kongu. W gorącym, parnym powietrzu, owiewana ciepłym wiatrem znad morza.
Zajęło to chwilę, by dotarło do niej, w jakiej jest sytuacji i że spacer taki był kompletnie niemożliwy.
W sumie mogłaby spróbować poprosić go o wyjście, a potem nawet starać się uciec, ale nie wierzyła w możliwość powodzenia takiego planu. Po pierwsze - nie sądziła, by w ogóle się zgodził wyjść, a poza tym - czy byłaby w stanie biec wystarczająco szybko, by się od niego uwolnić?
I gdzie mogłaby biec, dokąd uciec? Mieli co prawda przyjaciół w Hong Kongu, ale jakoś nie potrafiłaby wpaść do nich i prosić o schronienie. Była typem odludka i pomimo znajomych (w zasadzie znajomych Bastiana, którzy siła rzeczy stali się i jej znajomymi) właściwie nikogo w Hong Kongu nie znała - i wcale jej to nie przeszkadzało. Miała Bastiana, swoją pracę w domu, kontakt ze starymi przyjaciółmi przez internet i to jej starczało.
- Smutna od samego rana? - zapytał ją głos intruza.
- Nic ci do tego? - burknęła.
Powrót do rzeczywistość był chyba zbyt brutalny. Ta krótka chwila po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak źle jest, kiedy jeszcze wydawało się wszystko w normie i mogła być szczęśliwa przez ten moment - już minęła i Babsi została zaatakowana przez realność na nowo.
Postawił przed nią śniadanie.
- Dziś już musisz zadzwonić do matki.
Zerknęła na talerz, potem na niego. Nie chciała jeść.
- Zaszkodzisz dziecku - dobrze wiedział, co siedzi w jej głowie.
- A co ciebie to obchodzi? Przecież nie jest twoje!
- Mogłoby być moje. Ale jeśli chcesz poronić, to proszę bardzo. Ja po prostu zrobię ci następne.
Zacisnęła zęby i spojrzała na niego nienawistnie.
- Jesteś chory.
- Jesteś nudna powtarzając w kółko jedno i to samo.
- Odczep się!! - krzyknęła nagle. - Odczep się i wynoś z mojego domu.
Wstała i spoliczkowała go. Patrzył na nią przez moment zaskoczony, a potem uśmiechnął się lekko? i odniosła nieprzyjemne wrażenie, że z ironią.
- Proszę, proszę. Cóż za charakterek się tutaj ujawnia - powiedział.
- Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz, ale tego nie dostaniesz. Nawet jeśli będzie mnie to kosztować życie!!
- A życie twojego dziecka!!
- I tak pewnie jest sierotą, bo ojca mu zabiłeś!! Jak zabijesz mnie to na pewno nie skażę go na życie z tobą, świrze!!
- Po co zaraz te wyzwiska??
- Jeśli myślisz, że będę ci się bezwolnie poddawać, to się grubo mylisz!! Nic nie zrobię, usiądę i będę siedzieć, dopóki się nie wyniesiesz z mojego domu!!
- Ciekawostka! - jego głos ociekał drwiną.
- Ty mnie jeszcze, fiucie obciągany, nie znasz! Jeśli wydaje ci się, że jestem posłuszną żoną o intelekcie idiotki, to przyjmij do wiadomości, że nie jestem Chinką!! Ja jestem z Europy, a tam takie fiuty jak ty się kastruje i wywozi na wysypisko śmieci!
- Zamknij się!!! - ryknął nagle.
- Nie zamknę się. Jeśli chcesz mnie niewolić, to licz się z konsekwencjami. Nie boję się ciebie!
- Nie? -zapytał groźnie, zbliżając się do niej.
- Nie!!!!- krzyknęła mu w twarz, a potem uderzyła go pięścią w nos.
Odsunął się, zakrywając twarz rękami, a potem spojrzał na dłonie; były we krwi.
- Zapłacisz za to!! - huknął.
- Chodź!! - stanęła w lekkim rozkroku, opierając wyzywająco ręce na biodrach.
Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Po prostu walczyła.
Podszedł do niej i uderzył ją wierzchem dłoni. Odgarnęła rozsypane włosy i spojrzała na niego.
- Tylko na tyle cię stać?
Chwycił ja za gardło i przyciągnął do siebie. Nie wiedziała, co chciał zrobić, ale się też nie dowiedziała. Nagle ją puścił.
- Więcej mnie nie prowokuj - powiedział cicho i poszedł do kuchni.
Wszystko ucichło. Opadła na sofę nieco wystraszona. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać w co mogła się wpakować.
Jakże inaczej wyglądały jej kłótnie z Bastianem. A czasem potrafiły być głośne; oj, potrafili się soczyście kłócić, ale na całe ich pożycie było takich prawdziwych awantur zaledwie kilka. Przed ślubem ona zawsze z nim zrywała podczas każdej kłótni. Raz zdarzyło się, że ich krzyki były tak głośne, iż sąsiedzi ich musieli przywoływać do porządku.
Ale czemu nie reagowali teraz? Czyżby wrzaski w ich mieszkaniu w ogóle ich nie obchodziły? Przecież do tej pory nic takiego w ogóle nie było. Oczywiście, że kłócili się z Bastianem, ale nie było krzyków bólu. A może tylko jej się wydawało - dla sąsiadów krzyki to krzyki, ona też nigdy nie wsłuchiwała się w znaczenie wykrzykiwanych za ścianą słów.
Poszła do kuchni. Nie czuła się śpiąca, przespała prawie cały dzień, a po prysznicu była dodatkowo rozbudzona. Usiadła przy stole, oparła łokcie na blacie, a podbródek na pięściach i ciężko westchnęła.
To pewnie on wyłączył telefon. I pewnie zrobiło już dawno, tylko do tej pory nie było potrzeby korzystać. Chciał, żeby zadzwoniła do matki i powiedziała jej, że nie przyjadą. Musiał więc telefon na powrót włączyć. Choć na chwilę. Chciała obmyślić jakiś sprytny plan jak wykorzystać tę chwilę, ale życie okazało się być bardziej skomplikowane, niż film - miała całkowitą pustkę w głowie.
Stała przy ścianie z zamkniętymi oczami, zastanawiając się co teraz zrobić. Wciągnęła głęboko powietrze i zrobiło jej się jakoś milej... Po chwili zdała sobie sprawię z tego, dlaczego się tak poczuła - woda kolońska Bastiana. Otworzyła oczy by zobaczyć tego mężczyznę obok niej - opierał się na przedramieniu o ścianę tuż obok jej głowy, z drugą ręką na biodrze, patrząc na nią.
Serce zabiło jej mocno. Nie słyszała jak podchodził, nie słyszała jego oddechu, był bezszelestny. Uśmiechnął się do niej, co sprawiło, że poczuła się jak na Antarktydzie - owiał ją lodowaty wiatr.
Chciała odejść, ale ręka, do tej pory spoczywająca na jego biodrze, szybko znalazła się obok jej ucha. Stał teraz przed nią, po obu stronach osaczając ją, opierając się o ścianę za nią. Był nieco wyższy od Bastiana. Uśmiechał się lekko cały czas, przyjaźnie i wydawałoby się - miło. Zbliżył czoło do jej czoła, aż się zetknęły. Nie miała jak się odsunąć, nie miała dokąd uciec.
Ja długo to potrwa? - zapytała cicho drżącym głosem.
Dlaczego nie pozwolisz mi cię kochać? - odpowiedział pytaniem. - Przecież ja tylko chcę, żebyśmy byli szczęśliwi.
Daj mi spokój - jej głos drżał coraz bardziej, jakby miała się zaraz rozpłakać.
Nie chcę, żebyś cierpiała, nie chcę, żebyś się bała - odgarnął kosmyk jej włosów z policzka.
Daj mi spokój - nie potrafiła powiedzieć nic innego.
Mogłoby być nam bardzo dobrze - przesunął palec po jej policzku.
Brzydziła się jego dotyku. Odwróciła głowę, uciekając przed jego palcem, ale chwycił ją mocno za szczękę i z powrotem odwrócił przodem do siebie.
Po co się opierasz?? - warknął, marszcząc brwi.
Jego uścisk był mocny i bolał. Po chwili wyraz jego twarzy się zmienił - znowu stał się miły i przyjazny, zwolnił się także uścisk.
Nie chcę, żeby było w ten sposób - powiedział miękko. - Chcę, żeby było dobrze. Potrafię zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz - szeptał.
Czuła jego oddech na twarzy. Jego palec na szyi. Jego rękę we włosach. Chciała się odsunąć, ale nie miała dokąd.
Nienawidzę cię - szepnęła ze złością.
Stało się to tak szybko, że nawet nie wiedziała którą ręką ją uderzył. Musiała to być lewa dłoń, bo cios wymierzony był w jej prawy policzek. Dotknęła palące miejsce.
Nie zmuszaj mnie do takich rzeczy - powiedział.
Patrzyła na niego tylko nienawistnie.
Jako żona powinnaś mnie kochać - powiedział groźnie.
Oparta o ścianę, z dłonią na czerwonym policzku, patrzyła na niego z niechęcią spode łba. Zmrużył oczy, chwycił jej włosy i szarpnął gwałtownie do tyłu, zmuszając ją do odchylenia głowy.
I będziesz mnie kochać. Albo będziesz cierpieć - nachylił się nad nią i przycisnął swoje usta do jej. Usiłowała mu się wyrwać; uderzył ją jeszcze raz, a potem popchnął na ścianę.
Postanowiła, że nie da mu satysfakcji i nie będzie płakać.
Zerknęła na niego tylko, a potem odgarnęła włosy z twarzy. Chciała odejść, ale nie miała właściwie dokąd pójść.
Podszedł do niej, a potem siłą ją do siebie przycisnął. Chciała się wyrwać, ale skutek był odwrotny - i właściwie dokładnie taki, jakiego mogła się po nim spodziewać - jego ramiona mocniej się wokół niej zacisnęły. Oparła obie ręce na jego klatce piersiowej i z całej siły zaczęła odpychać. Siłowali się przez chwilę, a potem on ją puścił... ale nie uwolnił, bo błyskawicznie chwycił jej rękę, nie pozwalając odbiec. Usiłowała się wyszarpnąć, ale mocnej ścisnął - zabolała miażdżona dłoń i naciąganie mięśnie w ramieniu. Poddała się. Stanęła w miejscu, patrząc jak się do niej zbliżał. To tylko dwa kroki, ale wydawało jej się, że idzie do niej wieki.
Nigdy nie poddam ci się bezwolnie - powiedziała zachrypniętym głosem.
Uderzył ją płaską dłonią w twarz. Potrząsnęła głową w gniewie. Uderzył ją ponownie. I jeszcze raz.
Będziesz posłuszna - warknął.
Nigdy!!
Znowu poczuła cios, tylko razem innego rodzaju - uderzył ją pięścią. Lekko. Jakby to miało być ostrzeżenie. Udało się jej wyrwać z jego uścisku. Odeszła kilka kroków, tyłem, by móc go obserwować. Patrzył na nią. Jakby chciał ocenić ile wytrzyma. Wiedziała już, że to będzie długa, koszmarna noc.
Kiedy będziesz bił, proszę, byś unikał ciosów w brzuch - powiedziała lodowato.
Wyraz jego twarzy zmienił się radykalnie. Popatrzył na jej brzuch, a potem znowu na twarz. Uśmiechnął się lekko, ale nie mściwie, czy podle, tak zwyczajnie, jak ludzie się do siebie uśmiechają, a potem odwrócił się i poszedł do sypialni.
Może to była jakaś broń? Dziecko. Najwyraźniej nie chciał go skrzywdzić, więc pod pozorem troski o dziecko mogła go zmusić do łagodności. Gorzej, gdyby zorientował się, że nim manipuluje - wtedy nie tylko ona, ale także maleństwo znalazłoby się w niebezpieczeństwie. Nie, nie mogła pozwolić na coś takiego, nie mogła go narażać.
Gdzieś ktoś słuchał radia, z którego płynęła muzyka. Natychmiast poznała piosenkę Andy'ego Lau.
Kim jest ta śliczna buzia? - zapytała Bastiana, gdy ten gapił się w telewizor.
Nie zareagował, więc powtórzyła pytanie. Mruknął coś w odpowiedzi.
Co?
Lau Tak Wah - powtórzył nieco wyraźniej.
Popatrzyła na ekran.
Ładniutki - stwierdziła z uśmiechem.
Bastian zadarł głowę i na nią spojrzał.
To jest wieeeeelka gwiazda - poinformował ją.
Spodziewała się raczej jakiegoś zazdrosno-żartobliwego komentarza.
Od kiedy to lubisz facetów??
Jego lubię.
Uśmiechnęła się.
Pewnie się ładnie nawala.
Ty lubisz takie rzewne, smętne pioseneczki, spodobałoby ci się jego śpiewanie.
To on też śpiewa??
To jest jeden z czterech Niebiańskich Królów. Ech, wiele jeszcze musisz nauczyć się o Hong Kongu.
Wiem - usiadła obok niego.
Przytulili się do siebie i oglądali dalej razem.
Andy Lau stał się jej drugą miłością, zaraz po Bastianie. Zawsze groziła Bastianowi, że go dla Andy'ego rzuci, więc Bastian nie mógł się doczekać, aż aktor się ożeni i "odczepi" od jego dziewczyny (a potem żony).
Teraz głos Andy'ego przypomniał jej te chwile i łzy stanęły jej w oczach. Przymknęła je, usiłując wsłuchać się w głos w radio i choć na moment zapomnieć o tym, co miała teraz w domu. Bezskutecznie. Dobrze wiedziała, gdzie jest i co się dzieje. Nawet super przystojniak z telewizora nie był w stanie tego zmienić. Potrzebowała swojego własnego przystojniaka, tego za którego wyszła jedenaście lat temu. Nie miało znaczenia, że człowiek w jej domu wyglądał właściwie identycznie - on był super brzydalem, odrażającym i paskudnym.
Jak to charakter człowieka wpływa na jego "odbiór"... Popatrzyła w kierunku sypialni, gdzie intruz się krzątał, robiąc coś hałaśliwie. Zastanowiła się jak długo to jeszcze potrwa, bo przecież nie może tak w nieskończoność. Kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić.
Ale co?
A może ten człowiek był tak szalony, że w ogóle o tym nie myślał? W ogóle go to nie zastanawiało, nie obchodziło go, po prostu będzie tak, dopóki się coś nie zdarzy... i pewnie to zdarzenie będzie tragiczne w skutkach. Andy Lau skończył śpiewać: otworzyła oczy i zobaczyła, że obcy stoi w drzwiach i na nią patrzy.
- Jesteś piękna - powiedział.
Zabrzmiało to zupełnie tak, jakby powiedział to Bastian. Rozpłakała się. On podszedł do niej i ją objął. Nie wyrwała się, nie miała już siły walczyć. Nie miała już siły na nic, chciała tylko, by to się wreszcie skończyło, wszystko jedno jak, byle skończyło.
Gwałtownie podeszła do okna. Zapatrzyła się na światła sąsiedniej wyspy. Podszedł do niej i za nią stanął, ale jej nie dotknął.
- Przyzwyczaisz się do mnie - powiedział cicho.
- Jesteś chory - warknęła.
Milczał. Chyba się już nauczył nie reagować na jej obelgi, a może cierpliwie czekał, aż w końcu przestanie je rzucać. Niedoczekanie jego!
Czuła się straszliwie zagrożona. Ale nie ze względu na siebie, a raczej ze względu na dziecko. Co powiedziałaby Bastianowi, gdyby nie udało się jej uchronić maleństwa.
Usiadła na podłodze i skuliła się, wtulając w oparte na kolanach ramiona. Znowu uderzyła ją myśl, że Bastiana może już nie być. Obcy był zdolny do wszystkiego, już jej to udowodnił, bała się więc, że i do morderstwa. Nie mogła znieść myśli, że Bastian mógłby już nie żyć, ale nie mogła też jej od siebie odpędzić. A bardzo chciała; nie była przesądna, ale miała wrażenie, że myślenie o śmierci Bastiana może na niego śmierć sprowadzić.
Idziemy spać - pojawił się niespodziewanie.
Nigdzie z tobą nie idę.
Idziemy spać. Albo pójdziesz po dobroci, albo siłą. Wybieraj.
Odczep się.
Pomyślała, że mogłaby wykazać się biernym oporem, ale nie była pewna jak tego dokonać. Ileż łatwiejsze by to było, gdyby nie była w ciąży!
Chwycił jej nadgarstek i pociągnął go góry. Nie wstała. Ciągnął dalej. Czuła, jakby miał jej wyjąć rękę ze stawu, ale zacisnęła zęby i cierpiała w milczeniu. On niezmiennie ciągnął rękę coraz wyżej. Ból naciąganych mięśni i torturowanego stawu narastał. Z jej gardła wydobył się mimowolny jęk.
Nie mam czasu na takie bzdury - zirytował się nagle.
Szarpnął mocno, unosząc ją na wiszącej ręce, a potem chwycił w pasie i zawlókł do sypialni.
Nie wyobrażała sobie spędzić z nim nocy. Ani obok niego w łóżku, ani tym bardziej jakiegokolwiek seksu. Wymyśliła, że przed tym drugim ochroni się ciążą, ale... trudno było powiedzieć, czy opcja pierwsza wydawała jej się mniej obmierzła.
Popchnął ją na łóżko.
Znowu będziesz mnie brał siłą? Taka twoja miłość? - warknęła zła.
Uderzył ją w twarz. Potem usiadł nad nią, przycisnął jej ręce do łóżka nad jej głową, pochylił się i pocałował. Dotyk jego ust napawał ją obrzydzeniem i nie miała zamiaru tego ukrywać. Przekręciła głowę, uciekając przed nim, a on zsunął się na jej szyję, tam obsypując ją pocałunkami. Usiłowała się wyszarpać, ale jego uścisk był mocny. Nagle uwolnił jej lewą rękę - prawą dłonią chwycił jej podbródek, unieruchamiając go, a potem znowu zbliżył swoją twarz do jej. Usiłowała się wyswobodzić, ale błyskawicznym ruchem spoliczkował ją, znowu chwycił i, oblizawszy jej nieco suche usta, wsunął język do jej ust.
Gdyby miał dłuższe włosy, mogłaby go za nie złapać i odciągnąć, ale nie pomyślała o tym - jedyne co zrobiła, to dotknięcie jego głowy, które on najwyraźniej zinterpretował jako pieszczotę. Zwolnił uścisk na jej szczęce i jego pocałunek stał się bardziej pieszczotliwy, a mniej inwazyjny.
W końcu odsunął się od niej. Wydawał się być nieco rozczarowany jej całkowitą biernością.
Za pierwszym razem podobało ci się - powiedział. - Wiesz, że w łóżku jestem lepszy od niego, więc o co chodzi.
O to, że nie jesteś nim.
Mógłbym być.
Ale nie jesteś. Za usiłowanie chemii nikt Nobla nie dostał.
Usiadł obok niej.
Połóż się normalnie - rozkazał.
Nie ruszyła się.
Połóż się, będzie ci wygodniej na poduszce, przykryjesz się i będzie ci ciepło.
Nic.
Połóż się, albo ja to zrobię - jego ton się niby nie zmienił, ale wyczuła nutę groźby jego głosie.
Ciągle nie reagowała. W jakiś masochistyczny sposób prowokowała go... a może chciała pokazać, że się tak bezwolnie mu nie podda.
Chwycił ją za włosy i pociągnął w stronę głowy łóżka. Krzyknęła.
Powiedziałem, połóż się!! - ryknął jej w twarz.
Powstrzymując łzy, przesunęła się i skuliła na poduszce.
Teraz lepiej - mruknął. - Żona musi słuchać męża i być mu posłuszną.
Nie jesteś moim mężem.
Jestem. Kto jest na zdjęciu? - wskazał fotografię Babsi i Bastiana, stojącą na szafce w sypialni.
To nie jesteś ty.
A kto o tym będzie wiedział? Nawet ty nie wiedziałaś. Ładna z ciebie żona, co męża nawet w łóżku nie pozna.
Tu musiała mu - aczkolwiek z niechęcią - przyznać mu rację. Nie zorientowała się, że coś jest bardzo nie tak, po prostu sądziła, że Bastianowi zachciało się eksperymentów i odmiany - nie pierwszy raz zresztą. Ale nie zauważyła też innych różnic między nimi - obcy mówił inaczej, robił błędy, typowe błędy, które robiła masa Chińczyków mówiąca po angielsku. Jego akcent nie był taki brytyjski... raczej chiński. Na nic zdało się tłumaczenie samej sobie, że on wtedy mało się odzywał i niewiele mogła jego mowy posłuchać. Powinna była rozpoznać, że coś jest nie tak od razu, a nie po tej bliźnie.
Położył się obok niej na plecach, zakładając ręce pod głowę.
Przytulisz się do mnie? - zapytał cicho.
Zapomnij - mruknęła.
Czemu nie?
Popatrzyła na niego. Gapił się w sufit. Miał piękny, Bastianowy, profil.
Ty naprawdę nic nie rozumiesz? Naprawdę jesteś tak szalony, że nic nie rozumiesz?
Nie jestem szalony.
Jesteś. Szczególnie, że wydaje ci się, że jest wszystko w porządku.
Obrócił się na bok i popatrzył na nią.
Wcale mi się tak nie wydaje. Wiem, że wszystko jest źle. Ale tak powinno być. Powinnaś być moją żoną, to powinno być moje życie. Ja je tylko chcę odzyskać. Chcę przywrócić wszystko do odpowiedniego stanu. Tak, jak to powinno się było zdarzyć.
O czym ty mówisz?
Teraz to nie ma znaczenia. Teraz jestem tu, z tobą i jest dobrze.
Nic nie jest dobrze - warknęła gniewnie.
Uspokoiłaś się już troszkę? - zapytał, przesuwając palcami po jej policzku.
Odsunęła się.
Przybliżył się do niej, zupełnie, jakby nie zauważył jej ruchu, po czym ją objął. Nie reagowała. Czuła się już zmęczona całą tą sytuacją. Chciała już tylko spać.
Ale on nachylił się nad nią i pocałował ją w ramię. Potem przysunął się jeszcze bliżej i zaczął ją całować po szyi, ramieniu i uchu.
Daj mi spokój - nie odważyła się go odepchnąć, ale nie chciała, żeby ją dotykał.
Chcę się kochać - powiedział.
Jego głos, ton, lekka intonacja, wszystko brzmiało tak, jakby powiedział to Bastian.
Nie.
Czemu? - szepnął, całując ją w ucho.
Bo boję się, że to zaszkodzi dziecku. Twoja sperma to nie ta, które mnie zapłodniła.
To zrobimy tak, by mu nie zaszkodziło - powiedział.
Pomyślała, że fortel się nie udał, że on użyje prezerwatywy i i tak zrobi swoje.
Tylko skąd by ją wziął.
Nie chcę - otarła ucho z jego śliny.
Ale ja chcę - polizał jej ucho na przekór jej, a ona poczuła, że wsuwa palec wskazujący w jej odbyt.
Nie!! - zerwała się gwałtownie.
Odsunęła się od łóżka o oparła o ścianę,
Co?? - zdziwił się.
Trzymaj się ode mnie z daleka.
Zachichotał.
No nie mów, że nigdy ci nie wsadził od tyłu? Przecież on tak lubi!
Zacisnęła zęby i patrzyła nie niego z niepokojem.
Poklepał miejsce obok niego.
No chodź. Połóż się.
Nie drgnęła.
Nic nie będę robił. Jak tak bardzo nie chcesz, to nie.
Nie ufała mu.
No to sobie stój pod ścianą. Ja idę spać.
Odwrócił się do niej tyłem, przykrył kołdrą i znieruchomiał.
Stała pod ścianą, bojąc się ruszyć. Chciała, żeby usnął; wyszłaby wtedy z sypialni i poszła spać w głównym pokoju, na sofie. Nie chciała jednak wychodzić przed jego uśnięciem, bo obawiała się, że znowu coś mu do głowy strzeli. Wolała go nie prowokować.
Po kilkunastu minutach powoli, cichutko ruszyła w stronę drzwi sypialni. Obcy nie poruszył się, uznała więc, że naprawdę śpi.
Jak tylko wydostała się z sypialni, szybko ruszyła do drzwi wyjściowych. Niestety, kratka przed drzwiami była zabezpieczona dwoma kłódkami. Kiedy on zdążył to wszystko zrobić?? Fakt, prawie cały dzień spędziła zamknięta w łazience. Miał czas na wszystko, telefon, drzwi... wszystko...
Mogła próbować wołać o pomoc, ale nie wiedziała, czy ktoś by usłyszał... a jego kara na pewno byłaby sroga. I może nawet niebezpieczna.
Zrezygnowała z próby. Nie chciała się bardziej narażać, jeśli nie miała pewności, że uda się jej uwolnić od niego całkiem. Zemsta mogła być sroga, a ona nie miała ochoty dowiedzieć, się, jak sroga.
Dzień trzeci
Sprawiało jej ogromną frajdę łażenie po "tarasie dla pieszych", jak nazywała mosty dla pieszych, prowadzące od jednego centrum handlowego do drugiego w Central. Potrafiła ciągać po nich Bastiana godzinami - szła po niego do szkoły, gdy kończył lekcje, by potem spacerować. Zawsze się śmiał, że normalni ludzie chodzili na spacery do parku, a ona w centrum wielkiego miasta po betonowych ścieżkach. A ona niezmiennie mu odpowiadała, że gdyby była taka jak wszyscy, to by się z nią nie ożenił. Przyznawał jej rację i pieczętowali to wszystko całusem.
Miała ogromną ochotę pójść na taki spacer teraz - połazić bez celu dla samej przyjemności połażenia po pięknym Hong Kongu. W gorącym, parnym powietrzu, owiewana ciepłym wiatrem znad morza.
Zajęło to chwilę, by dotarło do niej, w jakiej jest sytuacji i że spacer taki był kompletnie niemożliwy.
W sumie mogłaby spróbować poprosić go o wyjście, a potem nawet starać się uciec, ale nie wierzyła w możliwość powodzenia takiego planu. Po pierwsze - nie sądziła, by w ogóle się zgodził wyjść, a poza tym - czy byłaby w stanie biec wystarczająco szybko, by się od niego uwolnić?
I gdzie mogłaby biec, dokąd uciec? Mieli co prawda przyjaciół w Hong Kongu, ale jakoś nie potrafiłaby wpaść do nich i prosić o schronienie. Była typem odludka i pomimo znajomych (w zasadzie znajomych Bastiana, którzy siła rzeczy stali się i jej znajomymi) właściwie nikogo w Hong Kongu nie znała - i wcale jej to nie przeszkadzało. Miała Bastiana, swoją pracę w domu, kontakt ze starymi przyjaciółmi przez internet i to jej starczało.
- Smutna od samego rana? - zapytał ją głos intruza.
- Nic ci do tego? - burknęła.
Powrót do rzeczywistość był chyba zbyt brutalny. Ta krótka chwila po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak źle jest, kiedy jeszcze wydawało się wszystko w normie i mogła być szczęśliwa przez ten moment - już minęła i Babsi została zaatakowana przez realność na nowo.
Postawił przed nią śniadanie.
- Dziś już musisz zadzwonić do matki.
Zerknęła na talerz, potem na niego. Nie chciała jeść.
- Zaszkodzisz dziecku - dobrze wiedział, co siedzi w jej głowie.
- A co ciebie to obchodzi? Przecież nie jest twoje!
- Mogłoby być moje. Ale jeśli chcesz poronić, to proszę bardzo. Ja po prostu zrobię ci następne.
Zacisnęła zęby i spojrzała na niego nienawistnie.
- Jesteś chory.
- Jesteś nudna powtarzając w kółko jedno i to samo.
- Odczep się!! - krzyknęła nagle. - Odczep się i wynoś z mojego domu.
Wstała i spoliczkowała go. Patrzył na nią przez moment zaskoczony, a potem uśmiechnął się lekko? i odniosła nieprzyjemne wrażenie, że z ironią.
- Proszę, proszę. Cóż za charakterek się tutaj ujawnia - powiedział.
- Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz, ale tego nie dostaniesz. Nawet jeśli będzie mnie to kosztować życie!!
- A życie twojego dziecka!!
- I tak pewnie jest sierotą, bo ojca mu zabiłeś!! Jak zabijesz mnie to na pewno nie skażę go na życie z tobą, świrze!!
- Po co zaraz te wyzwiska??
- Jeśli myślisz, że będę ci się bezwolnie poddawać, to się grubo mylisz!! Nic nie zrobię, usiądę i będę siedzieć, dopóki się nie wyniesiesz z mojego domu!!
- Ciekawostka! - jego głos ociekał drwiną.
- Ty mnie jeszcze, fiucie obciągany, nie znasz! Jeśli wydaje ci się, że jestem posłuszną żoną o intelekcie idiotki, to przyjmij do wiadomości, że nie jestem Chinką!! Ja jestem z Europy, a tam takie fiuty jak ty się kastruje i wywozi na wysypisko śmieci!
- Zamknij się!!! - ryknął nagle.
- Nie zamknę się. Jeśli chcesz mnie niewolić, to licz się z konsekwencjami. Nie boję się ciebie!
- Nie? -zapytał groźnie, zbliżając się do niej.
- Nie!!!!- krzyknęła mu w twarz, a potem uderzyła go pięścią w nos.
Odsunął się, zakrywając twarz rękami, a potem spojrzał na dłonie; były we krwi.
- Zapłacisz za to!! - huknął.
- Chodź!! - stanęła w lekkim rozkroku, opierając wyzywająco ręce na biodrach.
Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Po prostu walczyła.
Podszedł do niej i uderzył ją wierzchem dłoni. Odgarnęła rozsypane włosy i spojrzała na niego.
- Tylko na tyle cię stać?
Chwycił ja za gardło i przyciągnął do siebie. Nie wiedziała, co chciał zrobić, ale się też nie dowiedziała. Nagle ją puścił.
- Więcej mnie nie prowokuj - powiedział cicho i poszedł do kuchni.
Wszystko ucichło. Opadła na sofę nieco wystraszona. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać w co mogła się wpakować.
Jakże inaczej wyglądały jej kłótnie z Bastianem. A czasem potrafiły być głośne; oj, potrafili się soczyście kłócić, ale na całe ich pożycie było takich prawdziwych awantur zaledwie kilka. Przed ślubem ona zawsze z nim zrywała podczas każdej kłótni. Raz zdarzyło się, że ich krzyki były tak głośne, iż sąsiedzi ich musieli przywoływać do porządku.
Ale czemu nie reagowali teraz? Czyżby wrzaski w ich mieszkaniu w ogóle ich nie obchodziły? Przecież do tej pory nic takiego w ogóle nie było. Oczywiście, że kłócili się z Bastianem, ale nie było krzyków bólu. A może tylko jej się wydawało - dla sąsiadów krzyki to krzyki, ona też nigdy nie wsłuchiwała się w znaczenie wykrzykiwanych za ścianą słów.
Gdy się kłócili denerwowało ją wtedy w nim wszystko - począwszy od jego przeprzystojnej twarzy, a skończywszy na jego sposobie mówienia. Podczas sprzeczek zawsze mówił po kantońsku. Jakoś nie potrafił zmusić mózgu do pracy w obcym języku, gdy był zły; a może to była jego metoda okazania złości - mówić do niej nie po angielsku. Dobrze wiedział, że pomimo iż mieszkała w Hong Kongu od tylu lat to ciągle nie potrafiła nauczyć się kantońskiego - nigdy nie wyszła poza proste zwroty i krótkie proste zdania, rozumiała niewiele więcej, choć obelgi akurat miała opanowane dość dobrze. Bastian potrafił być paskudny, gdy był zły, a wyprowadzić go z równowagi aż tak trudno nie było, jakby się komuś mniej go znającemu mogło wydawać.
Wszyscy naokoło powtarzali, że byli cudowną parą. Wszyscy naokoło dziwili się, jak ludzie z tak różnych kultur, mogli żyć tak zgodnie. Fakt - było im razem dobrze, a kultury im w niczym nie przeszkadzały, przeciwnie, ona wręcz chłonęła całą jego chińskość, poddając się bez najmniejszego sprzeciwu wszystkim jego poleceniom i naukom w tej kwestii. Do tego nigdy nie kłócili się przy innych - i to właściwie wystarczyło, by uchodzili za parę idealną.
Jej matka nigdy nie zrozumiała, dlaczego jej córka zgodziła się wyjść za Chińczyka i do tego jeszcze przeprowadziła się do niego do Hong Kongu. Skoro już musiała być z tym swoim skośnookim, to mogła go chociaż ściągnąć do Londynu. Ale Babsi uparła się, że pojedzie do niego. Tak właściwie to matki nie martwiło, bo była przekonana, że długo ten związek nie wytrzyma. Im dłużej byli razem i im bardziej było widać, że są szczęśliwi, tym bardziej nie lubiła Bastiana. Babsi o tym wiedziała i uważała, że to dobrze, iż zdecydowała się wyprowadzić do Hong Kongu do niego - z dala od wiecznie marudzącej matki, której zięć ani trochę nie odpowiadał.
Nigdy też do nich nie przyleciała. Nie chciała. Z góry zakładała, że się jej nie spodoba, że będzie za gorąco, za tłoczno i że Chińczycy będą na nią patrzeć z niechęcią, bo jest brytyjskim najeźdźcą. Babsi szybko się poddała i przestała matkę zapraszać, a Bastianowi spadł kamień z serca, bo groźba odwiedzin wiedźmy minęła. Zawsze starał się być grzeczny w stosunku do teściowej, ale czasami kosztowało go wiele wysiłku, by nie powiedzieć jej, żeby się od nich odczepiła i nie wtrącała w nie swoje sprawy; a matka Babsi zawsze wiedziała wszystko najlepiej - dosłownie na wszystkie tematy miała swoją opinię i uważała ją za jedynie słuszną, co doprowadzało Bastiana do szału, szczególnie gdy mówiła o Hong Kongu, w którym nigdy nie była i nie miała zamiaru być.
Zawsze się jednak kłócili tak, by Babsi tego nie widziała, więc najgorsze starcia ją ominęły.
Teraz jednak musiała stawić czoło gorszemu problemowi, niż kłótnie z matką o męża i mężem o matkę.
Wiedziała, że intruz chciał, by zadzwoniła do domu i powiedziała matce, że nie przyjeżdżają, jak było zaplanowane. Chciała przemycić jakąś wiadomość, ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Mężczyzna będzie prawdopodobnie stał nad jej głową i słuchał tego, co mówi, czujny, by móc je rozłączyć jak tylko Babsi powie coś, co mu się nie spodoba. Musiała to więc zrobić tak, by on się nie zorientował, a równocześnie matka zrozumiała jasno. Nie wiedziała, czy matka w ogóle byłaby w stanie jej pomóc z drugiego końca świata, ale na razie nie mogła oczekiwać pomocy znikąd. Zupełnie znikąd.
Była głodna, ale postanowiła, że nie tknie śniadania.
Mężczyzna wszedł do pokoju z wazonikiem w ręku, w którym była czerwona róża. Postawił go na stole, przy talerzu Babsi i usiadł, patrząc na kobietę.
Czerwone róże są tandetne i oklepane - powiedziała agresywnie, zastanawiając się równocześnie, skąd wziął kwiat. Musiał wyjść z domu, bo w mieszkaniu nie mieli żadnych roślin.
Czerwone róże są romantyczne - odparł spokojnie.
Tandetne i oklepane. Każdy frajer daje swojej frajerzycy czerwone róże. Taki standard, zamiast się wysilić i daj jej coś do niej pasującego.
Wstał, chwycił wazonik, otworzył okno i wyrzucił wazonik na zewnątrz.
Zwariowałeś?? - wstała. - A jeśli spadnie komuś na głowę?
Martwisz się tak o obcych, a ani trochę o mnie.
Ty jesteś gorzej niż obcy. Ty jesteś wielki nikt.
Westchnął ciężko i wrócił na swoje miejsce.
Jak zjesz to zadzwonisz do matki - powiedział, jak gdyby nigdy nic.
Jeszcze do ciebie nie dotarło? Nie zjem tego.
Zjesz - przeciągnął się, uśmiechając.
Zastanawiała się, czy to jej rosnąca paranoja, czy rzeczywiście była w jego głosie nuta groźby.
No to mnie zmuś - odparła.
Popatrzył na nią, potem wstał i się do niej zbliżył. Zaczęła żałować swojego uporu, choć jeszcze nie wiedziała, co chciał zrobić.
A on usiadł obok niej, przysunął talerz, chwycił ją mocno za włosy i odchylił jej głowę.
Zrobimy tak - zaczął - albo zjesz, albo wepchnę ci to do gardła. Jeśli opcja druga, to albo będziesz połykać, albo się udusisz, bo ja nie przestanę wkładać ci kolejnych porcji do ust. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy to zadziała, to zapewniam cię, że tak. Wypróbowano tego na mnie. Wiem, jak to jest, gdy się opiera, a ja miałem większą motywację, bo to, czym karmiono mnie było... delikatnie mówiąc, niejadalne. I zjadłem co do ostatniego kawałka. Jakieś pytania?
Dlaczego robisz mi taką samą krzywdę, jaką robiono tobie? - zapytała cicho.
Puścił jej włosy. Patrzył na nią przez długi moment, aż w końcu powiedział:
Zadzwoń do matki i powiedz jej, że nie przyjedziemy.
Babsi zaczęła rozumieć, że wiele przeszedł i znęcanie się, jakiego wycierpiał, może być jej ratunkiem... Jeśli nie wyjściem z całej sytuacji, to przynajmniej oszczędzi jej najgorszych tortur.
Posłusznie podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Wykręciła numer i czekała na połączenie.
Intruz nie wstał. Ciągle siedział na sofie. Zdążyłaby powiedzieć matce: 'ratuj mnie', albo 'zadzwoń na policję', zanim by dobiegł do niej i je rozłączył... ale jaka byłaby jego kara?
Nikt nie odbierał. Rozłączyła się.
Chyba wyszła.
Zadzwonisz później.
Dlaczego nie sprawdził, czy nie kłamała? Mogła przecież go oszukać, licząc na to, że zaalarmowana matka coś zrobi.
Skąd wiesz, że specjalnie nie wybrałam złego numeru i nie skłamałam, że nikt nie odbiera? - zapytała, po czym natychmiast tego pożałowała.
Ufam ci - odparł.
Zastanawiała się, czy to prawda, czy może coś ukrywał, czy po prostu głupio mu było przyznać się, że nie pomyślał, iż mogłaby go oszukać.
Jej wzrok padł na małą szkatułkę koło telefonu. Tu - i tylko tu - było jej miejsce. Bastian potrafił być niezwykle irytujący, jeśli chodziło o takie drobiazgi, jak odstawianie przedmiotów na ich miejsca.
Uchodził on za prawdziwego dżentelmena i w zasadzie nim był, ale nie był aż tak idealny, jak inni sądzili. Czasami trudno było z tym uparciuchem wytrzymać. Był perfekcjonistą do przesady i bardzo szybko nauczyła się nie pytać go o opinie jej tłumaczeń, bo on zawsze miał tysiące uwag, które tak naprawdę nie musiały mieć żadnego znaczenia i były po prostu jego osobistym punktem widzenia. A czepiał się prawie wszystkiego - w końcu był nauczycielem.
Czasami miała go dość. Nie mogła wtedy na niego patrzeć. Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała nawet spać z nim w jednym łóżku, lądowała więc na kocu w kuchni.
Ale teraz potrzebowała go desperacko, jak powietrza. Dusiła się bez niego; dusiła strachem. Nawet jeśli w tej chwili czuła przede wszystkim gniew, to jednak gdzieś tam w środku ciągle tliła się panika.
Usiadła z powrotem na sofie.
Czym chcesz mnie torturować dzisiaj? - zapytała beznamiętnie.
Dlaczego torturować? Będziemy normalnie żyć sobie razem.
Aha. A z czego będziemy żyć? Pójdziesz do szkoły i będziesz uczyć angielskiego?
Na to odpowiedzi nie miał.
Pokochasz mnie - powiedział, siadając obok niej. - Zobaczysz. A potem będzie nam wspaniale.
Parsknęła śmiechem.
Zmusisz mnie do miłości?
Popatrzył na nią.
Zrozum coś - zaczął. - Ty powinnaś być moją żoną. To wszystko - zatoczył ręką ruch dookoła pokoju - powinno być moje. Oczywiście, że byłoby nieco inaczej, ale w ten czy inny sposób, to powinno być moje. Nie jego, a moje. On powinien toczyć moje życie, a ja to. Z tobą. Ciebie jest łatwo kochać.
A ciebie jest łatwo nienawidzić.
Poczekam. Jestem cierpliwy.
Nie doczekasz się. Bez względu na to, na co właściwie czekasz, nie będziesz tego miał. Poślubiłam Bastiana i jego żoną jestem, bez względu na to, co tobie się wydaje i co sobie ubzdurałeś. Jasne?
Lubisz komplikować sprawy, prawda?
Nic nie odpowiedziała, zmrużyła jedynie nienawistnie oczy.
Zadzwoń do matki - powiedział, ruchem głowy wskazując aparat telefoniczny.
Wstała. Przez to całe gadanie ciągle nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby przekazać matce wiadomość, nie miała kiedy ułożyć jakiś plan.
Z bijącym sercem podeszła do telefonu. Czuła się niezwykle stremowana...
Spotkanie jego rodziców to było coś, czego bała się straszliwie. Nie wiedziała, jak zareagują na białą dziewczynę swojego syna i niepokoiło ją to. Sama najlepiej wiedziała, jakie miała przeboje z matką. Bała się, że dla niego opinia rodziny może być ważniejsza od niej; Chińczycy byli tradycjonalistami - przynajmniej on i jego rodzina, tyle już wiedziała.
Została przyjęta ciepło i bez zdziwionych spojrzeń, uznała więc, że uprzedził rodziców, by nie spodziewali się Chinki.
Została nakarmiona congee, w którym natychmiast się zakochała, potem jakimiś pierożkami; wszystko szalenie jej smakowało, o czym nie omieszkała poinformować mamy Bastiana.
Po kolacji poszli na dach. Tylko oni dwoje. Usiedli w mroku i gapili się na panoramę Hong Kongu - magię świateł w oddali; wtedy jeszcze nie wiedziała, że to było Kowloon. Przytuliła się do niego; miło było czuć jego zapach: resztki wody kolońskiej, pomieszane z odrobiną potu, zapachem potraw z kuchni i wszystkich zapachów ulic miasta.
Nachylił się lekko i ją pocałował. Odkleili się od siebie na chwilę, by pocałować się znowu, jeszcze namiętniej. Czuła jego język, błądzący po jej zębach, walczący z jej językiem, oszołomiona jego bliskością, zapachem, dotykiem. Nie protestowała, gdy wsunął ręce pod jej bluzkę, nie protestowała, gdy ją powoli zdjął, nie protestowała też, gdy nachylił się nad nią i położył ją na plecach.
Na początku było jej nieswojo, bo bała się, że któreś z jego rodziców wejdzie na dach, ale szybko zatraciła się we wściekłym pożądaniu.
Kochali się namiętnie, cicho, na gorącym dachu, wśród zapachów i dźwięków Hong Kongu. Pierwszy raz. Wtedy jeszcze nie rozumiała chińskiej mentalności, wtedy jeszcze nie wiedziała, że z jego strony jest to równoznaczne z wyznaniem miłości; kochał się z nią, bo myślał o niej bardzo poważnie. To były prawie ich zaręczyny.
Musiała improwizować. Nie ułożyła planu, więc musiała improwizować.
Wykręciła numer. Sygnał był wolny, a po chwili usłyszała znajomy głos w słuchawce.
Cześć mamo - powiedziała.
To ty? Jeszcze jesteś tam? Powinnaś być w drodze. Czy on tu leci sam?
Nie mamo. Nie... nie wylecieliśmy jeszcze...
Intruz stanął tuż za nią i objął ją rękami. Zapewne miał to być pieszczotliwy ruch, ale wiedziała, że chciał też po prostu mieć kontrolę nad rozmową.
Ach, czyli jeszcze tam jesteście.
Mamo...
W sumie to dobrze. Chcę cię o coś prosić.
Mamo...
Możecie odłożyć tę wizytę? Przełożyć na koniec sierpnia? Bo mam jedyną w swoim rodzaju okazję, żeby pojechać do Francji z moją wieloletnią przyjaciółką.
Mamooo... - Babsi nie rozumiała, dlaczego matka mówi o 'wieloletniej przyjaciółce', zamiast po prostu podać imię. Czyżby był to wykręt?
Wybacz, że tak głupio to wychodzi, ale wy możecie przyjechać zawsze, a taki wyjazd... Sama rozumiesz.
Tak, mamo.
To ładnie z waszej strony. Mam nadzieję, że nie ma tam u was żadnej zarazy teraz, ciągle w tej Azji jakieś choroby...
Tylko w domu mam zarazę - Babsi poczuła, że to jest szansa na przekazanie jej informacji.
Weź witaminki i się nie daj.
Raczej potrzebna mi konkretna pomoc, mamo... Mogłabyś...
Słoneczko, nie wyręczaj się mną. Sama zadbaj o swojego Chińczyka, mnie nie wołaj na pomoc.
Mamo! Czy mogę...
Córeczko, muszę już iść. Zadzwoń za jakiś czas znowu.
Rozłączyła się.
Babsi z niedowierzaniem patrzyła na słuchawkę w jej ręku. Jakby przedmiot zamienił się nagle w dziwnego stwora, który przemówił. W końcu intruz wyjął słuchawkę z jej dłoni i odłożył na widełki.
Odwróciła się do niego i popatrzyła mu w oczy. Wiedziała, że już nie ma szans, żadnej szansy na jakąkolwiek pomoc. Matka pozbyła się wizji odwiedzin zięcia i, jak zwykle zresztą, nie dopuściła jej do głosu.
Mogę ci zadać jedno pytanie?
Możesz nawet dwa - uśmiechnął się i znowu wyglądał zupełnie jak Bastian.
Czy mnie zabijesz?
Nie chcę cię zabijać. Chcę z tobą żyć i tworzyć szczęśliwą rodzinę.
Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to niemożliwe?
To będzie trudne, ale czy niemożliwe? To zależy od nas.
Na moją współpracę nie licz.
Dlaczego?
Czy zabiłeś Bastiana??
Uśmiechnął się zamiast odpowiedzi.
Daj mi spokój - poprosiła cicho.
Była zrezygnowana i coraz bardziej przerażona.
Hałas u drzwi sprawił, że intruz ją puścił. Poszedł do wyjścia, sprawdzić, co się tam działo. Ona powoli poszła za nim.
Usłyszeli odsuwaną kratę drzwiową, a potem same drzwi się otworzyły.
Stał w nich Bastian. Był brudny, wyglądał na wycieńczonego, miał pokrwawione ręce i chyba nogi - świadczyły o tym czerwone i brunatne plamy na spodniach.
Co robisz w moim domu? - warknął na intruza po kantońsku.
Ale odpowiedzi Babsi już nie zrozumiała.
Bastian ruszył w kierunku mężczyzny, wyglądało to, jakby chciał się na niego rzucić, ale w połowie drogi zrezygnował - wyraźnie cierpiał i ból nie pozwolił mu na dokończenie jego 'ataku'.
Babsi podbiegła do niego, pomagając mu usiąść na podłodze, a potem popatrzyła na intruza.
Co mu zrobiłeś? - warknęła.
Miał umrzeć - odparł ten, nachylając się do nich.
Nagle Bastian zerwał się i rzucił na obcego. Doszło do krótkiej szamotaniny, w której przewagę miał intruz - był wypoczęty, a i chyba lepiej wysportowany. Udało się jednak Bastianowi wepchnąć go do kuchni i zamknąć drzwi. Sam osunął się na podłogę, dysząc ciężko. Żona natychmiast do niego podbiegła.
Kim on jest? - zapytała.
Właśnie. Kim jestem? Odpowiedz żonce - powiedział głos zza drzwi po angielsku.
Nikim - mruknął Bastian.
Kim??!! - Babsi szarpnęła koszulą Bastiana.
Skrzywił się; sprawiła mu ból, ale była zbyt wściekła, by mu współczuć.
Nikim - padła jeszcze cichsza odpowiedź.
Bastian!!!!!!!! - szarpnęła nim ponownie, a potem przytuliła się, nie zważając na to, że mogła się zaplamić krwią z jego ubrania... a raczej strzępów jego ubrania.
Nawet się do mnie nie przyznasz - powiedział z żalem głos za drzwiami. - To ty mnie skrzywdziłeś, nie ja ciebie. A teraz nawet się nie przyznasz.
Milcz!! - huknął Bastian.
Nie chcę milczeć. Powiedz jej, kim jestem. Powiedz! Twoja własna żona nie wiem, że masz brata!!
Brata?? - Babsi uniosła głowę i popatrzyła na męża.
Mieliśmy po siedemnaście lat - powiedział intruz. - On był grzeczny i kochany synek, a ja podlec i rozrabiaka. On był ten dobry bliźniak, a ja ten zły.
Dalej jesteś zły. To nie jego wina, że jesteś zły!! - powiedziała gniewnie Babsi.
Pewnie że nie. Tylko że jak w końcu to on zrobił coś złego, to wszyscy myśleli, że to ja!! - ostatnie słowo zostało wykrzyczane.
Babsi popatrzyła na Bastiana. Siedział ze spuszczoną głową, patrząc na czubki swoich butów.
Byliśmy na zabawie. Było zabawnie, bzykaliśmy panienki i było tak, jak powinno być. Dwóch smarkaczy dobrze się bawiło. A potem wracaliśmy do domu. I zaczepił nas jakiś zafajdany menel. Trochę byliśmy pijani, więc wdaliśmy się w bójkę. Twój idealny mąż zepchnął go ze skarpy prosto w jakieś rumowisko na nabrzeżu. A potem stał i śmiał się głośno nad trupem.
Byłem pijany - szepnął Bastian.
Byłeś. Ja też byłem. Zresztą, to chyba nawet był wypadek. Albo głupota.
Byłem pijany...
A potem przyszła policja i mnie zgarnęli. Chciałem im powiedzieć, że to nie ja, że to on zabił faceta, że to on zepchnął go, ale nikt mi nie wierzył. Kto by uwierzył łobuzowi, który zwala winę na swego grzecznego brata?
Babsi zobaczyła ciężką łzę toczącą się po policzku Bastiana.
Poszli też i do dobrego brata - kontynuował za drzwiami intruz. - Zapytali, czy to prawda, co mówił zły. A dobry brat powiedział, że nikogo nie zabił. Powiedział, że to zły brat. Skłamał!! - krzyknął mężczyzna.
Sądząc z poziomu, z którego dochodził głos, on też siedział na podłodze, opierając się plecami o drzwi.
Bałem się - powiedział Bastian. - Bałem się więzienia.
Ale nie bałeś się posłać do więzienia mnie! Zamknęli mnie. Dostałem wyrok jak za morderstwo z premedytacją, bo 'nie chciałem się przyznać'. A ty skończyłeś szkołę, poznałeś piękną dziewczynę, ożeniłeś się i będziesz miał dziecko.
Przepraszam... - Bastian schował twarz w rękach.
A to ty powinieneś siedzieć w więzieniu, nie ja. To ja powinienem skończyć szkołę, mieć piękną żonę i dzieci. To ty powinieneś był być gwałcony codziennie, bo masz ładną buzie, to ciebie powinni szprycować, żebyś robił takie rzeczy, na samą myśl robi się niedobrze... To ty powinieneś przejść przez ten koszmar, nie ja!!
Bastian odchylił głowę, opierając ją o drzwi za nim. Łykał łzy.
Babsi nie wiedziała, co myśleć. Jej mąż zabił człowieka. Jej mąż nie przyznał się i skazał własnego brata na więzienie.
I nawet nie miałeś tyle przyzwoitości, by powiedzieć swojej żonie o tym, że masz brata bliźniaka. Powinieneś był umrzeć w tej piwnicy. Zamknąłem cię tam, byś pocierpiał, zanim umrzesz... Ale ty znowu wszystko zepsułeś, wydostałeś się i przylazłeś tutaj, by znowu zabrać to, co mi się należy.
Jak masz na imię - nieoczekiwanie zapytała Babsi.
Bernard. Ale on mówi na mnie Bambi. To taki jelonek z bajki.
Bambi... przeszedłeś koszmar... ale... ale musisz się leczyć - powiedziała cicho Babsi. - Nie możesz po prostu wziąć życia Bastiana.
Zaczęła rozumieć o co w tym chodziło, wreszcie zaczęła rozumieć, czego chciał ten mężczyzna.
Nigdzie mnie nie zamkniecie!! - hałas po drugiej stronie drzwi świadczył o tym, że Bernard zerwał się z miejsca.
Bambi, nie można tak po prostu zabrać czyjegoś życia. Musisz odbudować swoje na nowo...
A kto mi odda lata, które straciłem??
Nikt, ale...
Milcz!!!
Bastian powoli wstał. Otworzył drzwi do kuchni i stanął oko w oko z bratem.
Co chcesz ode mnie usłyszeć? - zapytał po chwili.
Nic od ciebie nie chcę. Chcę tylko jej.
Jej nie dostaniesz. Ona nie jest przedmiotem, który możesz sobie wziąć.
Pokocha mnie, bo jestem lepszy od ciebie. Myślisz, że będzie chciała żyć z tobą, wiedząc, że jesteś mordercą?
Patrzyli na siebie obaj w milczeniu. W końcu Bernard odwrócił się i wszedł głębiej do kuchni. Babsi podeszła do Bastiana i przytuliła się do niego. Czuła się dobrze i bezpiecznie w jego objęciach.
Musimy mu pomóc. On potrzebuje psychiatry - szepnęła cicho.
Jeśli ja jej nie będę miał, to ty też nie. Nie zasługujesz na nią - powiedział ostro Bernard, stając tuż za Babsi.
Kobieta uniosła głowę, jakby chciała coś powiedzieć, a potem nagle zrobiła się ciężka. Osunęła się na podłogę i dopiero jak na nią upadła Bastian zrozumiał, co się stało. Popatrzył rozszerzonymi oczami na brata.
Dlaczego nie zabijesz mnie? Dlaczego ona??
Bo to boli cię bardziej niż twoja własna śmierć. Ona i wasze dziecko.
Kałuża krwi rozlewała się na podłodze.
Wyjmij nóż z jej rany - powiedział Bernard.
Bastian chwycił za rękojeść na plecach Babsi i odruchowo wyjął nóż z rany. Babsi westchnęła ciężko, a krew, zalewająca jej przebite płuca wydostała się przez gardło z jej ust.
Bernard nachylił się nad przerażonym Bastianem.
Teraz ty pójdziesz siedzieć za morderstwo żony. Znęcałeś się nad nią przez ostatnie dni, aż w końcu dziś ją zabiłeś.
Bastian patrzył na niego rozszerzonymi oczami.
Jesteśmy kwita, braciszku - Bernard ruszył do wyjścia spokojnym krokiem. - Szkoda jej trochę, bo to była miła dziewczyna, ale skoro nie chciałeś mi jej oddać, to ja tobie oddaję moją celę.
Dlaczego? Dlaczego ona? - Bastian wyszeptał cicho.
Bernard albo go już nie usłyszał, albo nie chciał odpowiadać. Wyszedł z mieszkania.
Bastian przytulił do piersi żonę i zapłakał...
Wszyscy naokoło powtarzali, że byli cudowną parą. Wszyscy naokoło dziwili się, jak ludzie z tak różnych kultur, mogli żyć tak zgodnie. Fakt - było im razem dobrze, a kultury im w niczym nie przeszkadzały, przeciwnie, ona wręcz chłonęła całą jego chińskość, poddając się bez najmniejszego sprzeciwu wszystkim jego poleceniom i naukom w tej kwestii. Do tego nigdy nie kłócili się przy innych - i to właściwie wystarczyło, by uchodzili za parę idealną.
Jej matka nigdy nie zrozumiała, dlaczego jej córka zgodziła się wyjść za Chińczyka i do tego jeszcze przeprowadziła się do niego do Hong Kongu. Skoro już musiała być z tym swoim skośnookim, to mogła go chociaż ściągnąć do Londynu. Ale Babsi uparła się, że pojedzie do niego. Tak właściwie to matki nie martwiło, bo była przekonana, że długo ten związek nie wytrzyma. Im dłużej byli razem i im bardziej było widać, że są szczęśliwi, tym bardziej nie lubiła Bastiana. Babsi o tym wiedziała i uważała, że to dobrze, iż zdecydowała się wyprowadzić do Hong Kongu do niego - z dala od wiecznie marudzącej matki, której zięć ani trochę nie odpowiadał.
Nigdy też do nich nie przyleciała. Nie chciała. Z góry zakładała, że się jej nie spodoba, że będzie za gorąco, za tłoczno i że Chińczycy będą na nią patrzeć z niechęcią, bo jest brytyjskim najeźdźcą. Babsi szybko się poddała i przestała matkę zapraszać, a Bastianowi spadł kamień z serca, bo groźba odwiedzin wiedźmy minęła. Zawsze starał się być grzeczny w stosunku do teściowej, ale czasami kosztowało go wiele wysiłku, by nie powiedzieć jej, żeby się od nich odczepiła i nie wtrącała w nie swoje sprawy; a matka Babsi zawsze wiedziała wszystko najlepiej - dosłownie na wszystkie tematy miała swoją opinię i uważała ją za jedynie słuszną, co doprowadzało Bastiana do szału, szczególnie gdy mówiła o Hong Kongu, w którym nigdy nie była i nie miała zamiaru być.
Zawsze się jednak kłócili tak, by Babsi tego nie widziała, więc najgorsze starcia ją ominęły.
Teraz jednak musiała stawić czoło gorszemu problemowi, niż kłótnie z matką o męża i mężem o matkę.
Wiedziała, że intruz chciał, by zadzwoniła do domu i powiedziała matce, że nie przyjeżdżają, jak było zaplanowane. Chciała przemycić jakąś wiadomość, ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Mężczyzna będzie prawdopodobnie stał nad jej głową i słuchał tego, co mówi, czujny, by móc je rozłączyć jak tylko Babsi powie coś, co mu się nie spodoba. Musiała to więc zrobić tak, by on się nie zorientował, a równocześnie matka zrozumiała jasno. Nie wiedziała, czy matka w ogóle byłaby w stanie jej pomóc z drugiego końca świata, ale na razie nie mogła oczekiwać pomocy znikąd. Zupełnie znikąd.
Była głodna, ale postanowiła, że nie tknie śniadania.
Mężczyzna wszedł do pokoju z wazonikiem w ręku, w którym była czerwona róża. Postawił go na stole, przy talerzu Babsi i usiadł, patrząc na kobietę.
Czerwone róże są tandetne i oklepane - powiedziała agresywnie, zastanawiając się równocześnie, skąd wziął kwiat. Musiał wyjść z domu, bo w mieszkaniu nie mieli żadnych roślin.
Czerwone róże są romantyczne - odparł spokojnie.
Tandetne i oklepane. Każdy frajer daje swojej frajerzycy czerwone róże. Taki standard, zamiast się wysilić i daj jej coś do niej pasującego.
Wstał, chwycił wazonik, otworzył okno i wyrzucił wazonik na zewnątrz.
Zwariowałeś?? - wstała. - A jeśli spadnie komuś na głowę?
Martwisz się tak o obcych, a ani trochę o mnie.
Ty jesteś gorzej niż obcy. Ty jesteś wielki nikt.
Westchnął ciężko i wrócił na swoje miejsce.
Jak zjesz to zadzwonisz do matki - powiedział, jak gdyby nigdy nic.
Jeszcze do ciebie nie dotarło? Nie zjem tego.
Zjesz - przeciągnął się, uśmiechając.
Zastanawiała się, czy to jej rosnąca paranoja, czy rzeczywiście była w jego głosie nuta groźby.
No to mnie zmuś - odparła.
Popatrzył na nią, potem wstał i się do niej zbliżył. Zaczęła żałować swojego uporu, choć jeszcze nie wiedziała, co chciał zrobić.
A on usiadł obok niej, przysunął talerz, chwycił ją mocno za włosy i odchylił jej głowę.
Zrobimy tak - zaczął - albo zjesz, albo wepchnę ci to do gardła. Jeśli opcja druga, to albo będziesz połykać, albo się udusisz, bo ja nie przestanę wkładać ci kolejnych porcji do ust. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy to zadziała, to zapewniam cię, że tak. Wypróbowano tego na mnie. Wiem, jak to jest, gdy się opiera, a ja miałem większą motywację, bo to, czym karmiono mnie było... delikatnie mówiąc, niejadalne. I zjadłem co do ostatniego kawałka. Jakieś pytania?
Dlaczego robisz mi taką samą krzywdę, jaką robiono tobie? - zapytała cicho.
Puścił jej włosy. Patrzył na nią przez długi moment, aż w końcu powiedział:
Zadzwoń do matki i powiedz jej, że nie przyjedziemy.
Babsi zaczęła rozumieć, że wiele przeszedł i znęcanie się, jakiego wycierpiał, może być jej ratunkiem... Jeśli nie wyjściem z całej sytuacji, to przynajmniej oszczędzi jej najgorszych tortur.
Posłusznie podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Wykręciła numer i czekała na połączenie.
Intruz nie wstał. Ciągle siedział na sofie. Zdążyłaby powiedzieć matce: 'ratuj mnie', albo 'zadzwoń na policję', zanim by dobiegł do niej i je rozłączył... ale jaka byłaby jego kara?
Nikt nie odbierał. Rozłączyła się.
Chyba wyszła.
Zadzwonisz później.
Dlaczego nie sprawdził, czy nie kłamała? Mogła przecież go oszukać, licząc na to, że zaalarmowana matka coś zrobi.
Skąd wiesz, że specjalnie nie wybrałam złego numeru i nie skłamałam, że nikt nie odbiera? - zapytała, po czym natychmiast tego pożałowała.
Ufam ci - odparł.
Zastanawiała się, czy to prawda, czy może coś ukrywał, czy po prostu głupio mu było przyznać się, że nie pomyślał, iż mogłaby go oszukać.
Jej wzrok padł na małą szkatułkę koło telefonu. Tu - i tylko tu - było jej miejsce. Bastian potrafił być niezwykle irytujący, jeśli chodziło o takie drobiazgi, jak odstawianie przedmiotów na ich miejsca.
Uchodził on za prawdziwego dżentelmena i w zasadzie nim był, ale nie był aż tak idealny, jak inni sądzili. Czasami trudno było z tym uparciuchem wytrzymać. Był perfekcjonistą do przesady i bardzo szybko nauczyła się nie pytać go o opinie jej tłumaczeń, bo on zawsze miał tysiące uwag, które tak naprawdę nie musiały mieć żadnego znaczenia i były po prostu jego osobistym punktem widzenia. A czepiał się prawie wszystkiego - w końcu był nauczycielem.
Czasami miała go dość. Nie mogła wtedy na niego patrzeć. Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała nawet spać z nim w jednym łóżku, lądowała więc na kocu w kuchni.
Ale teraz potrzebowała go desperacko, jak powietrza. Dusiła się bez niego; dusiła strachem. Nawet jeśli w tej chwili czuła przede wszystkim gniew, to jednak gdzieś tam w środku ciągle tliła się panika.
Usiadła z powrotem na sofie.
Czym chcesz mnie torturować dzisiaj? - zapytała beznamiętnie.
Dlaczego torturować? Będziemy normalnie żyć sobie razem.
Aha. A z czego będziemy żyć? Pójdziesz do szkoły i będziesz uczyć angielskiego?
Na to odpowiedzi nie miał.
Pokochasz mnie - powiedział, siadając obok niej. - Zobaczysz. A potem będzie nam wspaniale.
Parsknęła śmiechem.
Zmusisz mnie do miłości?
Popatrzył na nią.
Zrozum coś - zaczął. - Ty powinnaś być moją żoną. To wszystko - zatoczył ręką ruch dookoła pokoju - powinno być moje. Oczywiście, że byłoby nieco inaczej, ale w ten czy inny sposób, to powinno być moje. Nie jego, a moje. On powinien toczyć moje życie, a ja to. Z tobą. Ciebie jest łatwo kochać.
A ciebie jest łatwo nienawidzić.
Poczekam. Jestem cierpliwy.
Nie doczekasz się. Bez względu na to, na co właściwie czekasz, nie będziesz tego miał. Poślubiłam Bastiana i jego żoną jestem, bez względu na to, co tobie się wydaje i co sobie ubzdurałeś. Jasne?
Lubisz komplikować sprawy, prawda?
Nic nie odpowiedziała, zmrużyła jedynie nienawistnie oczy.
Zadzwoń do matki - powiedział, ruchem głowy wskazując aparat telefoniczny.
Wstała. Przez to całe gadanie ciągle nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby przekazać matce wiadomość, nie miała kiedy ułożyć jakiś plan.
Z bijącym sercem podeszła do telefonu. Czuła się niezwykle stremowana...
Spotkanie jego rodziców to było coś, czego bała się straszliwie. Nie wiedziała, jak zareagują na białą dziewczynę swojego syna i niepokoiło ją to. Sama najlepiej wiedziała, jakie miała przeboje z matką. Bała się, że dla niego opinia rodziny może być ważniejsza od niej; Chińczycy byli tradycjonalistami - przynajmniej on i jego rodzina, tyle już wiedziała.
Została przyjęta ciepło i bez zdziwionych spojrzeń, uznała więc, że uprzedził rodziców, by nie spodziewali się Chinki.
Została nakarmiona congee, w którym natychmiast się zakochała, potem jakimiś pierożkami; wszystko szalenie jej smakowało, o czym nie omieszkała poinformować mamy Bastiana.
Po kolacji poszli na dach. Tylko oni dwoje. Usiedli w mroku i gapili się na panoramę Hong Kongu - magię świateł w oddali; wtedy jeszcze nie wiedziała, że to było Kowloon. Przytuliła się do niego; miło było czuć jego zapach: resztki wody kolońskiej, pomieszane z odrobiną potu, zapachem potraw z kuchni i wszystkich zapachów ulic miasta.
Nachylił się lekko i ją pocałował. Odkleili się od siebie na chwilę, by pocałować się znowu, jeszcze namiętniej. Czuła jego język, błądzący po jej zębach, walczący z jej językiem, oszołomiona jego bliskością, zapachem, dotykiem. Nie protestowała, gdy wsunął ręce pod jej bluzkę, nie protestowała, gdy ją powoli zdjął, nie protestowała też, gdy nachylił się nad nią i położył ją na plecach.
Na początku było jej nieswojo, bo bała się, że któreś z jego rodziców wejdzie na dach, ale szybko zatraciła się we wściekłym pożądaniu.
Kochali się namiętnie, cicho, na gorącym dachu, wśród zapachów i dźwięków Hong Kongu. Pierwszy raz. Wtedy jeszcze nie rozumiała chińskiej mentalności, wtedy jeszcze nie wiedziała, że z jego strony jest to równoznaczne z wyznaniem miłości; kochał się z nią, bo myślał o niej bardzo poważnie. To były prawie ich zaręczyny.
Musiała improwizować. Nie ułożyła planu, więc musiała improwizować.
Wykręciła numer. Sygnał był wolny, a po chwili usłyszała znajomy głos w słuchawce.
Cześć mamo - powiedziała.
To ty? Jeszcze jesteś tam? Powinnaś być w drodze. Czy on tu leci sam?
Nie mamo. Nie... nie wylecieliśmy jeszcze...
Intruz stanął tuż za nią i objął ją rękami. Zapewne miał to być pieszczotliwy ruch, ale wiedziała, że chciał też po prostu mieć kontrolę nad rozmową.
Ach, czyli jeszcze tam jesteście.
Mamo...
W sumie to dobrze. Chcę cię o coś prosić.
Mamo...
Możecie odłożyć tę wizytę? Przełożyć na koniec sierpnia? Bo mam jedyną w swoim rodzaju okazję, żeby pojechać do Francji z moją wieloletnią przyjaciółką.
Mamooo... - Babsi nie rozumiała, dlaczego matka mówi o 'wieloletniej przyjaciółce', zamiast po prostu podać imię. Czyżby był to wykręt?
Wybacz, że tak głupio to wychodzi, ale wy możecie przyjechać zawsze, a taki wyjazd... Sama rozumiesz.
Tak, mamo.
To ładnie z waszej strony. Mam nadzieję, że nie ma tam u was żadnej zarazy teraz, ciągle w tej Azji jakieś choroby...
Tylko w domu mam zarazę - Babsi poczuła, że to jest szansa na przekazanie jej informacji.
Weź witaminki i się nie daj.
Raczej potrzebna mi konkretna pomoc, mamo... Mogłabyś...
Słoneczko, nie wyręczaj się mną. Sama zadbaj o swojego Chińczyka, mnie nie wołaj na pomoc.
Mamo! Czy mogę...
Córeczko, muszę już iść. Zadzwoń za jakiś czas znowu.
Rozłączyła się.
Babsi z niedowierzaniem patrzyła na słuchawkę w jej ręku. Jakby przedmiot zamienił się nagle w dziwnego stwora, który przemówił. W końcu intruz wyjął słuchawkę z jej dłoni i odłożył na widełki.
Odwróciła się do niego i popatrzyła mu w oczy. Wiedziała, że już nie ma szans, żadnej szansy na jakąkolwiek pomoc. Matka pozbyła się wizji odwiedzin zięcia i, jak zwykle zresztą, nie dopuściła jej do głosu.
Mogę ci zadać jedno pytanie?
Możesz nawet dwa - uśmiechnął się i znowu wyglądał zupełnie jak Bastian.
Czy mnie zabijesz?
Nie chcę cię zabijać. Chcę z tobą żyć i tworzyć szczęśliwą rodzinę.
Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to niemożliwe?
To będzie trudne, ale czy niemożliwe? To zależy od nas.
Na moją współpracę nie licz.
Dlaczego?
Czy zabiłeś Bastiana??
Uśmiechnął się zamiast odpowiedzi.
Daj mi spokój - poprosiła cicho.
Była zrezygnowana i coraz bardziej przerażona.
Hałas u drzwi sprawił, że intruz ją puścił. Poszedł do wyjścia, sprawdzić, co się tam działo. Ona powoli poszła za nim.
Usłyszeli odsuwaną kratę drzwiową, a potem same drzwi się otworzyły.
Stał w nich Bastian. Był brudny, wyglądał na wycieńczonego, miał pokrwawione ręce i chyba nogi - świadczyły o tym czerwone i brunatne plamy na spodniach.
Co robisz w moim domu? - warknął na intruza po kantońsku.
Ale odpowiedzi Babsi już nie zrozumiała.
Bastian ruszył w kierunku mężczyzny, wyglądało to, jakby chciał się na niego rzucić, ale w połowie drogi zrezygnował - wyraźnie cierpiał i ból nie pozwolił mu na dokończenie jego 'ataku'.
Babsi podbiegła do niego, pomagając mu usiąść na podłodze, a potem popatrzyła na intruza.
Co mu zrobiłeś? - warknęła.
Miał umrzeć - odparł ten, nachylając się do nich.
Nagle Bastian zerwał się i rzucił na obcego. Doszło do krótkiej szamotaniny, w której przewagę miał intruz - był wypoczęty, a i chyba lepiej wysportowany. Udało się jednak Bastianowi wepchnąć go do kuchni i zamknąć drzwi. Sam osunął się na podłogę, dysząc ciężko. Żona natychmiast do niego podbiegła.
Kim on jest? - zapytała.
Właśnie. Kim jestem? Odpowiedz żonce - powiedział głos zza drzwi po angielsku.
Nikim - mruknął Bastian.
Kim??!! - Babsi szarpnęła koszulą Bastiana.
Skrzywił się; sprawiła mu ból, ale była zbyt wściekła, by mu współczuć.
Nikim - padła jeszcze cichsza odpowiedź.
Bastian!!!!!!!! - szarpnęła nim ponownie, a potem przytuliła się, nie zważając na to, że mogła się zaplamić krwią z jego ubrania... a raczej strzępów jego ubrania.
Nawet się do mnie nie przyznasz - powiedział z żalem głos za drzwiami. - To ty mnie skrzywdziłeś, nie ja ciebie. A teraz nawet się nie przyznasz.
Milcz!! - huknął Bastian.
Nie chcę milczeć. Powiedz jej, kim jestem. Powiedz! Twoja własna żona nie wiem, że masz brata!!
Brata?? - Babsi uniosła głowę i popatrzyła na męża.
Mieliśmy po siedemnaście lat - powiedział intruz. - On był grzeczny i kochany synek, a ja podlec i rozrabiaka. On był ten dobry bliźniak, a ja ten zły.
Dalej jesteś zły. To nie jego wina, że jesteś zły!! - powiedziała gniewnie Babsi.
Pewnie że nie. Tylko że jak w końcu to on zrobił coś złego, to wszyscy myśleli, że to ja!! - ostatnie słowo zostało wykrzyczane.
Babsi popatrzyła na Bastiana. Siedział ze spuszczoną głową, patrząc na czubki swoich butów.
Byliśmy na zabawie. Było zabawnie, bzykaliśmy panienki i było tak, jak powinno być. Dwóch smarkaczy dobrze się bawiło. A potem wracaliśmy do domu. I zaczepił nas jakiś zafajdany menel. Trochę byliśmy pijani, więc wdaliśmy się w bójkę. Twój idealny mąż zepchnął go ze skarpy prosto w jakieś rumowisko na nabrzeżu. A potem stał i śmiał się głośno nad trupem.
Byłem pijany - szepnął Bastian.
Byłeś. Ja też byłem. Zresztą, to chyba nawet był wypadek. Albo głupota.
Byłem pijany...
A potem przyszła policja i mnie zgarnęli. Chciałem im powiedzieć, że to nie ja, że to on zabił faceta, że to on zepchnął go, ale nikt mi nie wierzył. Kto by uwierzył łobuzowi, który zwala winę na swego grzecznego brata?
Babsi zobaczyła ciężką łzę toczącą się po policzku Bastiana.
Poszli też i do dobrego brata - kontynuował za drzwiami intruz. - Zapytali, czy to prawda, co mówił zły. A dobry brat powiedział, że nikogo nie zabił. Powiedział, że to zły brat. Skłamał!! - krzyknął mężczyzna.
Sądząc z poziomu, z którego dochodził głos, on też siedział na podłodze, opierając się plecami o drzwi.
Bałem się - powiedział Bastian. - Bałem się więzienia.
Ale nie bałeś się posłać do więzienia mnie! Zamknęli mnie. Dostałem wyrok jak za morderstwo z premedytacją, bo 'nie chciałem się przyznać'. A ty skończyłeś szkołę, poznałeś piękną dziewczynę, ożeniłeś się i będziesz miał dziecko.
Przepraszam... - Bastian schował twarz w rękach.
A to ty powinieneś siedzieć w więzieniu, nie ja. To ja powinienem skończyć szkołę, mieć piękną żonę i dzieci. To ty powinieneś był być gwałcony codziennie, bo masz ładną buzie, to ciebie powinni szprycować, żebyś robił takie rzeczy, na samą myśl robi się niedobrze... To ty powinieneś przejść przez ten koszmar, nie ja!!
Bastian odchylił głowę, opierając ją o drzwi za nim. Łykał łzy.
Babsi nie wiedziała, co myśleć. Jej mąż zabił człowieka. Jej mąż nie przyznał się i skazał własnego brata na więzienie.
I nawet nie miałeś tyle przyzwoitości, by powiedzieć swojej żonie o tym, że masz brata bliźniaka. Powinieneś był umrzeć w tej piwnicy. Zamknąłem cię tam, byś pocierpiał, zanim umrzesz... Ale ty znowu wszystko zepsułeś, wydostałeś się i przylazłeś tutaj, by znowu zabrać to, co mi się należy.
Jak masz na imię - nieoczekiwanie zapytała Babsi.
Bernard. Ale on mówi na mnie Bambi. To taki jelonek z bajki.
Bambi... przeszedłeś koszmar... ale... ale musisz się leczyć - powiedziała cicho Babsi. - Nie możesz po prostu wziąć życia Bastiana.
Zaczęła rozumieć o co w tym chodziło, wreszcie zaczęła rozumieć, czego chciał ten mężczyzna.
Nigdzie mnie nie zamkniecie!! - hałas po drugiej stronie drzwi świadczył o tym, że Bernard zerwał się z miejsca.
Bambi, nie można tak po prostu zabrać czyjegoś życia. Musisz odbudować swoje na nowo...
A kto mi odda lata, które straciłem??
Nikt, ale...
Milcz!!!
Bastian powoli wstał. Otworzył drzwi do kuchni i stanął oko w oko z bratem.
Co chcesz ode mnie usłyszeć? - zapytał po chwili.
Nic od ciebie nie chcę. Chcę tylko jej.
Jej nie dostaniesz. Ona nie jest przedmiotem, który możesz sobie wziąć.
Pokocha mnie, bo jestem lepszy od ciebie. Myślisz, że będzie chciała żyć z tobą, wiedząc, że jesteś mordercą?
Patrzyli na siebie obaj w milczeniu. W końcu Bernard odwrócił się i wszedł głębiej do kuchni. Babsi podeszła do Bastiana i przytuliła się do niego. Czuła się dobrze i bezpiecznie w jego objęciach.
Musimy mu pomóc. On potrzebuje psychiatry - szepnęła cicho.
Jeśli ja jej nie będę miał, to ty też nie. Nie zasługujesz na nią - powiedział ostro Bernard, stając tuż za Babsi.
Kobieta uniosła głowę, jakby chciała coś powiedzieć, a potem nagle zrobiła się ciężka. Osunęła się na podłogę i dopiero jak na nią upadła Bastian zrozumiał, co się stało. Popatrzył rozszerzonymi oczami na brata.
Dlaczego nie zabijesz mnie? Dlaczego ona??
Bo to boli cię bardziej niż twoja własna śmierć. Ona i wasze dziecko.
Kałuża krwi rozlewała się na podłodze.
Wyjmij nóż z jej rany - powiedział Bernard.
Bastian chwycił za rękojeść na plecach Babsi i odruchowo wyjął nóż z rany. Babsi westchnęła ciężko, a krew, zalewająca jej przebite płuca wydostała się przez gardło z jej ust.
Bernard nachylił się nad przerażonym Bastianem.
Teraz ty pójdziesz siedzieć za morderstwo żony. Znęcałeś się nad nią przez ostatnie dni, aż w końcu dziś ją zabiłeś.
Bastian patrzył na niego rozszerzonymi oczami.
Jesteśmy kwita, braciszku - Bernard ruszył do wyjścia spokojnym krokiem. - Szkoda jej trochę, bo to była miła dziewczyna, ale skoro nie chciałeś mi jej oddać, to ja tobie oddaję moją celę.
Dlaczego? Dlaczego ona? - Bastian wyszeptał cicho.
Bernard albo go już nie usłyszał, albo nie chciał odpowiadać. Wyszedł z mieszkania.
Bastian przytulił do piersi żonę i zapłakał...
Subskrybuj:
Posty (Atom)