2006/02/26

A włosy?? Chyba ci ich nie obciął - zaśmiała się.
Pomyślałem, że na gorące lato będzie tak wygodniej - przysunął ręką po głowie.
No w sumie racja? - uśmiechnęła się. - Ale jesteś teraz mniej piękny.
Ja zawsze jestem piękny - powiedział, podkreślając słowo "zawsze".
Podszedł do niej i ją pocałował.
Smakował jakoś inaczej, słodko.
Co jadłeś? - zażartowała.
Zupę cebulową - odparł, patrząc na nią nieco zdziwiony. - A co? Przecież sama mi dałaś.
No tak. Nawet sama gotowałam.
Znowu ją pocałował.
Chcesz przejrzeć listę, zanim zaczniemy się pakować? - zapytała, gdy się od siebie odkleili.
Dziś chcesz się pakować? - spytał.
No nie?
Prawdę mówiąc nie chce mi się. Zmęczony jestem - westchnął.
Rozumiem - postanowiła nie zawracać mu już niczym więcej głowy. - Ale i tak ty robisz kolację.
Popatrzył na nią zdziwiony.
Ja?
No a kto? Chcesz, żebym ja znowu gotowała? A jak nas potruję?
Zupka była pyszna.
Wypadek przy pracy.
Może masz dobry dzień na gotowanie.
Nigdy nie wykręcał się od pichcenia, bo naprawdę to lubił. Musiał naprawdę być mocno zmęczony, skoro nawet na to nie miał ochoty.
Ale nie licz na nic wykwintnego - ostrzegła go.
Wszystko, co robią twoje ręce jest wykwintne? nawet jeśli ci nie wyjdzie - dodał po chwili.
Rąbnęła go poduszką. Wyrwał ją jej szybko i się zamachnął, ale ręka mu opadła. Uśmiechnął się i usiadł na sofie.
Musimy jechać do twojej matki? - zapytał nagle.
Usiadła obok niego.
Wiesz, że tak.
A co się stanie, jeśli nie pojedziemy?
Ona przyjedzie tutaj.
Roześmiał się.
Ja nie żartuję!!
Popatrzył na nią.
To ją wyrzucimy.
Oj przestań. Wiem, że cię nie lubi, ale ona nikogo by nie lubiła, za kogokolwiek bym nie wyszła.
Gdybyś wyszła za białego, to by go lubiła.
Bardzo wątpię.
Nie chcę nigdzie jechać. Nie chodzi o twoją matkę. Po prostu chciałbym zostać z tobą i spędzać z tobą całe dnie.
Wydaje ci się, że jak będziesz ze mną ciągle to urodzę szybciej i szybciej nas przybędzie? Czy po prostu chcesz mnie pilnować?
Poderwał głowę, do tej pory opartą o oparcie na nim i popatrzył na nią.
Już się nie martw - kontynuowała. - Moja mama zadba o to, bym dobrze się odżywiała i generalnie dbała o siebie. Oboje utyjemy tak parę kilo.
Ciągle na nią patrzył wielkimi oczami.
Co się stało? - zapytała w końcu.
Zmienił pozycję i położył się z głową na jej brzuchu. Dotknęła dłonią jego jeżowej fryzury, a potem ją pogładziła. U sąsiadów coś się stłukło, a potem wybuchła awantura.
A ci znowu swoje - mruknęła Babsi. Denerwowali ją swoimi głośnymi kłótniami; nie była do końca świadoma, że niektóre jej gorące konflikty z Bastianem też były czasem męczące dla sąsiadów.
Bastian szybko poszedł spać. Położyła się obok niego z książką do poczytania przed snem. Bastian spał obok niej, skulony, jakby było mu zimno. Otuliła go dokładniej kocem, ale chwilę potem odkrył się. Zaczęła go odruchowo gładzić po głowie. Coraz bardziej podobała się jej jego nowa fryzura; zawsze miał włosy dłuższe i w zasadzie nigdy nie widziała go tak krótko ostrzyżonego.
Rozbudził się nieco. Nie na tyle, by oprzytomnieć, ale na tyle, by się przesunąć i do niej przytulić. Troszkę zepsuło jej to układ z książką, ale objęła go troskliwie i kontynuowała czytanie.
Kilkanaście stron później znowu się rozbudził.
Przeszkadza ci światło? - zapytała cicho.
Mruknął coś, co przypominało zaprzeczenie i dalej leżał bez ruchu. Już wydawało się jej, że znowu usnął, gdy poczuła, że ją cmoka. Opuściła książkę na kolana i zerknęła na niego. Podsunął się wyżej, by dosięgnąć jej szyi i zaczął ją całować. Po chwili usiadł, wziął jej książkę, przełożył zakładkę w otwarte miejsce, po czym odłożył ją na szafkę obok łóżka. Potem pochylił się nad Babsi i zaczął ją delikatnie całować.
Kochali się początku delikatnie, ale potem w Bastiana wstąpił jakiś diabeł - podobało jej się to; po ponad dziesięciu latach małżeństwa każda zmiana w małżeńskim łożu była pożądana. Najbardziej zdumiewało ją, że krótko po tym, jak skończyli on był już gotowy na następną rundę. Kochali się trzy razy, zanim Bastian uznał, że ma dość. Położył się na plecach i podłożył ręce pod głowę. Leżała przez chwilę obok niego, podpierając ręką głowę, a potem położyła ją na jego klacie. Natychmiast ją objął. Przesuwała dłonią po jego skórze, wsłuchując się w bicie jego serca i szmer jego oddechu. Jego lewa dłoń osunęła się z jej ramienia, co wzięła jako sygnał, że już usnął. Nie przestawała gładzić jego skóry, sprawiało jej to przyjemność.
W pierwszym momencie nie zwróciła odwagi na nierówności, których do tej pory tam nie było, ale po kolejnym przesunięciu tam palcami zastanowiło ją to. Powoli, by go nie obudzić, usiadła i, pochylając się nad nim, zajrzała na jego prawe biodro.
Były tam trzy wyraźne, wieloletnie blizny.
Serce zabiło jej mocno i poczuła podchodzącą do gardła panikę. Popatrzyła na niego. Spał, oddychając cicho. W bladym świetle, dochodzącym zza okna, wyglądał niezwykle spokojnie. Ale po raz pierwszy, patrząc na tę twarz, nie odczuwała niczego pozytywnego.
Kim był? Dlaczego wyglądał jak Bastian? Gdzie był Bastian? Dlaczego Bastiana udawał?
Wstała. Naciągnęła na siebie koszulkę i majtki i podeszła do okna.
Kochała się z tym człowiekiem. Podobało się to jej. Zdradziła Bastiana i bardzo jej się podobało to, co robili w łóżku. Nawet przemknęło było jej przez myśl, że było fajniej, niż zazwyczaj. Wpuściła tego człowieka do siebie, pozwoliła mu się dotknąć.
Jak to możliwe, że nic nie zauważyła aż do tej pory?? Bastian nie wykręciłby się od przygotowania kolacji. Nie kręciłby nosem na wyjazd do matki. Nie poszedłby tak wcześnie spać. Wielu rzeczy by nie zrobił - w jej głowie powstawały coraz to nowe sygnały, mniej lub bardziej wyimaginowane - których w porę nie zauważyła.
Poza tym - co teraz? Czego on chciał? Dlaczego udawał jej męża? Jaki miał w tym cel?
Zerknęła na niego. Ta twarz, do tej pory taka kochana, była teraz przerażająca.
Czy powinna dać po sobie poznać, że wiedziała? Co by jej zrobił? Musiała myśleć nie tylko o sobie, ale także o dziecku. Nie mogła pozwolić, by coś się mu stało. Jeśli Bastiana już nie było - wielka łza potoczyła się po jej policzku - to dziecko było wszystkim, co jej po nim pozostało. Musiała zadbać o jego bezpieczeństwo, bez względu na wszystko to był jej priorytet.
Intruz, pomrukując cicho, przewrócił się na drugi bok. Pomacał miejsce obok niego, a gdy jej nie znalazł, uniósł głowę. Półotwartymi oczami wypatrzył ją przy oknie.
Chodź do łóżka - powiedział.
Poszła. Sparaliżowana strachem poszła. Położyła się obok, tyłem do niego. Owinął rękę wokół jej pasa i przysunął ją do siebie, a potem wtulił twarz w jej kark, obejmując ją mocno. W ramionach Bastiana czułaby się bezpiecznie, byłoby jej ciepło i dobrze, ale teraz czuła się osaczona i jakby związana. Ciężkie ramię owinięte wokół jej ramienia, ręka, ułożona na poduszce tuż prze jej nosem? zaczęła płakać. Usiłowała powstrzymać łzy, by go nie obudzić, by się nie zorientował, że ona już wie, by nie zrobił tego, co mógłby wtedy zrobić, ale był to nadaremny trud. Im bardziej usiłowała zdusić w sobie płacz, tylko bardziej gwałtowny się on stawał.
W końcu usnęła, zmęczona zduszonym płaczem.

Dzień trzeci


Obudziła się wcześnie. Chciała wstać przed nim z dwóch powodów: musiała zmyć wszystkie ślady zaschniętych łez i ukryć opuchliznę powiek, oraz chciała uniknąć seksu, w razie, gdyby miał ochotę na nią rano.
Drżącymi rękami przygotowała śniadanie i czekała. Czasami nieśmiało zaglądała do sypialni, widząc z ulgą, że ciągle spał. Oby jak najdłużej.
Chciała do kogoś zadzwonić, wołać o pomoc, ale tego nie zrobiła. Martwił ją Bastian. Gdzieś tam mógł być, żywy, a jej działania mogły kosztować go życie. Postanowiła, że musi zadbać o dwie sprawy: bezpieczeństwo dziecka i dowiedzieć się, co się działo z Bastianem. Nie potrafiła zaakceptować myśli, że mógł nie żyć. Nie wyobrażała sobie życia bez niego, nie wyobrażała sobie, że mogłaby sobie bez niego poradzić. Nie, nie była jedną z tych kobiet, które cały swój świat budowały na mężczyźnie, potrafiła załatwiać sprawy w urzędach, miała swoje zainteresowania i pracę, sprawy i przyjaciół (tych przedmałżeńskich), ale on był jej potrzebny jak powietrze - jego wsparcie, silne ramiona i ciepły uśmiech. Wprawiał ją w dobry humor samą swoją obecnością, swoim śmiechem i niepoprawnym optymizmem. Nie wiedziała, jak mogłaby bez niego funkcjonować. Co dawałoby jej siły do wstawania codziennie rano?
Teraz siły dawał jej strach. Serce waliło jej za każdym razem, gdy zerkała, czy tamten jeszcze śpi. Bała się straszliwie. Miała ochotę zacząć krzyczeć, uciec gdzieś daleko, bardzo daleko, jak najdalej od niego. Ciągle zastanawiała się kim był, czego właściwie chciał. Zapewne jakiś szaleniec, skoro usiłował udawać Bastiana. Przecież nie mógł sądzić, że ona nigdy by się nie zorientowała, przecież kiedyś by w końcu zauważyła. Przyczepiła się do myśli, że to było tymczasowe, że on tylko na jakiś czas, a potem zniknąłby z jej życia, tak jak się w nim pojawił, a Bastian wróciłby do domu. Gdyby tylko mogło to być prawdą, gdyby tylko wiedziała na pewno, że jej mąż wróci w końcu do domu, to zniosłaby to wszystko, udawałaby, że nic nie wie, że nic nie widzi, że niczego nie rozumie. Ale takiej pewności nie miała i możliwe było, że jej bezczynność pogarszała tylko sytuację.
Pojawił się w kuchni cicho. Serce zabiło jej w panice, gdy stanął w drzwiach, opierając się o framugę.
Głodny? - zapytała go, słysząc jak jej głos drży.
Owszem - pokiwał głową.
Śniadanie gotowe - zaczęła układać miseczki na stole.
Usiadł, obserwując ją. W pewnym momencie chwycił ją za obie dłonie.
Ręce ci drżą - powiedział.
Zimno mi - skłamała idiotycznie; w kuchni było parno. Klimatyzacja znowu szwankowała.
Trzymał ją, patrząc w jej twarz. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że on już wie, że ona wie. Spuściła wzrok i patrzyła na swoje stopy.
Wstał, ciągle nie puszczając jej rąk. Przycisnął ją do siebie i mocno objął.
Ogrzeję cię.
Czuła obrzydzenie, dotykając jego skóry. Przycisnęła obie dłonie do piersi i skulona pozwalała mu się obejmować. Oparł podbródek na jej głowie i stali tak przez chwilę. Wydawało się jej, że trwa to wieczność. Nienawidziła go. Bała się go i nienawidziła.
Już mi cieplej - powiedziała w końcu, mając nadzieję, że ją puści.
Odsunął ją lekko i popatrzył jej w twarz - uciekła wzrokiem.
Na pewno?
Na pewno - szepnęła.
Usiadł przy stole i zaczął jeść.
Ona nie była głodna. Było zbyt wcześnie dla niej i mimo ciąży stwierdziła, że nie będzie się zmuszać do jedzenia. On tego nie komentował.
Obserwowała go, gdy jadł. Wyglądał jak Bastian, pod wieloma względami był do niego podobny, ale jednak był inny. Inaczej się ruszał, inaczej jadł, miał nieco inną mimikę. Jak mogła tego wczoraj wieczorem nie zauważyć? Jak mogła być tak ślepa?
Czuła się winna. Może gdyby zorientowała się wcześniej? ale cóż mogłaby zrobić? Niewiele więcej, niż teraz. Ale na pewno nie dopuściłaby go do siebie. Co Bastian powie, jak się dowie, że spała z tym człowiekiem. Pozwoliła mu robić coś, co wolno było tylko i wyłącznie Bastianowi. Nigdy w życiu nie miała nawet maleńkiej chętki na skok w bok - miała wspaniałego mężczyznę w domu i jej to w zupełności wystarczało, nigdy go nawet myślą nie zdradziła, bo żaden inny facet nie był wystarczająco interesujący, dowcipny, przystojny.
A teraz siedział tu jakiś obcy człowiek, jadł śniadanie, które przygotowała, człowiek, który wyglądał jak jej mąż, ale nic poza tym nie miał z nim wspólnego. Tylko z zewnątrz był nim - twarz, głos, ale ruchy już miał inne, bardziej gwałtowne i szybkie; Bastian ruszał się jakby płynął? A może to tylko wyobrażenie zakochanej kobiety o jej mężczyźnie.
Poczuła, że ma ochotę się rozpłakać. Zacisnęła wargi i ściągnęła brwi. Nawet jeżeli już wiedział, że ona wie, to nie zareagował, a ona nie chciała takie reakcji sprowokować łzami.
Pomyślała, że zawsze mogła wszystko zwalić na nerwy i hormony - w końcu była w ciąży. Jeśli nawet wiedział już, że ona rozumie, że nie jest jej mężem, to jednak dalej odgrywał tę szopkę i może poszedłby na takie kłamstwo - bo przecież wszystko, co się działo od kiedy wrócił do domu było jednym wielkim kłamstwem i udawaniem; najpierw tylko jego, teraz ich obojga.
Skończył jeść i się do niej uśmiechnął. To zdumiewające - Bastiana oczy śmiały się razem z ustami, tego człowieka też. Jak to możliwe, że tej bestii uśmiechały się oczy?
Chcesz jeszcze? - zapytała cicho.
Pokręcił głową.
Ty nic nie zjadłaś - powiedział.
Nie jestem głodna.
Przyglądał się jej uważnie przez chwilę. Miała wrażenie, że przewierca ją tymi ciemnymi oczami na wylot. Czuła się nieswojo - jeszcze bardziej niż do tej pory. Nie była w stanie wytrzymać jego wzroku i spuściła oczy. Zaczął wzbierać w niej gniew na samą siebie; nie miała odwagi mu się postawić, potrafiła się tylko bać. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak słaba była. I jak potwornie potrzebowała teraz wsparcia Bastiana.
Mężczyzna wstał, stając przed nią, a potem kucnął, chwytając ją za ręce. Zadarł głowę, by popatrzeć w jej oczy. Zerknęła na niego - uśmiechnął się do niej. Nie wiedziała co zrobić - czy odwzajemnić uśmiech, a na to nie miała najmniejszej ochoty, czy może strzelić mu w twarz za to, że wtargnął w jej życie. Nie, tego drugiego w żadnym wypadku nie mogła zrobić.
Coś się stało - to było stwierdzenie, nie pytanie.
Nie, wszystko w porządku - skłamała.
Chodź - wstał i, chwytając jej łokieć, pomógł jej wstać.
Posłusznie poszła za nim. Zaprowadził ją do pokoju i usadowił na sofie. Usiadł obok i odgarnął jej włosy.
Dokucza coś już? - spytał, kładąc dłoń na jej brzuchu.
Miała ogromną ochotę zepchnąć jego rękę, ale się powstrzymała.
Troszkę. Kręci mi się w głowie i w ogóle jest mi dziwnie. Źle - to ostatnie słowo na pewno było powiedziane szczerze.
Będzie lepiej - znowu się uśmiechnął. Nachylił się, by ją pocałować, ale odsunęła się lekko i w rezultacie cmoknął jej policzek.
Odsunął twarz i przyglądał się jej badawczo przez długą chwilę. Teraz była już całkowicie pewna, że on wie. Może przedtem wmawiał sobie, że jest przewrażliwiony, albo coś takiego, ale teraz już mógł mieć pewność - ona wiedziała. I nie potrafiła tego ukryć. Ani przed nim, ani przed sobą.
W zasadzie powinno się być zadowolonym z tego, że jest się złym kłamczuchem, ale w tej sytuacji bardzo żałowała, że nie potrafiła ani dobrze kłamać, ani dobrze udawać.
Uciekła wzrokiem, ale chwycił jej podbródek i obrócił głowę, zmuszając, by poparzyła mu w oczy.
Nie pojedziemy do twojej matki - zakomunikował.
Jego ton był bardzo jasny - to był rozkaz. Do tego rozkaz ten był wydany tonem, jakiego jeszcze u niego nie słyszała; przez tę krótką chwilę nie udawał, że jest Bastianem, był sobą (cokolwiek to znaczyło) i wydawał jej rozkaz.
Będzie pytać skąd ta zmiana planów - powiedziała.
To jej wytłumaczysz, że to dla dobra dziecka - znowu brzmiał jak Bastian, słodko i troskliwie. Należy się panu Golden Horse, panie intruzie. - Po co ryzykować?
Pokiwała głową.
Miała ogromną ochotę zapytać o Bastiana, gdzie był, co sie z nim działo, czy w ogóle żył, ale zbyt bała się jego reakcji. Nie mogła dopuścić do pogorszenia sytuacji - zakładając oczywiście, że mogło być jeszcze gorzej.
Źle spałam, chcę się zdrzemnąć - powiedziała.
Dobrze - pokiwał głową.
Wstał i pomógł ułożyć jej nogi na sofie. Przykrył ją kocem, troskliwie i opiekuńczo, a potem poszedł do kuchni. Po odgłosach dochodzących do jej uszu domyśliła się, że zmywał po śniadaniu. Zamknęła oczy. Czy mogłaby zasnąć? Byłoby dość komfortowo, gdyby mogła cały ten koszmar przespać, ale z drugiej strony nieswojo jej było na myśl, że obcy mógł chodzić po jej domu i robić nie wiadomo co.
Skupiła się. Nie otwierała oczu, ale też i nie spała. Słyszała tylko jak się kręcił po mieszkaniu. Nie wiedziała co robił; dźwięki nie obrazowały tego wystarczająco, jej pobudzona wyobraźnia tworzyła przerażające obrazy, ale nie rozumiała też, co mógł robić w cichym pokoju, w którym w zasadzie nie miał nic do roboty. Bastian mógłby po prostu kontynuować jakąś czynność zaczętą kiedyśtam, ale ten człowiek nie miał czego kontynuować - był tu przecież zaledwie od wczoraj.
Poczuła, że znowu łzy cisną się jej prze powieki. Obróciła się tak, by nie mógł zobaczyć jej twarzy. Leżała skulona, przerażona, słysząc, jak chodził po mieszkaniu. Za każdym razem, gdy ją mijał, całował ją w ramię. Po jakimś czasie schowała się całkiem pod kocem, że niby było jej zimno - przy parnym, ponad trzydziestostopniowym dniu za oknem - a on zaczął całować ją w głowę. Jeszcze gorzej.
Nie rozumiała, dlaczego był taki miły. Czego chciał? Przecież jej nie kochał, to dlaczego zachowywał się, jakby faktycznie był jej mężem? Nie potrafiła poskładać tego do kupy.
Obudziła się zdumiona - zdumiona tym, że w ogóle usnęła. Śniły jej się jakieś głupoty: że gonił ją Bastian i po drodze zamienił się w wilka, że jej matka leciała z nią samolotem, a potem wysiadły, pojechały do domu matki, a tam czekał na nie ten obcy człowiek.
Usiadła, nieco oszołomiona, trąc oczy. Rozejrzała się i zobaczyła, że on odkładał właśnie jakąś książkę. Po okładce poznała, że to jej tłumaczenie powieści Boule'a. Nic nie powiedziała. Popatrzyła tylko na niego, nie wiedząc, co właściwie zrobić. Uśmiechnął się do niej, tak zwyczajnie, miło, może nawet ciepło, ale nie zmieniało to faktu, że wcale miło i ciepło się jej nie zrobiło; przeciwnie, przeszedł ją lodowaty dreszcz.
Głodna? - spytał.
Nie wiem - odparła. Zastanowiła się przez chwilę, a potem dodała: - Nie, chyba nie.
Na pewno? Pomyśl o dziecku.
Nie musisz mi o tym przypominać. Ale nie chcę się zmuszać. Może niedługo zgłodnieję, to wtedy coś zjem.
Normalnie by zapytała, czy coś przygotował, ale nawet nie wiedziała, czy on potrafił gotować.
Wstał i poszedł do kuchni.
Poszła za nim. Z ciekawości. A może chciała sprawdzić co robił. Poczułaby ogromną ulgę, gdyby okazało się, że cały dzień spędził na pichceniu jakiejś skomplikowanej potrawy.
Stał, krojąc chlebek kukurydziany. W garnku parowała zupa. Najwyraźniej faktycznie coś przygotował i do tego chyba niedawno skończył.
Stanęła za nim. Miał w ręku nóż, był od niej wyższy, silniejszy i mógł zrobić z nią co tylko chciał, ale postanowiła to zrobić. Dłużej nie zniosłaby tej sytuacji i tego nieznośnego napięcia i niepewności.
Kim jesteś? - spytała cicho.
Przestał kroić. Stał nieruchomo, a ona oczami wyobraźni niemal widziała, jak się obracał i dźgał ja tym ogromnym nożem.
Odwrócił się do niej, bez noża, bo odłożył go na blat. Patrzyli na siebie i tym razem wytrzymała jego spojrzenie. Nie wiedziała, skąd w niej tyle siły. Trwało to długą chwilę, a potem on się odwrócił i kontynuował krojenie.
Nie odpowiesz mi?
Nie wiem, co powiedzieć - odparł.
Prawdę.
Jaką prawdę? Jestem tu, to się liczy.
Dla mnie liczy się kim jesteś. I gdzie jest mój mąż.
Ja jestem twoim mężem - powiedział gwałtownie.
Nie jesteś!!! - krzyknęła, szarpiąc go za ramię i odwracając przodem do siebie.
Teraz jestem - powiedział spokojnie. - Powinienem być. Dlatego trzeba wszystko naprawić i doprowadzić do porządku.
Do porządku? Jesteś szalony!! Gdzie jest Bastian??!!
Usiłował odwrócić się do niej tyłem, ale próbowała go powstrzymać. Jednym silnym ruchem wyrwał się jej i odepchnął ją. Straciła równowagę, usiłowała odzyskać ją, robiąc trzy kroki do tyłu, ale nie udało się jej i przewróciła się, pociągając za sobą krzesło, stojące przy stole, które chwyciła w rozpaczliwym odruchu złapania za coś stabilnego, by nie upaść.
Ukroił jeszcze trzy kromki, a potem podszedł do niej i siła postawił ją na nogi; usiłowała go odepchnąć, ale był zbyt silny.
Nie możesz tak po prostu się pojawić i zająć jego miejsca! - odepchnęła go - a raczej pozwolił się odepchnąć - gdy już była na nogach.
Musisz uważać - odparł, komentując jej upadek.
Odpowiedz na pytanie!! Poza tym to ty mnie popchnąłeś.
Przepraszam, więcej nie będę popychał, jeśli będziesz grzeczna.
Miała ochotę go uderzyć. Mocno. Pięścią. W twarz. Ale co wtedy by zrobił? Oddał jej? Już wiedziała, że potrafiłby.
Ale on skończył kroić i po prostu wyszedł z kuchni. Z ciekawości zajrzała do garnka. Wyglądało i pachniało apetycznie. Poczuła, że jednak robi się głodna. W ramach protestu zagłodziłaby się, ale nie mogła myśleć tylko o sobie.
Pojawił się znowu. Bez słowa wziął miseczkę i nalał do niej zupy, postawił na stole, położył obok trzy kromeczki kukurydzianego chleba i odsunął krzesło, by na nim usiadła. W milczeniu przyjęła zaproszenie, choć miała ochotę rzucić się na niego i wściekle okładać pięściami.
Powiedz mi tylko, czy Bastian żyje - szepnęła, gdy on wychodził już z kuchni.
Zatrzymał się na progu i nie odwracając powiedział równie cicho jak ona:
Bastiana nie ma, nie będzie i nigdy właściwie nie powinno było być.
Znieruchomiała. Cały czas trzymała się myśli, że on żyje, ale... to nie była całkowicie jednoznaczna odpowiedź, ale była na tyle wyraźna, by zrozumieć, że Bastian mógł zostać zamordowany i to przez tego potwornego człowieka.