Co to właściwie znaczyło, że nie powinno go było być?
Szybko zjadła. Potem zajrzała do pokoju - znowu czytał. Wróciła więc do kuchni i wzięła sobie dokładkę. Była głodna. Bardzo głodna. A na dworze zaczynało się już robić ciemno. Czyżby spała prawie cały dzień? Aż tak długo? Stres? Czy po prostu gorąco?
Żałowała, że nie miała żadnych tłumaczeń do wykonania; mogłaby się wtedy czymś zająć. A tak - dzień miała spędzić na pakowaniu się do matki, ale skoro nigdzie nie leciała... Musiała jeszcze do niej zadzwonić z tą informacją. Pomyślała, że mogłaby przemycić jakieś wołanie o pomoc podczas rozmowy, coś, co pozwoliłoby jej mamie zorientować się, że coś jest źle i zawiadomić kogoś, kto będzie mógł jej pomóc.
Skończyła jeść. Nie miała wyboru, musiała wrócić do pokoju, do niego. Powoli, niechętnie poszła tam, usiadła na sofie, opatuliła się kocem - jakoś bezpieczniej się czuła, mimo iż było jej niewyobrażanie gorąco - i włączyła telewizor. Znalazła jakąś komedię, patrzyła więc w ekran, usiłując nie myśleć o człowieku, który siedział parę metrów od niej.
On wstał, podszedł do niej, wsunął się pod jej koc i przytulił ją do siebie. Koc okazał się był teraz bardzo złym rekwizytem. Teraz jego obecność pod materiałem razem z nią była pogwałceniem jej przestrzeni, naruszeniem jej prywatności. Chciała się odsunąć, ale chwycił ją za ramię i przytrzymał. Mimo to nie zrezygnowała. Im dalej usiłowała się odsunąć, tym mocniejszy stawał się jego chwyt. W końcu nie była w stanie znieść imadła na ramieniu.
Dlaczego to robisz? - zapytała, łkając.
Nie odpowiedział, przyciągnął ją do siebie i zmusił do wtulenia się w niego, obejmując ją mocno ramionami.
Nienawidzę cię - warknęła gniewnie.
Nie mów tak - powiedział, ściskając mocno jej dłoń.
To boli!! - usiłowała się wyrwać.
Nie mów tak!! Sama jesteś sobie winna!!
Tak mnie będziesz karać?? Bijąc mnie i zadając mi ból?? - popatrzyła na niego.
Nie chcę cię krzywdzić, ale nie ułatwiasz mi tego - odparł spokojnie, patrząc w telewizor. Wypuścił jej dłoń z ręki.
Nienawidzę cię!
Należysz do mnie.
Wcale nie należę, jestem osobą, nie przedmiotem.
Jesteś moją żoną, więc należysz do mnie.
Nie jestem, nie była i nigdy nie będę twoją żoną!
Powinnaś być. Tak powinno być.
Kim ty jesteś? Czego chcesz?
Mojego życia.
Patrzyła na niego, a on w ekran. Nie wyglądało na to, by była w stanie wyciągnąć z niego więcej informacji. Mówił jej tylko to, co sam chciał powiedzieć, a najwyraźniej wiele powiedzieć jej nie chciał.
Miał tę samą linię skośnych oczu, co Bastian. Tę samą linię brwi. Tylko linie mimiczne ułożyły mu się nieco inaczej. Był taki sam, ale inny. Całkiem taki sam i zupełnie inny. Jak mogła nie zauważyć tego wczoraj?
Czy tobie się wydaje, że sobie tu przyjdziesz, będziesz udawał Bastiana i ot tak po prostu wszystko będzie w porządku? - zaatakowała go.
A nie jest tak? - zapytał ją z całkowity spokojem.
Miał rację. Było tak. Przyszedł i został.
Ja się nie zgadzam - powiedziała gniewnie.
I co z tym zrobisz?
Będę się opierać, niczego ci nie ułatwię.
Spojrzał na nią w końcu.
Ujmę to jasno: albo będzie dobrze, albo będzie źle. Dla ciebie. Albo będzie normalnie, albo będzie bolało. Wybór należy do ciebie.
Na pewno nie wybiorę ciebie.
W końcu będziesz musiała. Albo ja, albo nic.
Daj mi spokój - usiłowała wstać, ale chwycił ją i przycisnął do siebie. - Puść - warknęła.
Nigdzie nie pójdziesz, dopóki ja ci nie pozwolę.
Nie będziesz mną rządził!
Będę robił, co będę chciał, a ty nic na to nie możesz poradzić. Możesz być tylko posłuszna.
Pieprz się.
Chciała mu się wyrwać, ale był zbyt silny. Czuła, że się zaraz rozpłacze. Przygryzła dolną wargę. Zauważył to.
Po co wszystko utrudniasz? - zapytał ją.
Utrudniam? To ty zamieniłeś mi życie w piekło.
Ja? - uśmiechnął się. - Wczoraj nie wyglądałaś na niezadowoloną. Wczoraj wszystko było dobrze.
Znowu zrobiło się jej wstyd. Chyba do końca życia nie będzie w stanie pozbyć się tego paskudnego uczucia, że zdradziła Bastiana, że nie poznała, że to nie on i że jej się podobało.
I chyba było nawet fajnie - powiedział, jakby czytał w jej myślach.
Nienawidzę cię - warknęła.
Lepiej zacznij się do mnie przyzwyczajać, bo ja tu zostaję.
Czego ty chcesz właściwie??!
Już ci mówiłem. Nie słuchałaś? Następnym razem uważaj na to, co mówię, bo ja nie lubię powtarzać.
Nienawidzę cię.
Znowu mu się wyrwała, ale tym razem nie powstrzymywał jej.
Zamknęła się w łazience. Nie mogła tam siedzieć w nieskończoność, ale zawsze mogła spróbować.
Nie wiedziała, na ile mogła zaufać temu, co mówił, ale na razie nic nie wskazywało na to, że chciał jej zrobić jakąś krzywdę. Do pewnego więc stopnia mogła się czuć bezpieczna. Położyła ręce na podbrzuszu. Gdyby nie dziecko, byłoby jej łatwiej mu się przeciwstawić - nie bałaby się tak bicia. Z drugiej jednak strony gdyby nie dziecko, to trudniej byłoby jej się w ogóle trzymać w kupie.
To była mała łazienka, nie to co w ich pierwszym mieszkaniu.
Nie lubiła ich pierwszego mieszkania. Było dość spore, jak na warunki Hong Kongu, ale było umiejscowione w taki sposób, że każdy z naprzeciwka mógł zajrzeć im do mieszkania. Bastianowi najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało, ale jej bardzo. Nalegała na zmianę mieszkania bardzo długo, aż w końcu po czterech latach zgodził się. Znalazł nawet nowe lokum, lepiej umiejscowione, bo bliżej jego szkoły, ale mniejsze. Wiedziała, że jego zgoda na przeprowadzenie się do mniejszego mieszkania oznaczała, że już nie liczył na dziecko. Głównym jego argumentem przeciwko przeprowadzce było to, że już na starcie mieli większe, więc i miejsce na dzieci. Ale gdy przez cztery lata nie udało im się mieć nawet jednego (a Bastianowi marzyła się cała gromadka), powoli zaczął tracić nadzieję, choć nadal starali się nie mniej gorąco.
Zresztą - ta "gromadka" nie była do końca tym, co jej się marzyło. Chciała mieć z nim dzieci, dwoje, może troje, ale nie więcej, on chciał z pięcioro. To była jedna z tych rzeczy, co do których nigdy nie mogli się dogadać i ciągle sprzeczali. Im dłużej byli bezdzietni, tym mniej się o to kłócili, aż w końcu stanęło na tym, że chcieliby mieć dziecko w ogóle. Żaden lekarz nie potrafił wyjaśnić, dlaczego Babsi nie mogła zajść w ciążę, wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Ją to nieco uspokoiło, bo wiedziała, że jej bezpłodność (jego też, ale w mniejszym stopniu) źle wpłynęłaby na ich związek. Więc starali się dalej, kochając się szczególnie często w jej płodne dni.
Kiedyś, po jakiejś dość paskudnej kłótni, kiedy już położyli się do łóżka, Bastian zaczął ją niespodziewanie całować. Z początku myślała, że ją przeprasza, ale on tylko chciał spłodzić dziecko. Ze złością pomyślała wtedy, że na złość jemu nie zajdzie. Fakt, nie zaszła.
Zastanowiła się, kiedy mogła zdarzyć się jej ciąża. Po kilku latach prób i starań jakoś na bazie niepisanej, niewypowiedzianej nigdy umowy - przestali się starać. Ona przestała pilnować dni płodnych, a on przestał o nie dopytywać. Po prostu kochali się, kiedy mieli na to ochotę, tak jak na początku ich małżeństwa, zanim problemy z zajściem w ciążę się objawiły.
W łazience nie było zegarka, nie wiedziała zatem, ile czasu minęło. Wydawało jej się, że dużo, ale mogło to być jedynie wrażenie. Okna też nie było, więc nawet po niebie nie mogła się zorientować jak późno mogło już być.
Z letargu, w jakim się znajdowała, wyrwało ją pukanie do drzwi.
Nie jesteś głodna? - pytał ją.
Nie! - odkrzyknęła w stronę drzwi.
Zostawiam kolację na stole - powiedział, a potem odszedł.
Czyżby było już tak późno?
Nie wychodziła. Chciała poczekać, aż on pójdzie spać, a potem może udałoby się jej uciec. Ale ile miała czekać? Jak miała zmierzyć ten czas?
W końcu wyszła. Miała nadzieję, że była już taka godzina, iż nawet jeśli on czekał, to już i tak usnął.
W mieszkaniu było cicho i ciemno. Zakradła się do drzwi, były uchylone, a krata zasunięta. Poprawka - zamknięta. Rozejrzała się za kluczem, ale nie było go na zwykłym miejscu. Ona na pewno nigdzie go nie przekładała, musiał to więc zrobić on. Zakradła się do sypialni, z mocno bijącym sercem, i rozejrzała, czy go gdzieś blisko siebie nie położył. Bała się pogrzebać w kieszeniach zawieszonego na krześle ubrania.
Obrócił się, mrucząc coś pod nosem. Uciekła z sypialni.
Zdaje się, że pomyślał o jej ewentualnej próbie ucieczki i postanowił temu zapobiec. Położyła się na sofie, zastanawiając, co teraz zrobić. Mogła zadzwonić do matki, ale bała się, że jej rozmowa obudziłaby go. Mógł mieć bardzo lekki sen, a ona nie chciała ryzykować jego gniewu - i bez gniewu wiedziała, jaki był niebezpieczny.
Nie słyszała jak wstawał, więc jego głos z progu sypialni wystraszył ją:
Co ty robisz?
A na co to ci wygląda? - zapytał zaczepnie.
Chodź do łóżka.
Chyba oszalałeś. Nie ma mowy, nie dopóki ty w nim jesteś.
Wczoraj nie narzekałaś.
Wczoraj to było co innego.
Nie było. Tylko tobie się wydaje. Chodź. W twoim stanie powinnaś wygodnie spać, nie na sofie.
To ty śpij na sofie.
Nie mam zamiaru. Będę spał tam gdzie ty. A ty tam gdzie ja. Jak dobre małżeństwo.
Nie jesteśmy małżeństwem.
A kto to poświadczy? Nawet ty sama wczoraj tego nie wiedziałaś. Chodź. Nie wyśpisz się tutaj.
Mówił spokojnie, sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście się o nią troszczył. Usiadła, potem wstała z sofy. Patrzenie na niego do góry sprawiało, że czuła się osaczona, o wiele lepiej było zrównać poziomy.
Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się. Przerażał ją. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
O co chodzi? Przecież nic złego nie zrobiłem - powoli do niej podchodził.
Nie zbliżaj się do mnie - warknęła.
Babsi...
Bastian nigdy do niej tak nie mówił, zawsze było to "Babs".
Zbliżał się, ciągle się zbliżał. Stanął z półtora kroku przed nią, z rękami opartymi na biodrach. Był prawie jak Bastian, ale Bastiana oczy były ciepło-brązowe, a jego były lodowate.
Chodź do łóżka - powiedział cicho.
Nawet jego głos był tak podobny do bastianowego.
Nie, nie z tobą - szepnęła.
Jesteś moją żoną, to twój obowiązek.
Nie!!
Nigdy przedtem tego nie zrobiła, nawet nie sądziła, że byłaby zdolna do zadania komukolwiek bólu, ale trafiła bez problemu - szybki kopniak wylądował dokładnie na jego jądrach.
Wydał z siebie zduszony, wściekły dźwięk, upadając na kolana i łapiąc się za krocze. Rzuciła się do ucieczki, ale zdołał złapać ją za nogę. Przewróciła się, a on powoli wpełzł na nią, przygniatając ją do podłogi.
Puść mnie - jęknęła. Była przerażona.
Teraz spełnisz swój obowiązek - warknął i zadarł jej koszulę.
Usiłowała się bronić, ale był silny, był niewiarygodnie silny. Wepchnął kolana między jej nogi; usiłowała się wyrwać, zapobiec temu jakoś, ale nie była w stanie się ruszyć.
Poczuła, jak się w nią wpycha, brutalnie, bez wyczucia - paliło ogniem. Zaczęła płakać i błagać go, by ją puścił. Ale on sapał nad nią, posuwając się gwałtownie, jakby specjalnie chciał jej zadać jeszcze więcej bólu, niż to możliwe. Szybko doszedł do orgazmu, a ona z obrzydzeniem myślała o jego penisie i jego spermie w środku siebie; jak przypalony garnek, którego nigdy nie domyjesz, jak szuflada, w której grzebał ktoś obcy; dom, który ktoś okradł...
Nagle uderzyła ją myśl o dziecku. Chciała uciec, schować się do jakiejś malutkiej dziury, ale gdy się z niej zsunął, to była w stanie myśleć tylko o dziecku - bała się ruszyć, by nie zagrozić jego bezpieczeństwu.
A on leżał na podłodze obok niej. Słyszała tylko jego głośny oddech. Usiadł i popatrzył na nią, na jej rozrzucone, odkryte nogi; przykrył je jej koszulą nocną i szepnął:
Przepraszam.
Nie zareagowała.
Przepraszam. Nie chciałem zadać ci bólu - oparł się o szafkę, oparł łokcie na ugiętych kolanach i schował twarz w dłoniach. - Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem jak to jest.
Skąd to możesz wiedzieć. Jesteś facetem - mruknęła.
Myślisz, że facetów to nie spotyka?
Tak właśnie myślę.
Jeden, wielki, trzyma, na stole, na szafce, na czymkolwiek, na czym można położyć cię na brzuchu, wypinając twoje pośladki. A od tyłu podchodzi inny, nawet nie pozwalają ci odwrócić głowy, by go zobaczyć. A potem wciska ci to swoje wielkie, włochate, czerwone coś w miejsce, w którym tego nie powinno być. A ty płaczesz, prosisz by przestali, a on kończy, a potem podchodzi drugi, potem trzeci, a potem już nie liczysz i nie czujesz, bo to już tylko jeden wielki ogień...
Popatrzyła na niego - autentycznie płakał.
Gdy prosiłam, byś przestał, nie przestałeś - powiedziała cicho.
Wiem. Przykro mi, nie potrafiłem, nie chciałem... Ale... Ale nie chciałem cię skrzywdzić, naprawdę nie chciałem. Jesteś dla mnie bardzo ważna.
Oparł głowę o ręce, złożone na kolanach i zapatrzył się przed siebie. Przez ten krótki moment wyglądał zupełnie jak Bastian, tylko włosy miał dużo krótsze. Odruchowo uniosła rękę, by pogłaskać go po głowie, a on w tym momencie popatrzył na nią i lekko się uśmiechnął - i zdała sobie sprawę z tego, co robi. Szybko cofnęła rękę i wstała.
Nie jestem taki straszny.
Jesteś. Zrobiłeś mi to, co stało się tobie.
Przykro mi, już mówiłem.
Mówiłeś. Nic z tego nie wynika. Mogłam stracić dziecko!! - krzyknęła na niego, pochylając się.
Przykro mi. Mam nadzieję, że nic się nie stanie złego. Czy cię coś boli?
Nie - skłamała. Bardzo piekło ją w podrażnionej pochwie, ale "w środku" na szczęście nic.
Nigdy bym nie skrzywdził naszego dziecka.
To nie jest twoje dziecko, ono jest Bastiana!! - wrzasnęła na niego.
Gwałtownie wstał.
Jest moje! Wszystko jest moje!! Powinno być moje!! - wybuchł... a potem szybko się uspokoił. - Zrobię ci ciepłe kakao.
Niczego od ciebie nie chcę!
Zrobię ci kakao - powtórzył beznamiętnie. - Idź do łóżka, odpocznij.
Najpierw zmyję z siebie twój brud - czuła jego spermę, ściekającą jej po udach. Obrzydzenie ją brało.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Stała po prysznicem, z wodą lejącą się jej na głowę i uśmiechała się do siebie, myśląc o Bastianie. Za kilka sekund zda sobie sprawę z tego, jak bardzo za nim tęskni, jak bardzo go potrzebuje, właśnie teraz, gdy ktoś groźny zagnieździł się u nich w domu i chwyci ją za serce smutek i panika. Ale jeszcze miała tę odrobinę czasu, głośnym szumem wody oddzielona od hałasów dobiegających z kuchni.
Gorący prysznic przypomniał jej ich "pierwszą" randkę. To był upalny dzień, a do tego jeszcze solidnie lało - i to pewnie ten prysznic skojarzył się jej z ciepłym deszczem tamtego dnia.
Weszli do jakiejś typowej chińskiej knajpki - nigdy do tej pory nie miała odwagi jeść w takich miejscach, bo krępowała ją niemożność przeczytania menu - i od razu jak usiedli, zanim jeszcze cokolwiek innego zdążyło się stać, kelner postawił przed nimi szklanki mrożonej herbaty; no dobrze, nie całkiem mrożonej, była po prostu zimna. Ale była. Nigdy nie spotkała się z czymś takim w Londynie, ani żadnym innym miejscu, w jakim była. Uśmiechnęła się wtedy do Bastiana, a on spokojnie jej wyjaśnił, że była to całkowicie normalna rzecz i że tutaj było to na porządku dziennym.
To bardzo miło.
Właśnie wtedy, siedząc z nim w tamtej knajpce, zrozumiała, że to właśnie był mężczyzna jej życia - nie wyobrażała sobie, że mogłaby być z kimś innym, niż on.
Zamówił wtedy coś dla nich obojga, a ona z lekkim, całkowicie nieświadomym uśmiechem, obserwowała go. Bardzo lubiła słuchać, gdy mówił po kantońsku - w jego ustach język ten stawał się jeszcze bardziej melodyjny, niż był.
Musiała mieć ciągle niezbyt inteligentny wyraz twarzy, gdy na nią ponownie spojrzał, bo zaczął chichotać. Ten chichot utwierdził ją tylko w przekonaniu, że mogłaby spędzić z nim całe życie. Jeśli jej twarz wyrażała czyste uwielbienie, to nie miała zamiaru tego zmieniać, bo czuła się z tym komfortowo.
Jego chichot ucichł, patrzył na nią tylko, z kącikami ust lekko uniesionymi ku górze.
I pomyśleć, że gdy tu leciała, to szukała jakiegoś pretekstu, żeby to spotkanie odwołać. Pisali do siebie listy po rozstaniu na lotnisku, ale listy a osobiste spotkanie to zupełnie coś innego. Najpierw się ucieszyła, zgodziła, ale kiedy już siedziała w samolocie - ogarnęła ją lekka panika. Widziała go raz w życiu, fakt, pomógł jej wtedy, ale mimo wszystko... Trochę ją to przerażało. Jednak nie udało jej się wymyślić pretekstu na tyle dobrego, by odczepił się od niej już na zawsze, więc poszła na to spotkanie, które on bezczelnie nazywał drugą randką.
Nigdy w życiu nie zrobiła chyba nic mądrzejszego. Całe to miganie się i szukanie wymówek było spowodowane tylko tym, że zbyt dawno go nie widziała i całkiem zapomniała, jak cudownie się z nim spędzało czas. Teraz mogła sobie przypomnieć - i nie miała już najmniejszej ochoty się z nim rozstawać.
Przynieśli ich jedzenie, zabrała się więc za konsumpcję. Kątem oka zauważyła, że Bastian przyglądał się jej przez moment badawczo - ale gdy zobaczył, że radzi sobie z pałeczkami doskonale, zabrał się za swoją miskę ryżu. Zawsze zdumiewało ją, w jakim błyskawicznym tempie Chińczycy potrafili pochłaniać ryż.
Po wyjściu spod prysznica zastanawiała się, co teraz. Jak mogła się wydostać z tej koszmarnej matni, w której się znalazła.
W całym domu było dość cicho. Tylko hałasy dochodzące z ulicy - otwarte okna (najwyraźniej tak intruz rozwiązał problem znowu zepsutej klimatyzacji) niczego nie tłumiły. Ale jej było to teraz na rękę. Podkradła się do telefonu i podniosła słuchawkę.
Tego nie przewidziała.
Nie było sygnału.