2006/02/26

Gdy się kłócili denerwowało ją wtedy w nim wszystko - począwszy od jego przeprzystojnej twarzy, a skończywszy na jego sposobie mówienia. Podczas sprzeczek zawsze mówił po kantońsku. Jakoś nie potrafił zmusić mózgu do pracy w obcym języku, gdy był zły; a może to była jego metoda okazania złości - mówić do niej nie po angielsku. Dobrze wiedział, że pomimo iż mieszkała w Hong Kongu od tylu lat to ciągle nie potrafiła nauczyć się kantońskiego - nigdy nie wyszła poza proste zwroty i krótkie proste zdania, rozumiała niewiele więcej, choć obelgi akurat miała opanowane dość dobrze. Bastian potrafił być paskudny, gdy był zły, a wyprowadzić go z równowagi aż tak trudno nie było, jakby się komuś mniej go znającemu mogło wydawać.
Wszyscy naokoło powtarzali, że byli cudowną parą. Wszyscy naokoło dziwili się, jak ludzie z tak różnych kultur, mogli żyć tak zgodnie. Fakt - było im razem dobrze, a kultury im w niczym nie przeszkadzały, przeciwnie, ona wręcz chłonęła całą jego chińskość, poddając się bez najmniejszego sprzeciwu wszystkim jego poleceniom i naukom w tej kwestii. Do tego nigdy nie kłócili się przy innych - i to właściwie wystarczyło, by uchodzili za parę idealną.
Jej matka nigdy nie zrozumiała, dlaczego jej córka zgodziła się wyjść za Chińczyka i do tego jeszcze przeprowadziła się do niego do Hong Kongu. Skoro już musiała być z tym swoim skośnookim, to mogła go chociaż ściągnąć do Londynu. Ale Babsi uparła się, że pojedzie do niego. Tak właściwie to matki nie martwiło, bo była przekonana, że długo ten związek nie wytrzyma. Im dłużej byli razem i im bardziej było widać, że są szczęśliwi, tym bardziej nie lubiła Bastiana. Babsi o tym wiedziała i uważała, że to dobrze, iż zdecydowała się wyprowadzić do Hong Kongu do niego - z dala od wiecznie marudzącej matki, której zięć ani trochę nie odpowiadał.
Nigdy też do nich nie przyleciała. Nie chciała. Z góry zakładała, że się jej nie spodoba, że będzie za gorąco, za tłoczno i że Chińczycy będą na nią patrzeć z niechęcią, bo jest brytyjskim najeźdźcą. Babsi szybko się poddała i przestała matkę zapraszać, a Bastianowi spadł kamień z serca, bo groźba odwiedzin wiedźmy minęła. Zawsze starał się być grzeczny w stosunku do teściowej, ale czasami kosztowało go wiele wysiłku, by nie powiedzieć jej, żeby się od nich odczepiła i nie wtrącała w nie swoje sprawy; a matka Babsi zawsze wiedziała wszystko najlepiej - dosłownie na wszystkie tematy miała swoją opinię i uważała ją za jedynie słuszną, co doprowadzało Bastiana do szału, szczególnie gdy mówiła o Hong Kongu, w którym nigdy nie była i nie miała zamiaru być.
Zawsze się jednak kłócili tak, by Babsi tego nie widziała, więc najgorsze starcia ją ominęły.
Teraz jednak musiała stawić czoło gorszemu problemowi, niż kłótnie z matką o męża i mężem o matkę.
Wiedziała, że intruz chciał, by zadzwoniła do domu i powiedziała matce, że nie przyjeżdżają, jak było zaplanowane. Chciała przemycić jakąś wiadomość, ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Mężczyzna będzie prawdopodobnie stał nad jej głową i słuchał tego, co mówi, czujny, by móc je rozłączyć jak tylko Babsi powie coś, co mu się nie spodoba. Musiała to więc zrobić tak, by on się nie zorientował, a równocześnie matka zrozumiała jasno. Nie wiedziała, czy matka w ogóle byłaby w stanie jej pomóc z drugiego końca świata, ale na razie nie mogła oczekiwać pomocy znikąd. Zupełnie znikąd.
Była głodna, ale postanowiła, że nie tknie śniadania.
Mężczyzna wszedł do pokoju z wazonikiem w ręku, w którym była czerwona róża. Postawił go na stole, przy talerzu Babsi i usiadł, patrząc na kobietę.
Czerwone róże są tandetne i oklepane - powiedziała agresywnie, zastanawiając się równocześnie, skąd wziął kwiat. Musiał wyjść z domu, bo w mieszkaniu nie mieli żadnych roślin.
Czerwone róże są romantyczne - odparł spokojnie.
Tandetne i oklepane. Każdy frajer daje swojej frajerzycy czerwone róże. Taki standard, zamiast się wysilić i daj jej coś do niej pasującego.
Wstał, chwycił wazonik, otworzył okno i wyrzucił wazonik na zewnątrz.
Zwariowałeś?? - wstała. - A jeśli spadnie komuś na głowę?
Martwisz się tak o obcych, a ani trochę o mnie.
Ty jesteś gorzej niż obcy. Ty jesteś wielki nikt.
Westchnął ciężko i wrócił na swoje miejsce.
Jak zjesz to zadzwonisz do matki - powiedział, jak gdyby nigdy nic.
Jeszcze do ciebie nie dotarło? Nie zjem tego.
Zjesz - przeciągnął się, uśmiechając.
Zastanawiała się, czy to jej rosnąca paranoja, czy rzeczywiście była w jego głosie nuta groźby.
No to mnie zmuś - odparła.
Popatrzył na nią, potem wstał i się do niej zbliżył. Zaczęła żałować swojego uporu, choć jeszcze nie wiedziała, co chciał zrobić.
A on usiadł obok niej, przysunął talerz, chwycił ją mocno za włosy i odchylił jej głowę.
Zrobimy tak - zaczął - albo zjesz, albo wepchnę ci to do gardła. Jeśli opcja druga, to albo będziesz połykać, albo się udusisz, bo ja nie przestanę wkładać ci kolejnych porcji do ust. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy to zadziała, to zapewniam cię, że tak. Wypróbowano tego na mnie. Wiem, jak to jest, gdy się opiera, a ja miałem większą motywację, bo to, czym karmiono mnie było... delikatnie mówiąc, niejadalne. I zjadłem co do ostatniego kawałka. Jakieś pytania?
Dlaczego robisz mi taką samą krzywdę, jaką robiono tobie? - zapytała cicho.
Puścił jej włosy. Patrzył na nią przez długi moment, aż w końcu powiedział:
Zadzwoń do matki i powiedz jej, że nie przyjedziemy.
Babsi zaczęła rozumieć, że wiele przeszedł i znęcanie się, jakiego wycierpiał, może być jej ratunkiem... Jeśli nie wyjściem z całej sytuacji, to przynajmniej oszczędzi jej najgorszych tortur.
Posłusznie podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Wykręciła numer i czekała na połączenie.
Intruz nie wstał. Ciągle siedział na sofie. Zdążyłaby powiedzieć matce: 'ratuj mnie', albo 'zadzwoń na policję', zanim by dobiegł do niej i je rozłączył... ale jaka byłaby jego kara?
Nikt nie odbierał. Rozłączyła się.
Chyba wyszła.
Zadzwonisz później.
Dlaczego nie sprawdził, czy nie kłamała? Mogła przecież go oszukać, licząc na to, że zaalarmowana matka coś zrobi.
Skąd wiesz, że specjalnie nie wybrałam złego numeru i nie skłamałam, że nikt nie odbiera? - zapytała, po czym natychmiast tego pożałowała.
Ufam ci - odparł.
Zastanawiała się, czy to prawda, czy może coś ukrywał, czy po prostu głupio mu było przyznać się, że nie pomyślał, iż mogłaby go oszukać.
Jej wzrok padł na małą szkatułkę koło telefonu. Tu - i tylko tu - było jej miejsce. Bastian potrafił być niezwykle irytujący, jeśli chodziło o takie drobiazgi, jak odstawianie przedmiotów na ich miejsca.
Uchodził on za prawdziwego dżentelmena i w zasadzie nim był, ale nie był aż tak idealny, jak inni sądzili. Czasami trudno było z tym uparciuchem wytrzymać. Był perfekcjonistą do przesady i bardzo szybko nauczyła się nie pytać go o opinie jej tłumaczeń, bo on zawsze miał tysiące uwag, które tak naprawdę nie musiały mieć żadnego znaczenia i były po prostu jego osobistym punktem widzenia. A czepiał się prawie wszystkiego - w końcu był nauczycielem.
Czasami miała go dość. Nie mogła wtedy na niego patrzeć. Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała nawet spać z nim w jednym łóżku, lądowała więc na kocu w kuchni.
Ale teraz potrzebowała go desperacko, jak powietrza. Dusiła się bez niego; dusiła strachem. Nawet jeśli w tej chwili czuła przede wszystkim gniew, to jednak gdzieś tam w środku ciągle tliła się panika.
Usiadła z powrotem na sofie.
Czym chcesz mnie torturować dzisiaj? - zapytała beznamiętnie.
Dlaczego torturować? Będziemy normalnie żyć sobie razem.
Aha. A z czego będziemy żyć? Pójdziesz do szkoły i będziesz uczyć angielskiego?
Na to odpowiedzi nie miał.
Pokochasz mnie - powiedział, siadając obok niej. - Zobaczysz. A potem będzie nam wspaniale.
Parsknęła śmiechem.
Zmusisz mnie do miłości?
Popatrzył na nią.
Zrozum coś - zaczął. - Ty powinnaś być moją żoną. To wszystko - zatoczył ręką ruch dookoła pokoju - powinno być moje. Oczywiście, że byłoby nieco inaczej, ale w ten czy inny sposób, to powinno być moje. Nie jego, a moje. On powinien toczyć moje życie, a ja to. Z tobą. Ciebie jest łatwo kochać.
A ciebie jest łatwo nienawidzić.
Poczekam. Jestem cierpliwy.
Nie doczekasz się. Bez względu na to, na co właściwie czekasz, nie będziesz tego miał. Poślubiłam Bastiana i jego żoną jestem, bez względu na to, co tobie się wydaje i co sobie ubzdurałeś. Jasne?
Lubisz komplikować sprawy, prawda?
Nic nie odpowiedziała, zmrużyła jedynie nienawistnie oczy.
Zadzwoń do matki - powiedział, ruchem głowy wskazując aparat telefoniczny.
Wstała. Przez to całe gadanie ciągle nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby przekazać matce wiadomość, nie miała kiedy ułożyć jakiś plan.
Z bijącym sercem podeszła do telefonu. Czuła się niezwykle stremowana...
Spotkanie jego rodziców to było coś, czego bała się straszliwie. Nie wiedziała, jak zareagują na białą dziewczynę swojego syna i niepokoiło ją to. Sama najlepiej wiedziała, jakie miała przeboje z matką. Bała się, że dla niego opinia rodziny może być ważniejsza od niej; Chińczycy byli tradycjonalistami - przynajmniej on i jego rodzina, tyle już wiedziała.
Została przyjęta ciepło i bez zdziwionych spojrzeń, uznała więc, że uprzedził rodziców, by nie spodziewali się Chinki.
Została nakarmiona congee, w którym natychmiast się zakochała, potem jakimiś pierożkami; wszystko szalenie jej smakowało, o czym nie omieszkała poinformować mamy Bastiana.
Po kolacji poszli na dach. Tylko oni dwoje. Usiedli w mroku i gapili się na panoramę Hong Kongu - magię świateł w oddali; wtedy jeszcze nie wiedziała, że to było Kowloon. Przytuliła się do niego; miło było czuć jego zapach: resztki wody kolońskiej, pomieszane z odrobiną potu, zapachem potraw z kuchni i wszystkich zapachów ulic miasta.
Nachylił się lekko i ją pocałował. Odkleili się od siebie na chwilę, by pocałować się znowu, jeszcze namiętniej. Czuła jego język, błądzący po jej zębach, walczący z jej językiem, oszołomiona jego bliskością, zapachem, dotykiem. Nie protestowała, gdy wsunął ręce pod jej bluzkę, nie protestowała, gdy ją powoli zdjął, nie protestowała też, gdy nachylił się nad nią i położył ją na plecach.
Na początku było jej nieswojo, bo bała się, że któreś z jego rodziców wejdzie na dach, ale szybko zatraciła się we wściekłym pożądaniu.
Kochali się namiętnie, cicho, na gorącym dachu, wśród zapachów i dźwięków Hong Kongu. Pierwszy raz. Wtedy jeszcze nie rozumiała chińskiej mentalności, wtedy jeszcze nie wiedziała, że z jego strony jest to równoznaczne z wyznaniem miłości; kochał się z nią, bo myślał o niej bardzo poważnie. To były prawie ich zaręczyny.
Musiała improwizować. Nie ułożyła planu, więc musiała improwizować.
Wykręciła numer. Sygnał był wolny, a po chwili usłyszała znajomy głos w słuchawce.
Cześć mamo - powiedziała.
To ty? Jeszcze jesteś tam? Powinnaś być w drodze. Czy on tu leci sam?
Nie mamo. Nie... nie wylecieliśmy jeszcze...
Intruz stanął tuż za nią i objął ją rękami. Zapewne miał to być pieszczotliwy ruch, ale wiedziała, że chciał też po prostu mieć kontrolę nad rozmową.
Ach, czyli jeszcze tam jesteście.
Mamo...
W sumie to dobrze. Chcę cię o coś prosić.
Mamo...
Możecie odłożyć tę wizytę? Przełożyć na koniec sierpnia? Bo mam jedyną w swoim rodzaju okazję, żeby pojechać do Francji z moją wieloletnią przyjaciółką.
Mamooo... - Babsi nie rozumiała, dlaczego matka mówi o 'wieloletniej przyjaciółce', zamiast po prostu podać imię. Czyżby był to wykręt?
Wybacz, że tak głupio to wychodzi, ale wy możecie przyjechać zawsze, a taki wyjazd... Sama rozumiesz.
Tak, mamo.
To ładnie z waszej strony. Mam nadzieję, że nie ma tam u was żadnej zarazy teraz, ciągle w tej Azji jakieś choroby...
Tylko w domu mam zarazę - Babsi poczuła, że to jest szansa na przekazanie jej informacji.
Weź witaminki i się nie daj.
Raczej potrzebna mi konkretna pomoc, mamo... Mogłabyś...
Słoneczko, nie wyręczaj się mną. Sama zadbaj o swojego Chińczyka, mnie nie wołaj na pomoc.
Mamo! Czy mogę...
Córeczko, muszę już iść. Zadzwoń za jakiś czas znowu.
Rozłączyła się.
Babsi z niedowierzaniem patrzyła na słuchawkę w jej ręku. Jakby przedmiot zamienił się nagle w dziwnego stwora, który przemówił. W końcu intruz wyjął słuchawkę z jej dłoni i odłożył na widełki.
Odwróciła się do niego i popatrzyła mu w oczy. Wiedziała, że już nie ma szans, żadnej szansy na jakąkolwiek pomoc. Matka pozbyła się wizji odwiedzin zięcia i, jak zwykle zresztą, nie dopuściła jej do głosu.
Mogę ci zadać jedno pytanie?
Możesz nawet dwa - uśmiechnął się i znowu wyglądał zupełnie jak Bastian.
Czy mnie zabijesz?
Nie chcę cię zabijać. Chcę z tobą żyć i tworzyć szczęśliwą rodzinę.
Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to niemożliwe?
To będzie trudne, ale czy niemożliwe? To zależy od nas.
Na moją współpracę nie licz.
Dlaczego?
Czy zabiłeś Bastiana??
Uśmiechnął się zamiast odpowiedzi.
Daj mi spokój - poprosiła cicho.
Była zrezygnowana i coraz bardziej przerażona.
Hałas u drzwi sprawił, że intruz ją puścił. Poszedł do wyjścia, sprawdzić, co się tam działo. Ona powoli poszła za nim.
Usłyszeli odsuwaną kratę drzwiową, a potem same drzwi się otworzyły.
Stał w nich Bastian. Był brudny, wyglądał na wycieńczonego, miał pokrwawione ręce i chyba nogi - świadczyły o tym czerwone i brunatne plamy na spodniach.
Co robisz w moim domu? - warknął na intruza po kantońsku.
Ale odpowiedzi Babsi już nie zrozumiała.
Bastian ruszył w kierunku mężczyzny, wyglądało to, jakby chciał się na niego rzucić, ale w połowie drogi zrezygnował - wyraźnie cierpiał i ból nie pozwolił mu na dokończenie jego 'ataku'.
Babsi podbiegła do niego, pomagając mu usiąść na podłodze, a potem popatrzyła na intruza.
Co mu zrobiłeś? - warknęła.
Miał umrzeć - odparł ten, nachylając się do nich.
Nagle Bastian zerwał się i rzucił na obcego. Doszło do krótkiej szamotaniny, w której przewagę miał intruz - był wypoczęty, a i chyba lepiej wysportowany. Udało się jednak Bastianowi wepchnąć go do kuchni i zamknąć drzwi. Sam osunął się na podłogę, dysząc ciężko. Żona natychmiast do niego podbiegła.
Kim on jest? - zapytała.
Właśnie. Kim jestem? Odpowiedz żonce - powiedział głos zza drzwi po angielsku.
Nikim - mruknął Bastian.
Kim??!! - Babsi szarpnęła koszulą Bastiana.
Skrzywił się; sprawiła mu ból, ale była zbyt wściekła, by mu współczuć.
Nikim - padła jeszcze cichsza odpowiedź.
Bastian!!!!!!!! - szarpnęła nim ponownie, a potem przytuliła się, nie zważając na to, że mogła się zaplamić krwią z jego ubrania... a raczej strzępów jego ubrania.
Nawet się do mnie nie przyznasz - powiedział z żalem głos za drzwiami. - To ty mnie skrzywdziłeś, nie ja ciebie. A teraz nawet się nie przyznasz.
Milcz!! - huknął Bastian.
Nie chcę milczeć. Powiedz jej, kim jestem. Powiedz! Twoja własna żona nie wiem, że masz brata!!
Brata?? - Babsi uniosła głowę i popatrzyła na męża.
Mieliśmy po siedemnaście lat - powiedział intruz. - On był grzeczny i kochany synek, a ja podlec i rozrabiaka. On był ten dobry bliźniak, a ja ten zły.
Dalej jesteś zły. To nie jego wina, że jesteś zły!! - powiedziała gniewnie Babsi.
Pewnie że nie. Tylko że jak w końcu to on zrobił coś złego, to wszyscy myśleli, że to ja!! - ostatnie słowo zostało wykrzyczane.
Babsi popatrzyła na Bastiana. Siedział ze spuszczoną głową, patrząc na czubki swoich butów.
Byliśmy na zabawie. Było zabawnie, bzykaliśmy panienki i było tak, jak powinno być. Dwóch smarkaczy dobrze się bawiło. A potem wracaliśmy do domu. I zaczepił nas jakiś zafajdany menel. Trochę byliśmy pijani, więc wdaliśmy się w bójkę. Twój idealny mąż zepchnął go ze skarpy prosto w jakieś rumowisko na nabrzeżu. A potem stał i śmiał się głośno nad trupem.
Byłem pijany - szepnął Bastian.
Byłeś. Ja też byłem. Zresztą, to chyba nawet był wypadek. Albo głupota.
Byłem pijany...
A potem przyszła policja i mnie zgarnęli. Chciałem im powiedzieć, że to nie ja, że to on zabił faceta, że to on zepchnął go, ale nikt mi nie wierzył. Kto by uwierzył łobuzowi, który zwala winę na swego grzecznego brata?
Babsi zobaczyła ciężką łzę toczącą się po policzku Bastiana.
Poszli też i do dobrego brata - kontynuował za drzwiami intruz. - Zapytali, czy to prawda, co mówił zły. A dobry brat powiedział, że nikogo nie zabił. Powiedział, że to zły brat. Skłamał!! - krzyknął mężczyzna.
Sądząc z poziomu, z którego dochodził głos, on też siedział na podłodze, opierając się plecami o drzwi.
Bałem się - powiedział Bastian. - Bałem się więzienia.
Ale nie bałeś się posłać do więzienia mnie! Zamknęli mnie. Dostałem wyrok jak za morderstwo z premedytacją, bo 'nie chciałem się przyznać'. A ty skończyłeś szkołę, poznałeś piękną dziewczynę, ożeniłeś się i będziesz miał dziecko.
Przepraszam... - Bastian schował twarz w rękach.
A to ty powinieneś siedzieć w więzieniu, nie ja. To ja powinienem skończyć szkołę, mieć piękną żonę i dzieci. To ty powinieneś był być gwałcony codziennie, bo masz ładną buzie, to ciebie powinni szprycować, żebyś robił takie rzeczy, na samą myśl robi się niedobrze... To ty powinieneś przejść przez ten koszmar, nie ja!!
Bastian odchylił głowę, opierając ją o drzwi za nim. Łykał łzy.
Babsi nie wiedziała, co myśleć. Jej mąż zabił człowieka. Jej mąż nie przyznał się i skazał własnego brata na więzienie.
I nawet nie miałeś tyle przyzwoitości, by powiedzieć swojej żonie o tym, że masz brata bliźniaka. Powinieneś był umrzeć w tej piwnicy. Zamknąłem cię tam, byś pocierpiał, zanim umrzesz... Ale ty znowu wszystko zepsułeś, wydostałeś się i przylazłeś tutaj, by znowu zabrać to, co mi się należy.
Jak masz na imię - nieoczekiwanie zapytała Babsi.
Bernard. Ale on mówi na mnie Bambi. To taki jelonek z bajki.
Bambi... przeszedłeś koszmar... ale... ale musisz się leczyć - powiedziała cicho Babsi. - Nie możesz po prostu wziąć życia Bastiana.
Zaczęła rozumieć o co w tym chodziło, wreszcie zaczęła rozumieć, czego chciał ten mężczyzna.
Nigdzie mnie nie zamkniecie!! - hałas po drugiej stronie drzwi świadczył o tym, że Bernard zerwał się z miejsca.
Bambi, nie można tak po prostu zabrać czyjegoś życia. Musisz odbudować swoje na nowo...
A kto mi odda lata, które straciłem??
Nikt, ale...
Milcz!!!
Bastian powoli wstał. Otworzył drzwi do kuchni i stanął oko w oko z bratem.
Co chcesz ode mnie usłyszeć? - zapytał po chwili.
Nic od ciebie nie chcę. Chcę tylko jej.
Jej nie dostaniesz. Ona nie jest przedmiotem, który możesz sobie wziąć.
Pokocha mnie, bo jestem lepszy od ciebie. Myślisz, że będzie chciała żyć z tobą, wiedząc, że jesteś mordercą?
Patrzyli na siebie obaj w milczeniu. W końcu Bernard odwrócił się i wszedł głębiej do kuchni. Babsi podeszła do Bastiana i przytuliła się do niego. Czuła się dobrze i bezpiecznie w jego objęciach.
Musimy mu pomóc. On potrzebuje psychiatry - szepnęła cicho.
Jeśli ja jej nie będę miał, to ty też nie. Nie zasługujesz na nią - powiedział ostro Bernard, stając tuż za Babsi.
Kobieta uniosła głowę, jakby chciała coś powiedzieć, a potem nagle zrobiła się ciężka. Osunęła się na podłogę i dopiero jak na nią upadła Bastian zrozumiał, co się stało. Popatrzył rozszerzonymi oczami na brata.
Dlaczego nie zabijesz mnie? Dlaczego ona??
Bo to boli cię bardziej niż twoja własna śmierć. Ona i wasze dziecko.
Kałuża krwi rozlewała się na podłodze.
Wyjmij nóż z jej rany - powiedział Bernard.
Bastian chwycił za rękojeść na plecach Babsi i odruchowo wyjął nóż z rany. Babsi westchnęła ciężko, a krew, zalewająca jej przebite płuca wydostała się przez gardło z jej ust.
Bernard nachylił się nad przerażonym Bastianem.
Teraz ty pójdziesz siedzieć za morderstwo żony. Znęcałeś się nad nią przez ostatnie dni, aż w końcu dziś ją zabiłeś.
Bastian patrzył na niego rozszerzonymi oczami.
Jesteśmy kwita, braciszku - Bernard ruszył do wyjścia spokojnym krokiem. - Szkoda jej trochę, bo to była miła dziewczyna, ale skoro nie chciałeś mi jej oddać, to ja tobie oddaję moją celę.
Dlaczego? Dlaczego ona? - Bastian wyszeptał cicho.
Bernard albo go już nie usłyszał, albo nie chciał odpowiadać. Wyszedł z mieszkania.
Bastian przytulił do piersi żonę i zapłakał...